Dwie kreski na teście były jej przepustką do nowego życia i biletem do piekła dla najbliższej przyjaciółki. Ceremonię ślubu rozegrała wśród oklasków zdrajców, ale finał tej historii napisał ten, na kogo patrzyli jak na naiwną pionka.
Lekki, warszawski jesienny wiatr, wirujący wokół pożółkłych liści, prowadził ją aż pod szklane drzwi kawiarni. Przystanęła chwilę na progu, zbierając myśli, po czym stanowczym ruchem odsunęła ciężką szybę. Pulsujący zapach świeżo zmielonej kawy, wanilii oraz wypieków otulił ją natychmiast. Zdezorientowany wzrok sunął po przytulnym półmroku lokalu, aż zatrzymał się przy stoliku pod oknem, gdzie wpadało rozproszone światło szarego dnia. Tam już czekała ona. Znajoma sylwetka pochylona nad błękitną filiżanką, nieśmiały gest ręki z nutą winy. Ruszyła powoli pomiędzy stolikami, jej krok na początku ostrożny, zaraz potem coraz żywszy.
Cześć, kochana, przepraszam za spóźnienie. Te korki na Alejach Jerozolimskich dziś bezlitosne jej głos był łagodny, ale drgał w nim niepokój.
Przy oknie siedziała dziewczyna, która oderwała wzrok od ulicy i spojrzała na nią w oczach błysnęła radość, zaraz znikła pod oswojoną rezerwą.
Spóźniłaś się tylko o jedno aromatyczne espresso. Przesunęła filiżankę, pokazując, iż czas nie był zmarnowany, a wykorzystany na kontemplację. Ale teraz powiedz, co się stało, iż aż nie mogłaś doczekać wspólnego wieczoru w kinie? Planowałyśmy przecież ten nowy film, żeby się pośmiać.
Kinowy wieczór poczeka. Dziś mamy inne plany, dużo poważniejsze. Uśmiech rozjaśnił jej twarz, momentalnie rozświetlając zakątki sali.
Jaki to powód? Spokojne pytanie, ale w głębi brązowych oczu pojawił się cień niepokoju.
Rano byliśmy w urzędzie Złożyliśmy dokumenty. Ślub za miesiąc.
Naprawdę? Mówisz serio?
Od dwóch lat jesteśmy razem. To przemyślany krok.
Tylko miesiąc? I wszystko przygotujesz?
Skromnie, kameralnie tylko najbliżsi przy stole w restauracji, bez wielkiej pompy. Po podpisach, kolacja, potem każdy do siebie, by zacząć od nowa.
Dlaczego taki pośpiech? Można było zrobić wszystko z rozmachem
Jestem w ciąży. Jej słowa spłynęły miękko, jak liść z drzewa. Twarz, rozjaśniona szczęściem, promieniała lekkością. Oficjalna ceremonia, zdjęcia, świętowanie tego chce on. A potem, jeżeli zdrowie pozwoli, mała podróż. Mówiła szybko, fala emocji porywała ją, aż dostrzegła, iż przyjaciółka milczy, blednie, zaciska palce na uchwycie filiżanki. Ej, jesteś tu? Słyszysz mnie? Będziesz ze mną w tym dniu, prawda? Jesteś mi najbliższa
Tak, tak, będę odpowiedź zabrzmiała cicho, jakby wypływała spod lodu.
Co się dzieje? Wyglądasz słabo. Co się stało?
Źle się czuję. Zawirowało w brzuchu, jest mi niedobrze. Lepiej pójdę do domu. Przełóżmy rozmowę na jutro, będzie lepiej.
Odprowadzę cię? Mamy wspólną drogę.
Nie potrzeba. Mama mieszka niedaleko, zajrzę do niej, ona mi pomoże dojść do siebie.
Do jutra?
Tak
Patrzyła, jak sylwetka znika za drzwiami, a w głowie pojawiło się mgliste przeczucie. Palce mimowolnie powędrowały do płaskiego brzucha i nagle pojęła swą ślepotę. Przyjaciółka przecież trzy miesiące temu przeszła bolesne rozstanie, ukrywała szczegóły, ale od tamtego czasu w jej oczach osiadł smutek. A ona, zamiast zrozumienia, przychodziła z radosnymi nowinami. Zalała ją fala winy. Wysłała spojrzenie na deszczową ulicę, czuła ciężar niezdarności, schowała się w samochodzie, wioząc bagaż nieporozumienia.
