Dziecko dla przyjaciółki
Kiedy Zosia dobiegała końca swojej ciąży, jej młodszy brat odszedł z domu, a ojciec zaczął ponownie pić; od tego czasu życie Zosi zamieniło się w koszmarny wir.
Codzienność Zosi była surrealistyczna: rano otwierała na oścież okna, by wywiało alkoholowe mary, zbierała butelki spod stołu i w milczeniu czekała, aż przebudzi się ojciec.
Tato, przecież nie powinieneś pić. Ledwo wróciłeś do siebie po udarze szeptała cicho, szorując stół.
Chcę i piję. Kto mi zabroni? Tylko tak łatwiej mi znieść ten ból.
Jaki ból?
Ból, iż jestem nikomu niepotrzebny. choćby tobie, Zosieńko… Ciężarem jestem, kulą u nogi. Że w ogóle się narodziłem, ślub wziąłem i dzieci narobiłem, które ode mnie mają jedynie słabe charaktery i biedę. Wszystko na marne, córko. Łatwiej pić, niż myśleć.
Zosia, już i tak zmęczona, złościła się pod nosem.
Nie wszystko na marne, tato. Są tacy, co mają gorzej.
Jak jeszcze gorzej, córko? Bez matki dorastałaś. Teraz chcesz rodzić dziecko bez ojca, żeby kontynuowało tę nędzę
Wszystko może się zmienić, tato. Los nie jest stały.
Zosia z żalem wspominała czas, gdy była szczęśliwa i planowała życie z Pawłem. Świat się pokręcił, trzeba jednak żyć dalej.
Tamtego dnia ojciec znów się upił. Zosia nie wytrzymała:
Przepiłeś pieniądze, które odłożyłam na czarną godzinę?! Przewracałeś mi w rzeczach? Wszystko przeszukałeś?
Wszystko w tym domu jest moje wybełkotał. I ta emerytura, którą mi ukrywasz! Moja emerytura!
I wszystko przepiłeś, nie myślałeś, za co będziemy żyć?
Czemu ja mam myśleć? Jestem chory. Urosłaś, to troszcz się teraz o mnie!
Zosia buszowała po szafkach.
Wczoraj były jeszcze dwa opakowania makaronu i olej. Teraz nie ma nic! Co zjemy na kolację?..
Zoska aż się osunęła na krzesło, chowając twarz w dłoniach.
Nie wiedziała, iż ciotka Jadwiga, niczym cicha zjawa, zaczęła przychodzić i poić ojca wódką, przy okazji wynosząc produkty z domu.
Kiełkowała w jej głowie myśl: Jadwiga przestała dbać o rodzinę, a zaczęła wszystko rozbijać od środka.
Tej nocy Zosia leżała w łóżku, płakała cicho, ssąc powietrze, śniąc o jedzeniu.
Rankiem rozległo się pukanie. Bezczelna Jadwiga wpadła jak do siebie: w modnym płaszczu, szpilkach, choćby nie zdjęła butów.
Cześć. Moja koleżanka z administracji mówiła, iż macie tu długi i zaraz odłączą wam światło. Co się tu dzieje, Zosiu? Może zaparzysz mi herbaty?
Nie czekając na odpowiedź, szperała już w lodówce i szafkach.
Sama zrobię. Ty jesteś w ciąży, jak moja Basia Tu choćby cukru ni ma, nic, tylko przeciąg. Chodź do sklepu razem.
Zosia unikała spojrzeń.
Ciociu Jadwigu, nie poczęstuję cię herbatą. Lepiej już idź.
Ale Jadwiga nie miała zamiaru się wycofać.
Macie tu tragedię. Przecież proponowałam ci już raz, byś się do mnie przeprowadziła. Teraz nalegam, zamieszkaj u mnie. Tutaj nie ma warunków dla dzieciaka, twój ojciec pije, nie masz co jeść! Potrzebujesz owoców, witamin… Pakuj się i idziesz.
Zosi zakręciło się w głowie, usiadła na stołku, łzy poleciały po policzkach. Jadwiga objęła ją jak cień:
Wiem, nie przepadasz za mną. Wiem, nie ma dla mnie rozgrzeszenia, bo moja Basia odbiła ci narzeczonego. Ale nie jestem zła, nie mogę patrzeć jak się męczysz. Chcesz czy nie, pomogę.
Potem pamiętała wszystko jak przez mgłę – Jadwiga pomogła jej spakować się, zamówiła taxi i tyle ją widziano w rodzinnym domu.
***
W dniu, kiedy Zosi zaczęły się bóle porodowe, Jadwiga Frączek nie odstępowała jej na krok.
