Dziecko dla przyjaciółki
Kiedy Agnieszka przechodziła przez ostatnie miesiące ciąży, jej młodszy brat wyjechał z domu, ojciec znów zaczął pić i od tego czasu życie Agnieszki zamieniło się w piekło.
Każdy poranek zaczynała od wietrzenia domu, zbierania butelek spod stołu i wyczekiwania, aż ojciec się wyśpi.
Tato, przecież lekarz ci zabronił pić. Dopiero co wyszedłeś po udarze.
Piję i co mi zrobisz? Tylko tak ból mi przechodzi.
Jaki ból?
Ból, iż nikomu nie jestem potrzebny, choćby tobie. Jestem ciężarem, Agnieszko, zawadą. Życie przegrałem po co się było rodzić, żenić, płodzić dzieci, które przejęły tylko moją słabość i biedę? Wszystko na marne, córko. Lepiej piję.
Agnieszka była przygnębiona i coraz bardziej zła.
Nie wszystko jest na marne, tato. Ludzie mają gorzej.
Jak gorzej, dziecko? Wychowywałaś się bez matki. Chcesz urodzić dziecko, które nie będzie miało ojca, biedę będzie z tobą dzielić.
Nie wszystko jest czarne, tato. Wszystko się może zmienić.
Z żalem wspomniała, jak niedawno jeszcze była szczęśliwa, planowała ślub z Bartkiem. Tak, świat się zachwiał, ale trzeba żyć dalej.
Tego dnia ojciec znów się upił. Agnieszka krzyknęła sfrustrowana:
Przepiłeś pieniądze, które odkładałam na czarną godzinę? Jak je znalazłeś? Przeszukałeś cały dom, choćby moje rzeczy?!
Wszystko w tym domu jest moje! odparł. choćby twoją emeryturę chowasz przede mną! Moją emeryturę!
I wszystko przepiłeś? O czym myślałeś, z czego będziemy żyć?
Nie muszę o niczym myśleć! Jestem chory, dorosłaś to ty się mną opiekuj!
Agnieszka przeszukała wszystkie szafki.
Dobrze pamiętam, iż wczoraj były jeszcze dwa opakowania makaronu i masło. Teraz nie ma nic! Co zjemy na kolację?
Była zrozpaczona. Usiadła na krześle, skrywając twarz w dłoniach.
Skąd miała wiedzieć, iż ciotka Grażyna coraz częściej przychodziła pod jej nieobecność, upijała ojca i wynosiła pół domu?
Cicho, jak wąż, Grażyna wgramoliła się do ich życia i robiła wszystko, by rozbić rodzinę.
Agnieszka przepłakała całą noc. Leżała przybita, wykończona, głodna.
Rano ktoś zapukał do drzwi to była Grażyna Zygmuntowa. W modnym płaszczu, na obcasach, weszła do domu bez ściągania butów.
Cześć! Moja koleżanka z urzędu miasta powiedziała mi, iż macie zaległości za prąd. Zaraz wyłączą! Co tu się dzieje, Aga? Zaproś na herbatę.
Nie czekając na odpowiedź, weszła do kuchni i zaczęła grzebać w szafkach i lodówce.
Sama zaparzę, przecież jesteś w ciąży, tak jak moja Kasia… Słuchaj, nie ma tu ani cukru, ani herbaty! Nic tu nie ma, tylko przeciąg. Chodź, pójdziemy do sklepu.
Agnieszka odwróciła wzrok.
Ciociu Grażyno, nie zaproszę pani na herbatę. Lepiej, żeby pani sobie poszła.
Grażyna nie dawała za wygraną.
Macie tu tragedię! Mówiłam ci już, żebyś przeprowadziła się do mnie. Teraz to nie prośba, ale żądanie. Pakuj rzeczy i jedziemy do mnie. Tu nie ma warunków dla dziecka, ojciec pije, ty głodujesz! choćby owoców tu nie masz, nie mówiąc o witaminach… Chodź, zabieram cię!
Agnieszka opadła na krzesło, kręciło jej się w głowie. Łzy popłynęły po policzkach, Grażyna ją przytuliła:
Słuchaj, wiem co o mnie myślisz. Nie wybaczyłam sobie, iż moja córka odbiła ci narzeczonego. Ale nie jestem potworem. Nie dam ci zginąć. Chcesz tego czy nie, zaopiekuję się tobą.
Dalej wszystko działo się jak we śnie: Grażyna pomogła jej spakować rzeczy i zamówiła taksówkę.
***
W dniu, gdy Agnieszka zaczęła rodzić, Grażyna nie odstępowała jej na krok.