Tymczasem druga z nich wybiegła z kawiarni, przeszła dwa przystanki i gwałtownie zatrzymała taksówkę. Adres wybrzmiał szorstko, w tonie decyzji.
Wchodziła po schodach, serce tłukło się w gardle, stukało w skroniach. Dzwoniła, aż drzwi się otworzyły.
Po co przyszłaś? Zniecierpliwiony głos, nie chęć rozmowy.
Musimy porozmawiać. Wpuść mnie. Weszła stanowczo, ignorując rękę blokującą przejście.
O czym niby?
O nas. I o twoim ślubie z nią.
Co tu gadać? Oparł się leniwie o framugę, w oczach drwina.
To prawda? Zgłosiliście ślub? Ona jest w ciąży?
Prawda najczystsza.
A ja? Co ze mną? Głos zadrżał bólem i nadzieją, której już nie chciała żywić.
Z tobą? Czy obiecywałem coś wiecznego? Nie przypominam sobie.
Ty wiesz kim jesteś po tym wszystkim?
No to powiedz mi.
Jesteś zerem. Wyszeptała z nienawiścią tak lodowatą, iż choćby on się cofnął.
A ty lepsza? Sypiałaś z wybrankiem swojej najbliższej. Kto jest bardziej winny?
Ja? Noszę twoje dziecko pod sercem. Siódmy tydzień już.
Jego spojrzenie zmrużyło się, zmieszało się z dystansem.
Kłamiesz. Niemożliwe.
Nie kłamię. Możemy iść jutro do lekarza. Dziecko jest twoje.
Sama jesteś sobie winna. Twierdziłaś, iż pilnujesz zabezpieczenia. Rozłożył ręce z udawaną rezygnacją. Dam ci pieniądze na rozwiązanie tej sytuacji. Ale ślubu, wychowywania dziecka z podstępu nie licz na to.
Jej dłoń z rozmachem spadła mu na twarz. Bez słowa wybiegła, biegła po schodach, krzycząc coś o odwołaniu ślubu, o zniszczeniu wszystkiego. W odpowiedzi dała się słyszeć tylko cyniczna, cicha kpina.
Na podwórku przysiadła na zimnej ławce. Tam pozwoliła łzom płynąć, żałośnie i oczyszczająco. Co teraz? Serce rozdarte kochało wciąż przyjaciółkę i jego również, mimo wszystkiego. Rosło nowe życie między sprzecznością szczęścia i tragedii.
Kiedy łzy wyschły, przyszło lodowate zrozumienie. Decyzja była jasna, ciężka powie wszystko. Rozwali ich przyjaźń w drzazgi, ale otworzy jej oczy przed tym, z kim chce spędzić życie. A potem wybór będzie należał do niej: przebaczyć czy nie.
Cześć otworzyły się drzwi, twarz zdziwiona. Miałyśmy rozmawiać jutro. Lepiej się już czujesz?
Muszę porozmawiać. Strasznie ważne.
Wejdź. Zaparzę herbatę, mam świeżą, kwiatową.
Nie trzeba, nie rób sobie kłopotu.
Usiadła, palce splotły się nerwowo. Milczała, walcząc ze sobą. Chciała jak nigdy uciec, ale równie mocno wyrzucić z siebie prawdę, nie zostawiając drogi powrotu. Żyć obok ich szczęścia byłoby ponad siły.
Co się dzieje, Zosiu? Możesz mi wszystko powiedzieć.
Wina. Gryząca, przytłaczająca. Muszę ci zdradzić prawdę. Nie możesz wiązać się z Bartkiem. On ci nie jest wierny, potrzebuje tylko stanowiska w firmie twojego taty.
Co ty mówisz? Zwariowałaś? Od dawna mnie wspiera!
Jest inna. Też nosi jego dziecko.
Siedząca naprzeciw pobladła, knykcie wybielały na stole. Wyszedł z niej cichy szloch.
Kto? Znasz ją?
Ja. Muszę wyznać wszystko. Zamknęła oczy, wyrzucając każde zdanie, nim zawaha się choćby na chwilę. Zaczęło się trzy miesiące temu. Mokłam, on przypadkiem przejeżdżał. Pomógł mi, został na kawie, potem późny wieczór. Popełniłam błąd, nie do wybaczenia. Mój chłopak wrócił i wszystko odkrył.
