Dyrektor uścisnął jej dłonie i powiedział: „Co można zrobić? Rodzice tych łobuzów pomagali przy remoncie naszej szkoły”

polregion.pl 5 godzin temu

Robert i Małgorzata znają się od przedszkola. Mieszkają drzwi w drzwi w jednym z bloków na warszawskim Mokotowie, więc rodzice stwierdzili, iż najprościej będzie, jeżeli oboje pójdą razem do tej samej podstawówki i trafią do jednej klasy. Specjalnie poprosili wychowawczynię, żeby posadziła ich razem w jednej ławce. No bo w klasie chłopaków jak mrówek, a Robert mógł przecież w razie czego stanąć w obronie Małgosi, jakby któryś z gagatków się do niej przyczepił. Oboje byli zadowoleni, nauka szła im lekko, trochę jakby od niechcenia.

Sielanka skończyła się w trzeciej klasie. Mama Małgosi zauważyła, iż jej córka stała się jakaś przygaszona, ciągle czegoś się bała i wymyślała coraz to nowe powody, żeby nie chodzić do szkoły. Pewnego razu poprosiła nawet, żeby ją przepisać do innej szkoły. Dla mamy to był istny szok, więc zadzwoniła do mamy Roberta, żeby wybadać sprawę. Tam sytuacja wcale nie była różowa.

Robert, niczym echo, także zaczął marzyć o transferze do innej szkoły. Tego samego dnia, po lekcjach, mama Roberta zauważyła na jego ramieniu sine ślady wyglądało na to, iż ktoś go nieźle obił. Rodzice postanowili więc przeprowadzić inspekcję w szkole i dowiedzieć się, co tam się wyrabia.

Wychowawczyni zapewniała, iż wszystko gra, dzieciaki musiały się chyba posprzeczać gdzieś poza szkołą, ot, małe sprzeczki. W tym momencie do klasy wpadła dzieciarnia niczym stado dzików wrzask, zamieszanie. Mamy rozejrzały się i zobaczyły, jak chłopaki szarpią Roberta za bluzę, a kawałek dalej trzymają Małgosię za tornister.

Obie mamy rzuciły się ratować swoje pociechy, ale dzieciaki miały ich ostrzeżenia głęboko gdzieś. Wychowawczyni usiłowała zapanować nad sytuacją, ale efekty były mizerne. Dopiero jedna rezolutna dziewczynka pobiegła po dyrektora, no i ciało pedagogiczne w końcu zapanowało nad chaosem.

Mamy Roberta i Małgosi zapowiedziały, iż nie zostawią tego tak. Albo rodzice łobuziaków pojawią się w szkole, albo idą na policję i zgłaszają sprawę pobicia. Dyrektorka próbowała je uspokoić, obiecując, iż już jutro zaprosi wszystkich rodziców wybitnie kłopotliwych uczniów na rozmowę.

Po drodze do wyjścia dyrektorka rzuciła tylko półgębkiem, iż to dzieci bogatych rodziców nic nie pomaga, są nie do upilnowania, ciągle przeszkadzają na lekcjach i zaczepiają inne dzieci. Rodzice już nie raz byli na dywaniku, ale co z tego, skoro ich poziom ogłady nie odbiega zbytnio od ich potomków.

Następnego dnia mamy stawiły się w szkole jak żołnierze na ćwiczeniach. Rodzice łobuzów byli już obecni. Wychowawczyni ostrzegała, iż nie będzie łatwo. Faktycznie, ci rodzice podnieśli taki lament, broniąc swoich tyranów, iż można się było po raz drugi zaczynać bać. Byli po prostu nieuprzejmi i buńczuczni. Tylko dyrektorka na moment zaprowadziła względny porządek, ale na długo to nie starczyło.

Konkretnych decyzji nie zapadło, bo zblazowani rodzice w końcu opuścili klasę, mrucząc pod nosem, żeby się nie przejmować takimi błahostkami. Dyrektorka, rozkładając ręce, powiedziała: Co ja mogę zrobić? Przecież ci rodzice fundowali szkole remont, nie mogę nagle wyrzucać ich dzieci.

W domu Robert i Małgosia opowiedzieli, iż chłopacy już od dawna uprzykrzają innym życie. jeżeli jakiś chłopak został sam na korytarzu, zaraz stawał się ofiarą bandy. Naszą parę obili tylko dlatego, iż trzymali się razem a tego łobuzy najbardziej nie znoszą. Mamy nie zastanawiały się długo i przepisały dzieci do innej szkoły. Dyrektorka krótko po tym sama zrezygnowała z pracy, bo nie miała już siły użerać się z pokoleniem czego się nie da, to się nie opłaca i ich nieokiełznanymi rodzicami.

Idź do oryginalnego materiału