Słuchaj uważnie, Agnieszko. Powiedziałam położnym, iż chcesz oddać dziecko. Więc po porodzie nie bierz go na ręce, nie przystawiaj do piersi. Po prostu nie patrz.
Agnieszka jęczała z bólu:
Ciociu Grażyno, wszystko mi jedno, byle szybciej urodzić.
Pamiętaj. Sama nie dasz rady wychować tego dziecka. Już znalazłam porządne małżeństwo, które chętnie je adoptuje.
Po kilku godzinach urodziła się dziewczynka.
Trzy trzysta, zdrowa, wszystko w porządku.
Pielęgniarka zawinęła dziecko w rożek i wyniosła, choćby nie pokazując Agnieszce.
Lecz lekarka popatrzyła na nią surowo:
Co tu się wyprawia? Ma pani śliczną, zdrową córkę, a choćby nie chce na nią rzucić okiem? Agnieszko, przynieście dziecko i przystawcie do piersi.
Agnieszka zaprotestowała:
Nie chcę. Mnie nie stać na życie, nie planowałam rodzić… Ktoś inny jej potrzebuje. Napiszę zrzeczenie, adoptują ją…
Niech się pani opanuje, choć spojrzy na córeczkę.
Zacisnęła oczy, ale poczuła jak coś ciepłego dotknęło jej ręki.
Pielęgniarka położyła maleństwo obok niej, a ta zaczęła łkać, szukając jej twarzy i piersi.
Agnieszka spojrzała na córkę.
Maleńka, bezbronna istotka patrzyła na nią, wciągając powietrze swoimi drobnymi rączkami.
No już, mamuśka. Pora nakarmić córeczkę uśmiechnęła się lekarka, zauważając, iż Agnieszka się wzruszyła.
Piękna dziewczynka, ciebie potrzebuje, nie obcych ludzi, rozumiesz?
Agnieszka zapłakała, przytuliła córkę i kiwnęła głową.
Kolejne dwie godziny spędziła z dzieckiem przy sobie, nie mogąc oderwać od niej wzroku.
Właśnie wtedy obudził się w niej instynkt macierzyński.
„Oto sens mojego życia moja córka.
Nie ważne, czy Bartek odszedł, czy ojciec znów pije… Jestem potrzebna mojej córeczce. Zostaję z nią.”
***
Obudził ją głos Grażyny.
Grażyna Zygmuntowa, w szlafroku, stanęła przy jej łóżku.
Zapomniałaś, co ustaliłyśmy? zapytała cicho. Miałaś urodzić i oddać dziecko. Już mam ludzi, którzy dziś są gotowi zabrać dziewczynkę.
Pani Grażyno, ja się rozmyśliłam. Nie oddam jej nikomu.
Ale nie masz ani złotówki, jesteś praktycznie bezdomna! Gdzie z nią pójdziesz?
Do siebie. Nie będę już pani zawracać głowy. Poradzę sobie.
Widziałem, jak twarz Grażyny wykrzywiła się w furii.
Oszalałaś? Nie masz pieniędzy! Z czego będziesz żyć? Z jałmużny?
Na krzyk obudziła się dziewczynka. Agnieszka podeszła do łóżeczka.
Nie ruszaj! Ja ją ponoszę i nakarmię mlekiem modyfikowanym. Powiemy lekarzom, iż nie masz pokarmu zdecydowała Grażyna.
Agnieszka pokręciła głową:
To moja córka, nie pani. Już zdecydowałam, nie zamierzam jej oddać!
Nie możesz! Obiecałaś! wykrzyczała Grażyna, bezradnie otwierając usta.
Wyjdź.
Grażyna wyszła. W tym momencie odezwała się cicho współlokatorka:
Kto to była?
Ciotka…
Masakra. I dobrze, iż ją wygoniłaś. Mam na imię Ula. Jakbyś potrzebowała pomocy jestem. Świat nie jest do końca zły.
Jestem Agnieszka.
Miło cię poznać, Aga. Ta kobieta chciała zabrać ci dziecko, czy mi się wydaje? Bardzo dziwna była.
***
Przed samym wypisem do Agnieszki przyszła była przyjaciółka, Kasia. Miała już spory brzuch.
Hej.
Agnieszka przysiadła na ławce, Kasia usiadła obok.
Słyszałam, iż urodziłaś.
Tak. Córeczkę.
Kasia zaczęła się niepokoić.
Wiesz, mama znalazła ludzi, którzy adoptują twoje dziecko.
No i co?