Dlatego tak nagle się rozstaliście?
Tak. Nasze uczucie dawno już się wypaliło. Nie wymagało choćby wyjaśnienia.
Jak często?
Raz w tygodniu, czasem rzadziej. Prosiłam go, by ci powiedział. Odkładał to, dostał etat u twojego taty, odwlekał rozmowę. Kilka dni temu dowiedziałam się o dziecku. Chciałam, by się określił. Teraz i ty jesteś w tej samej sytuacji. Obie spodziewamy się dzieci od jednego mężczyzny. Mój syn też zasługuje na ojca.
Maria osunęła się z krzesła na podłogę, objęła kolana, wtuliła się w nie twarzą. Cała trzęsła się od łez. Świat rozpadł się w pył rozpaczy.
Zosia cicho wyszła, zamykając drzwi bezszelestnie.
Maria tkwiła w bezruchu, aż dźwięki z korytarza przywróciły ją do chwili: klucz w zamku, znajome kroki.
Kochanie, czemu siedzisz na podłodze? Źle się czujesz? Może lekarza? Pochylił się, ale ona gwałtownie odepchnęła go.
Nie, nie dobrze. Ale to już nie twój kłopot. Wynoś się.
Nie wyjdę, póki nie powiesz, co się stało! Stał się ostry, w oczach zamigotała panika.
O czym tu mówić? Wiem już wszystko. Zosia była tu. Powiedziała mi całą prawdę. Jutro zabierzemy dokumenty z urzędu.
Jaka Zosia? To niedorzeczne! Powiedz, natychmiast!
Miotając się, Maria wyznała całą rozmowę.
Teraz posłuchaj mnie. Ujął jej ręce, okrył ją kocem na kanapie, patrzył w oczy. Nie było żadnej zdrady. Twoja Zosia sama wpychała się do mnie. Nigdy jej nie chciałem. Nie mówiłem ci, by nie niszczyć waszej przyjaźni. Jej chłopak odszedł przez inną. Ona z zazdrości próbowała rozbić nasz związek. Wiesz, od zawsze cię naśladowała: styl, książki. A kiedy dowiedziała się o Twojej ciąży pękła.
Po co jej to?
Zazdrość.
Ale mówi, iż to twoje dziecko.
Nieprawda. jeżeli choćby jest w ciąży to nie moje.
Powiedziała, iż jesteś ze mną przez firmę
Nie obchodzi mnie etat. Zrezygnuję, zostanę na swoim. Zależy mi tylko na Tobie.
Szukając w jego oczach fałszu, widziała tylko ból. Przez chwilę wątpiła. Ale faktycznie, Zosia ostatnio dziwnie się zmieniła Może on miał rację?
Milczysz Mam odejść czy zostać?
Zostań wyszeptała i chwyciła jego dłoń.
Gdy Bartłomiej poszedł pod prysznic, Maria drżącą ręką napisała do Zosi: Nie chcę cię znać. Od dziś jesteśmy obce. To podłe, żal mi cię nawet. Odesłała i zablokowała numer. Potem, ogarnięta poczuciem winy, zerknęła do jego telefonu pusto, żadnej rozmowy, tylko jej wiadomości. Odetchnęła z ulgą.
On, pod gorącym strumieniem wody, śmiał się w duchu. Skasował dawno całą korespondencję, zablokował Zosię na wszystkich portalach, zostawił telefon na wierzchu. Wszystko poszło zgodnie z planem.
Na ślubie Bartłomiej był promienny, Maria uśmiechnięta przez melancholijną mgłę. Brak świadkowej bolał, w marzeniach widziała Zosię obok siebie, dzierżącą bukiet. Do końca miała nadzieję, iż ta wróci, poprosi o przebaczenie. Przez dwa tygodnie próbowała nawiązać kontakt, ale numer był nieosiągalny.
Zosia tamtego dnia siedziała na ławce w parku pod Pałacem Ślubów. Widziała gości, auta, w głowie buzowało pragnienie, by podbiec i zburzyć tę farsę. Ale nie zdobyła się na krok.
Minęło sześć lat.