Słuchaj, Zosia, powiadomiłam już personel. Chcesz zrzec się dziecka. Po porodzie nie bierz go na ręce i nie przystawiaj do piersi. Nie patrz nawet.
Zosia jęczała, zwinięta na łóżku.
Ciociu, wszystko mi jedno. Tak boli…. Byle już urodzić.
Pamiętaj, sama nie dasz rady! Już znalazłam dobrą parę, od razu chcą adoptować twoje dziecko.
Po kilku godzinach urodziła się dziewczynka.
Waży trzy trzysta, zdrowa, wszystko dobrze rzuciła położna.
Zawinęła kwilące dziecko w becik i zniknęła, nie pokazując Zosi.
Tylko lekarka wyszła i popatrzyła surowo:
Co to znaczy? Macie zdrową, śliczną dziewczynkę, a pani choćby nie chce jej zobaczyć. Pani Marysiu, przynieście dziecko i połóżcie przy matce!
Zosia pokręciła głową:
Nie chcę. Nie mam za co żyć, nie chciałam rodzić Są tacy, co jej bardziej potrzebują, podpiszę zrzeczenie
Proszę nie wygadywać. Choć rzuć okiem.
Zosia zamknęła oczy, ale poczuła dotyk czegoś łagodnego na dłoni.
Położna położyła dziewczynkę obok niej, dziecko zamiauczało, szukając ustami matki. Zosia spojrzała na córkę.
Malutka, krucha istota patrzyła w nią, mrużąc oczka, rozczapierzając drobne rączki, które niezdarnie błądziły po piersi mamy.
A jednak, prawda? uśmiechnęła się lekarka. Zosia drżała pod wpływem pierwszego matczynego wzruszenia.
Jaka ładna. Pani jest jej potrzebna, nie żadni przybrani rodzice dodała położna.
Zosia zapłakała, objęła córeczkę.
Przez dwie godziny nie spuściła z niej oczu, tuląc w półśnie. Wtedy obudził się w niej instynkt macierzyński.
Oto jest sens mojego życia. Moja córka. Nieważne, iż Paweł zniknął, a ojciec szaleje… Jestem tu potrzebna, zostanę.
***
Obudził ją głos Jadwigi.
Jadwiga, w fioletowym szlafroku, weszła do sali, stanęła nad łóżkiem.
Zapomniałaś o umowie? powiedziała cicho. Mówiłam, iż oddasz dziecko. Już rozmawiałam z ludźmi, którzy chcą dziś je zabrać.
Ciociu, chyba się rozmyśliłam. Nie oddam jej nikomu.
Ale przecież ty choćby pieniędzy nie masz, jesteś bezdomna praktycznie, gdzie ją zabierzesz?
Do siebie. Nie będę ci więcej zawadzać. Poradzę sobie.
Zosia dostrzegła, jak twarz Jadwigi zmienia się w wilczy grymas.
Zwariowałaś?! Za co będziesz żyć? Po prośbie będziesz chodzić?
Obudziła się córeczka, spała w łóżeczku. Zosia sięgnęła po nią.
Nie ruszaj! Ja ją ukołyszę, dam butelkę. Powiemy, iż nie masz mleka rzuciła Jadwiga.
To moja córka. Mówiłam, zdecydowałam nie rozstanę się z nią!
Nie możesz! Obiecałaś! Jadwiga rzucała się jak ryba.
Proszę wyjść.
Jadwiga odeszła w milczeniu. Sąsiadka z sali, cicho leżąca dotąd, podniosła się.
Kto to był?
Ciocia.
Straszne. Dobrze zrobiłaś, iż ją przegnałaś. Jestem Weronika. Jak będzie trzeba pomogę. Świat nie jest bez dobrych ludzi.
Ja Zosia.
Miło cię poznać. Wiesz, wydaje mi się, iż ta kobieta chciała ci ukraść dziecko. Dziwna jest bardzo.
***
Tuż przed wyjściem do Zosi przyszła gość. Nie wpuszczono jej do sali, więc Zosia wyszła do chłodnego korytarza.
Była to dawna przyjaciółka, Basia, z wyraźnie już zaokrąglonym brzuchem.
Cześć.
Zosia ostrożnie usiadła obok niej.
Basia zaczerwieniła się.
Słyszałam, iż urodziłaś.
Tak. Córka.
Basia chrząknęła.
Słuchaj moja mama znalazła ludzi. Są bogaci, mogą zaadoptować małą. Za twoją córeczkę dają milion milion złotych wyobrażasz sobie? Mogłabyś kupić sobie pokój, mieszkanie…
Milion, naprawdę? Zosia kiwnęła głową. Skoro tak dbasz o tych ludzi, to sprzedaj im swoje dziecko.
