Kacper, Kacper, wstawaj, Jadzia znowu płacze! zawołał mały Saszek, ciągnąc chłopca za rękaw koszulki. Dymek nie mógł otworzyć oczu sen przytłaczał go tak mocno, iż chciało się krzyczeć na brata, a potem chować głowę pod poduszkę i zatonąć w ciepłej ciemności. Najgorsze było to, iż w nocnych snach pojawiał się tata, siadający na schodach domu babci, głaszcząc go po głowie i pytając:
Co się stało, synu? Ciężko? Przepraszam, iż tak Nie chciałem Jadzia znowu płacze Ty
Kacper wyłonił się z półsennej mgły i ledwie nie spadł z łóżka. Jadzia krzyczała tak głośno, iż w końcu i on się obudził. Saszek siedział przy swoim łóżku i obserwował, jak starszy brat wyrywa się z kołdry.
Już dawno krzyczysz? Kacper przyczesał nieogolone włosy, podszedł do łóżeczka siostry. Ty moja głośna! Po co taki hałas? Mamyła nie ma. Jeszcze za wcześnie, przyjdzie dopiero rano. Chodź tutaj!
Jadzia była już prawie czerwonawa od płaczu. Kacper zręcznie wyciągnął ją z łóżeczka, skinął na Saszka, który już przyniósł czystą pieluszkę i przytulił dziecko.
Ojej, pachniesz, kochanie! Wszystko w porządku, tylko trochę ciszej! Czy już wszyscy sąsiadowie cię słyszeli? Zaraz załatwię, poczekaj chwilę.
Dziewczynka, słysząc znajomy głos, nieco ucichła, a po kilku minutach energicznie przyssała się do butelki, którą przygotował brat.
Łakomczuch! Kacper pocałował ją w czoło tym samym gestem, co zawsze, i nie musiał sprawdzać temperatury termometrem. Nie mogła poczekać na mamę? Dobrze, iż nie. Mama przyjdzie zmęczona, a my tu zostaniemy. Jedz dalej i później zdrzemniemy się, jeżeli będzie czas. Saszu! uśmiechnął się do brata. To już śpi! Nie tak jak my, co?
Półroczna Jadzia kolejny raz przyssała smoczek i spokojnie wypuściła go z ust. Kacper delikatnie położył ją na swoim ramieniu, żeby nie wydała się znowu głośno, i ruszył po pokoju, głaszcząc jej plecy.
Brawo! Teraz możesz i do łóżeczka! ułożył ją ostrożnie i zerknął na zegar.
Zastanawiał się, czy jeszcze spać, bo do podniesienia zostało niecałą godzinę, a w szkole miał piątkę z biologii i dwódkę z fizyki. Sam winien był, iż zamiast słuchać lekcji, grał w Morska Bitwa z Wiktorem. Nauczycielka fizyki prawdopodobnie go zapyta, więc musiał powtórzyć ostatnie paragrafy za dwa tygodnie spotkanie rodziców i nie chciał, żeby mama się wstydziła.
Kacprze! To nie do przyjęcia! Ciągle się spóźniasz! Jeszcze raz i pójdę do dyrektora!
Nie mógł jej wyjaśnić, iż spóźnienia wynikają z pracy mamy, a nie z własnej woli. Dlatego zostawał z Jadzią, a potem biegł do przedszkola po Saszka. Nie wolno zostawiać dzieci samym w domu mógłby mieć kłopoty. Gdyby ojciec żył, nie byłoby problemów; mama nie musiałaby pracować, by nie wyprowadzili ich z mieszkania, które wynajmowali od czasu, gdy babcia wyrzuciła ich z domu.
O babci nie chciało mu się myśleć. Nie wiedział, co wywołało kłótnie z mamą, ale domyślał się. Babcia zawsze krzyczała i nie kryła słów. Po pogrzebie przyjechała, a kiedy matka wypuściła dzieci z pokoju, rzuciła na niego zarzuty:
To twoja wina! Zrodziłaś cały ten chaos, a on musiał pracować! Serce nie wytrzyma takiego ciężaru! Nie masz sumienia! To twoja wina, iż nie ma już mojego syna!
Kacper nie wytrzymał. Wyszedł z pokoju, nie zwracając uwagi na płaczącą mamę, i podbiegł do babci.