Maria wychowywała syna, Leona, i z oddaniem prowadziła akcje charytatywne, regularnie przekazując darowizny na rzecz chorych dzieci. Rozpoczynała od skromnego zakładu krawieckiego, rozwinęła go w trzy pracownie i dwie premium pralnie w Warszawie. Stała się niezależna finansowo, Bartłomiej piął się w górę był prawą ręką ojca Marii, Henryka Zawadzkiego. Ten groził już kilkukrotnie, iż firmę przekaże córce, ale Maria nie chciała zarządzać imperium wszystko powierzył zięciowi.
Pewnego wieczoru ojciec pojawił się na jej progu ponury, zatroskany.
Tato, co się stało? Wyglądasz jakby świat się zawalił.
Gdzie Bartłomiej?
Powinniście być razem w Krakowie na rozmowach!
Układ upadł. Mam powody sądzić, iż to sprawka twojego męża.
To niemożliwe! Dba o reputację, sam wypracował kontakty!
To czemu zniknął?
Wybrała jego numer cisza w słuchawce, brak sygnału.
To bez sensu Kontrakt przejęła konkurencja, mają całą naszą bazę danych i strategię. Z kamer wynika, iż tylko Bartłomiej był w gabinecie. Dodatkowo ze spółki zniknęła olbrzymia suma. Większość obrotowych środków.
Oskarżasz go? Opamiętaj się! Przecież to ojciec Leona! On
Do pokoju wbiegł Leon.
Dziadku, przyniosłeś mi statek? A gdzie tata?
Tata będzie później. Chodź, złożymy razem model.
Po godzinie rozległ się telefon. Zawadzki poczuł, jakby ktoś ściskał mu serce, twarz zbielała. Wyszeptał: Zróbcie, co należy. Osunął się w fotel, dławiąc oddech.
Nastąpiły godziny pośród chaosu, karetka, szpital. Zdiagnozowano rozległy zawał. Dzięki trosce Marii i żony powoli doszedł do siebie.
Po powrocie do biura Maria wbiegła do zastępcy ojca.
Panie Antoni, co się dzieje?
Firma kona. Kontrakt przejęty, bazy skradzione. Zarzuty wobec pańskiego męża są poważne. Wszczęto postępowanie karne.
Ale przecież to niemożliwe!
Informacje miał tylko on i pański ojciec. Poza tym Z kont zniknęły miliony. Wszystko zrobione z perfekcyjną dyskrecją.
Wracała do domu, nie czując ziemi pod stopami. To niemożliwe! Przecież Bartłomiej całe dnie planował przyszłość z Leonem
Podjeżdżając pod dom, wybudowany z okazji rocznicy, zauważyła białą kopertę w skrzynce. W środku jego charakter pisma.
Jeśli masz ten list, to w tej chwili opalam się nad oceanem, poza granicami Polski, z nowym nazwiskiem i nieograniczoną wolnością. Środki, które zabrałem z firmy, to mój procent za lata gry w idealnego męża. Nigdy nie kochałem tej roli, wszystko zaplanowałem pomnażałem kapitał, a teraz ruszam po swoje. Jedyne, czego żałuję, to stracony czas. W kopercie znajdziesz wniosek o rozwód. Twój ojciec gwałtownie to załatwi. Pożegnaj się. Szukanie mnie nie ma sensu.
Ten, który był kiedyś twoim mężem.
Nienawiść przyszła nagle, żarząca się do reszty. Przed laty był tak przekonujący, tak doskonały Siedem lat szczęścia okazało się iluzją, starannie wyreżyserowaną dekoracją. Zanurzyła się w pracy, próbując nie myśleć, ale ceasr Leon zadawał bolesne pytania.
Mamo, kiedy tata wróci? Ma istotną misję?
Bardzo ważną, Leonku. Musimy być cierpliwi.
Cierpliwość stała się jej mantrą.
Czas leczył powoli. Henryk Zawadzki mimo wszystko dźwignął firmę z popiołów, odbudował kontakty. Maria dalej działała charytatywnie. Podczas kolejnej wizyty w fundacji przeglądała wnioski.
Pani Marto, liczba chorych dzieci rośnie. Wczoraj zgłosił się Nikodem. Suma nie jest ogromna, ale operacja pilna nowotwór, każda godzina ma znaczenie. Matkę nie stać, liczy na naszą pomoc.
Czego potrzeba? spytała, przeglądając dokumenty.