Basia nadęła policzki, ale nie puszczała ręki Zosi.
Ale… oddaj ją mnie! Ja będę się nią opiekować, to przecież córka Pawła!
Dasz radę z dwójką dzieci?
Nic nie rozumiesz, Zosiu! U mnie wszystko się wali!
Zosia zerwała się do odejścia. Basia złapała ją za rękaw, a jej oczy były jak szkliste, obłędne groty.
Potrzebuję tej dziewczynki!
Puść.
…Po kilku godzinach do sali wpadł sam Paweł. Zosia odsunęła się.
Urodziłaś? Mogę zobaczyć?
Nie, nie możesz! Za chwilę Basia ci urodzi, oglądaj tam!
Musimy pogadać, Zosia. Odkąd urodziłaś, żyć nie mogę. Chcę zabrać córkę. Zrzeknij się jej. Ja ją od razu adoptuję.
Zosia pokręciła głową:
Nie jestem jak ty. Nigdy nie zostawię kogoś, komu jestem potrzebna. Dziecka ci nie oddam!
Paweł też zachowywał się jak aktor zagubiony w scenach snu, nie chciał wyjść.
Oddaj dziecko! Nie miałaś prawa rodzić go beze mnie! I tak dostanę, co należne moje!
Ty? Synuś mamusi? Najpierw spytaj mamy o zgodę!
Zosia odsunęła Pawła, wzięła córkę i wyszła do pielęgniarki.
Proszę was, nie wpuszczajcie do mnie już nikogo. Jestem zmęczona, nie chcę nikogo widzieć! Ten oddział to jak jakieś targowisko snów!
Epilog
W dzień wyjścia ze szpitala Zosia ścisnęła mocno córeczkę do piersi.
Towarzyszyła jej Weronika przyszli po nią mąż i matka.
Zosia stanęła przed schodami szpitala, gdy zauważyła samochód państwa Polańskich.
Z auta wysiadła matka Pawła, Pani Krystyna, z zimnym błyskiem w oku.
Zosię przeszedł dreszcz. Niezrealizowana teściowa patrzyła jak wygłodniała wilczyca.
Weronika przybliżyła się, stanęła obok.
Kto to?
Rodzina Pawła.
Tak się gapi, jakby szykowała się do skoku. Coś tu nie tak, Zosiu. Namawiałam cię, mamy dla was pokój u nas, jedziecie ze mną!
Zosia tylko skinęła głową miała nieodparte przeczucie zbliżającej się burzy.
***
Mieszkając u nowych znajomych, Zosia niespodziewanie znalazła miłość brat Weroniki, wieczny kawaler Grzegorz, zaczął o nią dbać i troszczyć się.
Grzegorz był człowiekiem o złotym sercu; ożenił się z Zosią, przyjął jej córkę jak własne dziecko i choćby zaczął pomagać jej ojcu.
Tymczasem Basia i Paweł rozstali się na dobre.
Okazało się, iż Basia tylko udawała ciążę, podkładała sobie pod bluzkę poduchę, zwodząc wszystkich w rodzinie Polańskich.
Jadwiga, chcąc ratować honor córki, sama przyznała Pawłowi, iż Basia poroniła na bardzo wczesnym etapie. Od razu przedstawiła idealny plan.
Pawle, zięciu, nie złość się na moją Basię. Tak, no nie doniosła Ale przecież i ty nie jesteś bez winy. niedługo będziesz miał dziecko z inną. Może weźmiecie dziecko Zosi do siebie? Zrobimy adopcję, przecież ona nie jest wam obca. A rodzicom twoim nie powiemy nic o poronieniu. Będziemy udawać, iż Basia urodziła, a jak Zosia urodzi, to zabierzecie dziewczynkę do siebie i ogłosicie, iż to wasza.
Pawłowi spodobał się ten dziwaczny plan.
Wszystko byłoby po staremu, gdyby Zosia nie zrobiła numeru i nie zdecydowała się zatrzymać swojej nowo narodzonej córki, czym zapędziła dawną przyjaciółkę i jej matkę w ślepy zaułek.
Matka Pawła, Krystyna, była głęboko rozczarowana oszustwem Basi, wyrzuciła ją z domu i nakazała synowi rozwód.
A Zosia znowu śniła o życiu, tym razem nie koszmarnym. Wreszcie poczuła, iż śmierć zgasła w progach jej domu, a śniło jej się, iż mleko w szklance zamienia się w światło i było już całkiem dobrze.