Nie mów tak! Nie obrażaj mamy! Tata nas kochał! Kochał Jadzię i Saszka. To on chciał, a nie mama. Ona go odciągała! Nie ma pomocy, tylko skargi i krzyki! Nie można tak wychowywać dzieci! Ty zawsze tylko krzyczysz! Po co przychodzisz? Nie mieszkamy już z tobą! Nie wracaj!
Babcia spojrzała na niego surowym wzrokiem, otwierając i zamykając usta, zanim w końcu powiedziała:
Jesteś jeszcze mały, żeby tak krzyczeć
Teraz już nie ma nikogo, kto obroni mamę. Ja jej nie pozwolę się obrazić, rozumiesz? dodał Kacper, nie rozumiejąc, na kogo babcia patrzy. Spojrzała przez jego głowę w stronę matki, potem pokręciła głową i odeszła. Czasem widywał ją w mieście, udając, iż jej nie zna. Ona zawsze patrzyła, ale nie odzywała się.
Wszedł do klasy, a dyrektorka, pani Mariną Sieradz, wymieniła wszystkie jego wyczyny, prawdziwe i wymyślone. Po rozmowie zaproponowała herbatę.
Chcesz herbaty? zapytała.
Kacper skinął głową, nie mając nic lepszego do powiedzenia. Pani Marinę zapytało, czy spóźnia się, bo chce, a on odpowiedział szczerze:
Nie. Pomagam mamie.
Po kilku minutach dyrektorka podała mu cukierka Ptasie mleczko. Kacper połknął go, myśląc, iż milczenie jest lepsze niż niepotrzebne słowa.
Po szkole biegł do szkoły, trzymając za rękę skaczącego Saszka.
Kacprze, pobawimy się wieczorem?
Oczywiście.
Narysuję ci motocykl?
Tak.
A samochodzik?
Tak.
…
Saszu! Nauczę cię wszystkiego, ale najpierw zamknij buzię, zimno na dworze, biegnij szybciej, dobrze?
Jasne! odpowiedział chłopiec.
Podczas drogi Saszek zapytał, czy Kacper się złości.
Nie, skąd wziąć? odparł Kacper.
Bo jesteś cichy i masz oczy jak dwa czarne krążki. dodał Saszek.
Myślę tylko, iż się zamyśliłem. Biegnij, nie kombinuj. Nie powiem mamie, sam się mam zaradzię.
Kacper wyciągnął Saszkowi koszulkę, podsunął mu kurtkę i popchnął w stronę przedszkolnego wiatku.
Idź! Wieczorem się spotkamy! krzyknął.
Saszek skinął, wiedząc, iż ich matka, Zofia, pracuje w wielkim sklepie spożywczym przy ulicy Jana Pawła II i często zostaje po godzinach. Kiedy wrócił do domu, zobaczył, iż w mieszkaniu pachnie dymem. Zza drzwi dochodził zapach pożaru.
Szybko, ubierzmy się! krzyknął Kacper, wyciągając Saszka i Jadzię z domu. Na klatce schodowej płonęło mieszkanie sąsiadki Polinki. Strażacy przyjechali w mig, a matka Zofia, w lekkich butach, przybiegła krzycząc:
Kacprze!
Mamo! odpowiedział chłopiec, przytulając córkę.
Wśród zamieszania pojawiła się babcia, ale Kacper nie chciał z nią rozmawiać. Zofia przytuliła syna i powiedziała:
Nie gniewaj się na nią. Starsi ludzie bywają surowi, ale to nasza rodzina. Słuchaj ich, ale nie pozwól, by ich słowa raniły cię.
Kacper spojrzał na zegarek, potem na płonące okna i poczuł, iż serce bije szybciej. Gdy strażacy ugasili ogień, wszyscy odetchnęli z ulgą.
W drodze do domu Zofia poprosiła go, by pamiętał:
Kiedy przychodzi trud, nie krzycz, nie uciekaj. Pomagaj, wspieraj i wybaczaj. Takie serce jest silne i prawdziwie wolne.
Kacper po raz pierwszy naprawdę zrozumiał, iż najcenniejszą walutą nie są złotówki, ale zdolność do wyrozumiałości i troski o bliskich. Życie potrafi spłatać się wtedy, gdy potrafimy podać pomocną dłoń, mimo iż wokół szaleje ogień. To właśnie dzięki temu uczniowi, co dzień, można przetrwać każdy sztorm.
