Wyciągnęła z teczki zdjęcie chłopca. Przeszył ją dreszcz Nikodem był łudząco podobny do Leona, tylko bledszy, wyniszczony chorobą. Zerknęła na nazwisko w rubryce: matka Julia.
To matka Nikodema Julia? Jest tutaj?
Pracuje jako sanitariuszka w klinice. Wynajmuje pokój blisko, sama dźwiga wszystko.
Maria pojechała do kliniki. Siedziała w sterylnym holu, aż nagle poczuła czyjś wzrok. Podniosła głowę to była ona. Chuda sylwetka, zmęczona twarz, ale w rysach wciąż ta sama dziewczyna.
Ty Julia.
Tak, Mario. Życie nas pogodziło po swojemu.
Usiądź, proszę. Opowiedz mi wszystko.
Julia nieśmiało zajęła krzesło.
Po tamtej rozmowie wyjechałam do mamy. Na wieść o ciąży namówiła mnie, by nie usuwać. Ojciec umarł, mama zaczęła pić, choćby syn jej nie pomógł. Był głód, zadzwoniłam do niego wyśmiał mnie. Poszłam do cioci, do innego miasta, pracowałyśmy dniem i nocą. Potem pojawiła się nadzieja mężczyzna, plan na przyszłość… aż nadszedł wyrok: rak u Nikodema. Wszystko się rozsypało. Zostały długi, wróciłam do Warszawy, zatrudniłam się w tej klinice, dano mi pokój. Działam ile mogę, ale dramat trwa. Czuję, iż to kara za tamten wybór. Ale dlaczego mój syn ma płacić?
Wybaczyłam ci dawno. Dziś żałuję tylko, iż wtedy wybrałam jemu wiarę, nie tobie. Odszedł, wydał się tylko interesowny.
Jesteście razem?
Nie. Krótko, surowo opisała ucieczkę męża.
Ja też kochałam go, aż do tamtej nocy. Przepraszam. Wiem, nie mam prawa prosić o wybaczenie.
Od jutra przychodzę tu. Pomogę wam. Uśmiechnęła się ciepło, w tym geście kryła się nowa więź.
Następnego dnia Maria przyszła z darami. Potem kolejne wizyty.
Pół roku później dwie kobiety spacerowały po parku złote liście, wiatr, dwóch chłopców biegało obok nich: pulchny Leon i wychudzony, ale pogodny Nikodem. Ich śmiech niósł się po alejkach.
Mario, dziękuję ci. Udało się nie tylko na operację, ale na leczenie. Lekarze mówią, iż najgorsze już za nami.
Nie dziękuj. Każdorazowe dziecko warte jest wszystkiego. Gdzie mieszkacie?
Wynajmuję malutkie mieszkanie niedaleko kliniki, pracuję tam wciąż.
Przyjdź do mnie, potrzebuję kierowniczki nowego zakładu. Kogoś zaufanego.
Julia pokiwała głową, w oczach pojawiły się łzy nadziei.
Mamo, a jeżeli Nikodem to mój brat, to co wy dla siebie znaczycie? zapytał Leon.
Przyjaciółki, synku. Prawie siostry. Maria pogładziła go po głowie.
Ich przyjaźń, raz rozbita, została złożona na nowo z bliznami, ale silniejsza i piękniejsza. Bardziej prawdziwa, wypracowana.
A ten, który złamał ich losy, został złapany trzy lata później. Siostra ciężko zachorowała, wrócił do kraju na jej prośbę. Podrobione dokumenty nie wystarczyły. Wyrok był szybki i surowy. Do dziś śle skromne przelewy z więzienia, żałując tylko tego, iż miał pecha. Żadnej skruchy.
Kobiety, wypalone w ogniu zdrady i rozpaczy, szły dalej prowadząc chłopców za ręce. Odnalazły prawdziwy smak szczęścia, daleki od blasku złudzeń. Z ich historii powstała mozaika z pęknięć, naprawiona złotem doświadczeń dowód na to, iż choćby z ruin można odbudować coś trwałego. Przyjaźń, której już nic nie zburzy.
I to jest ich polska opowieść: o tym, jak zranił ich świat, a one potrafiły stworzyć własny na przekór z dojrzałej, wywalczonej miłości, najgłębszej kobiecej siły i czułości.









