25 kwietnia 2024 r.
Dziś postanowiłem zapisać w pamiętniku historię, która od lat otacza mnie niczym echo z dziecięcych podwórków. Dwie dziewczynki Zuzanna i Jagoda rosły obok siebie w jednej kamienicy przy ulicy Słonecznej w Łodzi, uczęszczając do tego samego przedszkola. Ich przyjaźń była tak naturalna, jak stare kamienice przy Krakowskim Rynku, tak stała, jak podwórkowy dąb, pod którym chowały się przed deszczem i dzieliły się cukierkami ukrytymi w kieszeni Jagody. W ciszy popołudniowego odpoczynku splatały swoje ciemne i jasne kosmyki włosów w nieuporządkowany warkocz.
Rodziny ich były zupełnie odmienne, niczym skrzypce i kontrabas, a jednak w dziecięcym orkiestrze ich melodie niespodziewanie się zgrywały.
Zuzanna pochodziła z rodziny porządkowej. Ojciec, Stanisław Kowalski, był inżynierem w zakładzie stalowym, a matka, Maria Kowalska, nauczycielką gry na wiolince w szkole muzycznej. W ich mieszkaniu unosił się zapach świeżo upieczonych drożdżówek i ciepły aromat woskowanego parkietu. Półki były ustawione równo, obiad podawany punktualnie, a plany weekendowe dyskutowano przy stole pokrytym białym obrusem z haftem. Maria marzyła, by Zuzanna została pianistką; od szóstego roku dziewczynka siadała przy czarnym, błyszczącym fortepianie i ćwiczyła gamy, patrząc przez okno na hałas bawiących się dzieci.
Jagoda natomiast wyrosła w domu twórczego chaosu. Jej matka, Irena, szyła kostiumy dla lokalnego teatru, a ich kawalerka przypominała składowisko scenicznego rekwizytu: w rogu stał kartonowy rycerz w zbroi, na krześle wisiał balowy suknia z lat dwudziestych, a na stole kuchennym, pośród skrawków tkanin i zapachu smażonych ziemniaków, leżała głowa z papier-mâché z podniesionymi brwiami. Ojca Jagody nie było, a Irena wypełniała tę pustkę miłością, pracą i lekkością artystycznego nieładu. Nie było tam sztywnych harmonogramów, ale nigdy nie brakowało fascynacji.
To właśnie u Jagody Zuzanna po raz pierwszy smakowała prawdziwe, lekko szalone życie. Zadbana dziewczyna w wyprasowanej sukience z euforią próbowała tiulowych spódnic i koronek, brudziła ręce farbą i klejem, wsłuchując się w opowieści Iriny o teatrze i kulisach. Dom Jagody stał się dla Zuzanny portalem do barwnego, wolnego świata.
Dla Jagody mieszkanie Zuzanny było wyspą spokoju i ciepła. Chętnie odwiedzała ich gości, kiedy Maria pozwalała. Siedziała przy tym samym idealnym stole, jadła domowe serniczki i czuła się częścią przewidywalnego, pewnego wszechświata. Stanisław od czasu do czasu pokazywał jej proste sztuczki z monetami, a jego spokojna, męska energia była dla niej cichym pocieszeniem. Gdy Zuzanna siadała do fortepianu, Jagoda zasłuchana stała w kącie, zauroczona. Muzyka przyjaciółki nie była rutyną, ale magią.
Matki dziewczyn traktowały się z uprzejmą ostrożnością. Maria przyglądała się z lekkim przewróceniem oczu nieporządkowi Iriny, gdy ta przychodziła na chwilę po jakieś sprawy. Cicho cieszyła się, iż Zuzanna dorasta w dyscyplinie. Irena uważała rodzinę Kowalskich za nieco nudną, ale była wdzięczna za to, iż jej Jagoda zawsze była najedzona, zadbana i otulona ich czystością.
Co ciekawe, dwa światy nie rywalizowały ze sobą, ale się uzupełniały, niczym yin i yang. Gdy w piątej klasie Jagoda przeżyła pierwszą dramatyczną sytuację z chłopakiem, płakała nie przy mamie, ale na starannie pościelonej łóżeczku Zuzanny, a Maria, łamiąc wszystkie zasady, przyniosła im kakao z piankami na tacce. Gdy Zuzanna po raz pierwszy dostała czwórkę z matematyki i bała się wrócić do domu, to Irena spotkała ją w klatce schodowej z kupą tkanin, nakarmiła naleśnikami i zapewniła, iż jedna ocena nie jest wyrokiem.