Są bardzo porządni. Mają pieniądze i zrobią wszystko, żeby dostać tę dziewczynkę.
Złapała Agnieszkę za rękę.
Dają za twoją córeczkę sto tysięcy złotych! Wyobrażasz sobie? Kupiłabyś pokój w akademiku, może choćby małe mieszkanie!
Sto tysięcy? pokiwała głową Agnieszka. Skoro się troszczysz, oddaj swoje dziecko.
Kasia urażona zacisnęła usta, ale nie puszczała jej dłoni.
Poczekaj, Aga… Oddaj ją mnie! Zaopiekuję się, w końcu to córka Bartka.
Dasz radę z dwójką dzieci?
Nie rozumiesz, Aga! Moja rodzina się rozpada!
Agnieszka wstała, gotowa odejść. Kasia złapała ją za rękaw, miała obłęd w oczach:
Potrzebuję tej dziewczynki, Aga!
Zostaw.
Parę godzin później do pokoju wtargnął Bartek. Agnieszka odsunęła się od drzwi.
Urodziłaś? Mogę zobaczyć?
Nie, nie możesz! Za chwilę sam zostaniesz ojcem, patrz na swoje dziecko!
Musimy pogadać. Odkąd urodziłaś, nie mogę sobie znaleźć miejsca. Tak chcę zabrać córkę do siebie. Oddaj ją, obiecuję od razu ją adoptować.
Agnieszka pokręciła głową:
Nie jestem taka jak ty. Nigdy nie oddam tego, kto mnie potrzebuje. Niepotrzebnie tu przyjechałeś, córeczki ci nie oddam!
Bartek stał długo i nie chciał odejść.
Oddaj dziecko! Nie miałaś prawa rodzić go beze mnie! I tak ją zabiorę!
Ty? Mamin synek? Najpierw zapytaj mamusi o pozwolenie!
Odepchnęła byłego narzeczonego, wzięła córkę i wyszła na dyżurkę:
Proszę nikogo więcej do mnie nie wpuszczać. Nie chcę widzieć nikogo! Co za pielgrzymka!
Epilog
W dniu wypisu Agnieszka wyszła ze szpitala, przyciskając do siebie córkę.
Nie była sama z nią wychodziła współlokatorka, Ula, którą odbierał mąż i mama.
Przed szpitalem zobaczyła samochód rodziców Bartka.
Z auta wysiadła matka Bartka, Wanda Szymczakowa. Zmrużyła oczy, patrząc na Agnieszkę jak na zwierzynę.
Agnieszce przeszedł po plecach dreszcz.
Potencjalna teściowa patrzyła wrogo, jak wilczyca gotowa do skoku.
Ula zauważyła przerażenie przyjaciółki, podeszła i stanęła obok.
Kto to, Aga?
Rodzice Bartka.
Pilnują cię jakby coś czekali. Aga, coś tu jest nie tak. Mówiłam ci, iż mamy u nas dla ciebie pokój, jedź ze mną.
Agnieszka skinęła głową. Czuła niepokój.
***
Mieszkając u nowych przyjaciół, Agnieszka niespodziewanie odnalazła miłość brat Uli, wieczny kawaler Janek, zaczął się nią opiekować.
Janek okazał się porządnym człowiekiem, dobrym i uczynnym. Poślubił Agnieszkę i adoptował jej córkę, pomagając też jej ojcu.
Co do Kasi i Bartka ich związek się rozpadł.
Okazało się, iż Kasia udawała ciążę, chodziła z poduszką pod bluzką, okłamując całą rodzinę Szymczaków.
Grażyna przyznała zięciowi, iż Kasia poroniła bardzo wcześnie i próbowała zatuszować sprawę. Wpadła na pomysł:
Bartku, nie gniewaj się na moją córkę. Miała poronienie, ale ty sam też nie jesteś święty. Poza tym, twoje dziecko z Agnieszką zaraz się urodzi. Myślałam… Czemu nie wziąć do siebie tego dziecka? Adoptujecie je pod nazwiskiem Kasi, a reszcie rodziny nic nie powiemy o jej poronieniu. Wszyscy pomyślą, iż to Kasia urodziła.
Bartek zaakceptował plan teściowej.
Wszystko szło zgodnie z planem do chwili, gdy Agnieszka nie zgodziła się zostawić córeczki w szpitalu, niszcząc plany dawnej przyjaciółki i jej matki.
Wanda Szymczakowa była rozgoryczona oszustwem synowej i wyrzuciła Kasię z domu, żądając natychmiastowego rozwodu.