Ich przyjaźń, spleciona z jasnych i ciemnych włosów, okazała się mocniejsza niż się wydawało. Była utkane nie tylko z sekretów i śmiechów, ale także z woni wanilii i kleju teatralnego, z dwojga różnych, ale równie silnych, macierzyńskich miłości, które budowały mosty nad przepaścią codziennych różnic.
Lata mijały, a po szkole ich drogi rozeszły się, choć nie zerwały się całkowicie rozciągnęły się niczym sprężyna, gotowa w każdej chwili przyciągnąć je z powrotem.
Przełom nastąpił w liceum. Maria zaczęła wybierać sukienki na koncerty w konserwatorium, ale Zuzanna nagle się sprzeciwiła.
Nie chcę iść do konserwatorium powiedziała pewnego wieczoru, patrząc gdzieś poza fortepian.
W pokoju zapadła milcząca wstrząśnięcie.
Dlaczego? Masz talent! Przez całe życie się uczysz! drżał głos Marii.
Zuzanna zaciśnęła pięści.
Nie chcę żyć tylko w gamach i sonatach innych ludzi. Chcę rozumieć, jak działa prawdziwy świat. Jak płyną pieniądze, jak działają firmy. To też jest muzyka, mamo. Tylko inna.
Maria poczuła się zdradzona to było jak zdrada nie tylko jej marzeń, ale i samej sztuki. Wtedy Jagoda, siedząca przy kuchni z Stanisławem, wypowiedziała potrzebne słowa.
Pani Mario, Zuzanna nie ucieka od muzyki. Po prostu szuka własnego instrumentu.
Zuzanna wstąpiła na ekonomiczny wydział w Warszawie. Jej matematyczny umysł, ukształtowany przez dziecięcą melodię, odnajdywał się w złożonych formułach i modelach finansowych. Dni wypełniały się kursami, stażami w międzynarodowej korporacji, terminami. Jej garderoba pełna była drogich, idealnie skrojonych garniturów. Osiągnęła wszystko, o czym marzyła: karierę, niezależność finansową, status.
Jednak wieczorami, wracając do eleganckiego kawalerki, czuła brak. Życie, które sama wybrała, było piękne, ale czegoś jej brakowało.
Jagoda pozostała w rodzinnym mieście, skończyła szkołę artystyczną i otworzyła mały warsztat. Tworzyła unikatowe stroje, przywracała życie starym, zabytkowym rzeczom. Irena z pasją wspierała ją, a ich wspólne projekty zamieniały się w małe dzieła sztuki. Warsztat stał się miejscem spotkań twórczych dusz: studentów, aktorów, muzyków. Wspólne dyskusje o fasonach z lat dwudziestych i koronki nadawały Jagodzie poczucie szczęścia.
Kontakt z Zuzanną ograniczał się do sporadycznych wiadomości i lajków pod zdjęciami: z warsztatu, przy sukni na manekinie, przy ich kotce Kicia, która spała w koszu z tkaninami. Zuzanna, zajęta wyjazdami służbowymi i team buildingami, patrzyła na te proste euforii jako na utracony raj.
Jagoda obserwowała sukces przyjaciółki z dumą i delikatnym smutkiem. Moja Zuzanna podbija świat myślała, patrząc na jej zdjęcie przed wieżowcami biznesowego dżungle. W warsztacie, pachnącym skórą i farbą, panował spokój.
Los jednak postanowił przypomnieć im o sobie. Pewnego dnia Zuzanna, przeglądając pamiątki po przeprowadzce, natrafiła na starą fotografię siedzą razem pod tym samym jabłonią, w wieku siedmiu lat, przytulone. Serce zadrżało, a wspomnienie straciło ostrość przyjaciela. Nocą napisała do Jagody długą wiadomość, nie o sukcesach, ale o samotności w hałaśliwym mieście, o zmęczeniu liczb i grafiki, o zazdrości do prostoty jej świata.
Jagoda odpowiedziała po piętnastu minutach:
Zuzia, głupia pisała myślałam, iż stałaś się tak ważna, iż nasz artystyczny bałagan już nie ma dla Ciebie miejsca. Tęsknię za Tobą codziennie.
Rozpoczęła się nowa korespondencja. Nie pisali codziennie rytmy ich życia były zbyt odmienne ale rozmowy wideo stały się rytuałem oczyszczenia. Zuzanna, leżąc na skórzanym włoskim kanapie, słuchała, jak Jagoda i Irena kłócą się o odcień pereł do teatralnego headdressu. Jagoda natomiast wsłuchiwała się w skomplikowane zadania Zuzanny i dającła proste, intuicyjne rady, które okazały się genialne.
Jednak pewnego dnia Zuzanna poczuła, iż wirtualne rozmowy już nie wystarczają. Chciała poczuć powietrze rodzinnego miasta i przytulić przyjaciółkę naprawdę. Szef zaoferował jej tydzień urlopu pierwszy od trzech lat. Spalasz się powiedział łagodnie, a Zuzanna nie mogła się sprzeciwić. Zamiast lecieć nad morze, kupiła bilet kolejowy do Łodzi.
Nie poinformowała ani rodziców, ani Jagody. Coś w sercu kazało jej zrobić niespodziankę. Spotkanie z rodzicami było pełne łez i radości. Maria, zapominając o surowości, płakała, obejmując córkę, a Stanisław, milcząco, ściskał jej dłoń. Ich przytulne mieszkanie pachniało wanilią, jak w dzieciństwie, a ciężar w piersi Zuzanny zaczął się rozpuszczać.
Wieczorem zadzwoniła do Jagody:
Cześć, to Zuzanna. Jestem w mieście.
Po krótkiej chwili panowała cisza, po której nastąpił radosny krzyk.
Gdzie jesteś?! Nie ruszaj się, jadę!
Po dwudziestu minutach Jagoda pojawiła się na progu, zadyszana. Spojrzały na siebie chwilę, po czym rzuciły się w objęcia, jakby znów były siedmioletnimi dziewczynkami, jednocześnie płacząc i śmiejąc się.
Zuzia, to naprawdę Ty? wymamrotała Jagoda, ocierając łzy rękawem. Aż się nie mogę uwierzyć, jakaś ważna ptaszka przyleciała.
Ty wciąż taka, jak zawsze odparła Zuzanna ze śmiechem.
Usiedli przy kuchennym stole rodziców, a czas cofnął się do przeszłości. Zamiast kakao z piankami w szklankach, w kieliszkach lśniło musujące wino; zamiast lekcji, rozmawiano o dorosłym życiu. Jednak poczucie pełnego zrozumienia pozostało niezmienione.
Następnego wieczoru wybrali się do kawiarni. Siedząc przy stole, nie zauważyły, jak minęły godziny. Obok nich siedział młody mężczyzna, przeglądający książkę, ale jego wzrok nieustannie wracał do ich stolika, wyłapując ich cichy śmiech. Gdy Jagoda po chwili przelała na siebie wino, podszedł do Zuzanny.
Przepraszam za bezczelność powiedział nieśmiało. Nie mogłem nie zauważyć Państwo po prostu promieniujecie, gdy rozmawiacie. Rzadko widzę dziś prawdziwą, żywą interakcję.
Zuzanna, zwykle powściągliwa wobec nieznajomych, uśmiechnęła się i odpowiedziała:
Nie widzieliśmy się od lat. Nadrobimy zaległości.
Jagoda wróciła, spojrzała na niego i przedstawiła:
To Maksym, zachwycony naszą przyjaźnią.
I słusznie dodała Jagoda. Proszę usiąść, bo nasze rozmowy mogą wydawać się nieco ekscentryczne. Właśnie przeszliśmy od awangardowych krojów do niuansów prawa korporacyjnego.
Maksym był lokalnym blogerem, opisującym zwykłych, ale fascynujących ludzi miasta. Nasza historia dwóch przyjaciółek, które rozeszły się, a potem odnalazły drogę do siebie, poruszyła go tak, iż poprosił o pozwolenie, by napisać o nas, i podał swój numer.
Wiecie, w świecie, w którym wszyscy rozmawiają przez ekrany, Wasza opowieść jest jak oddech świeżego powietrza. To rzadkość powiedział, żegnając się.
Jagoda podniosła brew:
Co myślisz, Zuzia? Podoba ci się? Widziałam, jak patrzyłeś na niego.
Nie o to chodzi odrzekła Zuzanna, choć lekki uśmiech zdradzał jej emocje. Po prostu Dzisiejszy wieczór jest kolejnym dowodem, iż kiedy robimy krok w stronę przeszłości, przyszłość podsuwa nam przyjemne niespodzianki.
Wyszliśmy z kawiarni. Powietrze było czyste, latarnie odbijały się w kałużach. Idąc ręka w rękę poWiedząc, iż nasze serca zawsze znajdą drogę powrotną, wróciłyśmy do domu, pełne spokoju i pewności, iż przyjaźń przetrwa każdą burzę.






