Dziecko dla przyjaciółki Kiedy Lila przechodziła ostatnie miesiące ciąży, jej młodszy brat wyjechał z domu, a ojciec zaczął pić i od tej pory życie Lili zamieniło się w koszmar. Każdy dzień zaczynała od wietrzenia mieszkania, wynoszenia pustych butelek spod stołu i czekania, aż wstanie ojciec. — Tato, przecież lekarz zabronił ci pić. Przeżyłeś już wylew. — Chcę i piję. Kto mi zabroni? Tak łatwiej znieść ten ból. — Jaki ból? — Ból świadomości, iż nikomu nie jestem potrzebny. choćby tobie. Jestem dla ciebie ciężarem, Lila. Jestem przegranym człowiekiem. Niepotrzebnie się urodziłem, niepotrzebnie się ożeniłem i doczekałem dzieci, które po mnie odziedziczyły tylko słabość charakteru i biedę. Wszystko na marne, córko. Lepiej pić. Lila, chociaż i tak była w złym humorze, denerwowała się. — Nic nie jest na marne, tato. Inni mają w życiu gorzej. — Gorzej, jak? Ty dorastałaś bez matki. I chcesz urodzić dziecko bez ojca, które dalej będzie żyło w biedzie. — Nie wszystko jest aż tak czarne, tato. Nic nie trwa wiecznie, wszystko może się zmienić w jednej chwili. Lila ze smutkiem wspomniała, jak do niedawna była szczęśliwa, szykując się do ślubu z Ikiem. Tak, świat runął, ale trzeba żyć dalej. W tamten dzień ojciec znów się upił. Lila wybuchnęła: — Przepiłeś pieniądze, które odłożyłam na czarną godzinę? Jak je znalazłeś? Przeszukałeś cały dom, grzebałeś w moich rzeczach?! — Wszystko w tym domu jest moje — oznajmił ojciec — włącznie z emeryturą, którą przede mną chowasz! Moją emeryturą. — I wszystko przepiłeś? Ani chwili nie pomyślałeś, z czego będziemy żyć? — A czemu ja mam myśleć? Jestem chory. Ty już dorosłaś, teraz ty się mną zajmuj! Lila przeszukała wszystkie szafki. — Przecież pamiętam, iż były dwie paczki makaronu i olej. Teraz nic nie ma! Co zrobimy na kolację?.. Była tym zdruzgotana. Usiadła na krześle, zasłaniając twarz dłońmi. Skąd mogła wiedzieć, iż ciotka Natalia pod jej nieobecność wpuszcza ojca w alkoholowy ciąg i okrada dom? Cicho, jak żmija, Natalia wślizgnęła się do ich mieszkania i robiła wszystko, by rozbić rodzinę. Tamtej nocy Lila płakała, leżąc w łóżku – wyczerpana, załamana i głodna. Nad ranem rozległo się pukanie. Weszła Natalia Antonina. W modnym płaszczu, na szpilkach, nie zdejmując butów przeszła do kuchni. — Cześć. Moja znajoma z administracji powiedziała mi, iż macie długi i zaraz odetną wam prąd. Co się u was dzieje, Lila? Zaparzysz herbaty? Nie czekając na zgodę, zaczęła grzebać w szafkach i lodówce. — Sama zrobię herbatę, jesteś w ciąży jak moja córka, Swietka… Ale widzę, nie macie ani cukru, ani herbaty. W zasadzie nie macie nic. Chodź, pójdziemy do sklepu. Lila unikała wzroku gościa. — Ciociu Natalio, herbaty nie będzie. Lepiej już wyjdźcie. Natalia nie zamierzała odejść. — Masz kłopoty? Widzę, iż tak. Pamiętasz, jak oferowałam ci, żebyś zamieszkała u mnie? Teraz już nie pytam, ja nalegam — przeprowadzaj się do mnie. Tutaj nie ma warunków dla dziecka, ojciec pije, nie masz choćby co jeść, nie mówiąc o owocach, witaminach… Pakuj się i jedź ze mną. Lila usiadła, zakręciło się jej w głowie. Zaczęła płakać, Natalia ją przytuliła: — Dziewczyno, wiem jak się do mnie odnosisz. Nie ma dla mnie przebaczenia, bo to moja córka odbiła ci narzeczonego. Ale nie jestem potworem i nie mogę patrzeć jak cierpisz. Chcesz czy nie, zaopiekuję się tobą. Potem wszystko działo się jak we śnie: Natalia pomogła jej się spakować i wezwała taksówkę. *** Kiedy zaczęły się skurcze, Natalia Antonina nie odstępowała Lili na krok. — Słuchaj mnie, Lila. Uprzedziłam personel, iż chcesz oddać dziecko. Więc jak urodzisz, nie bierz jej na ręce, nie przystawiaj do piersi. Po prostu nie patrz. Lila zwijała się z bólu: — Och, ciociu Natalio, wszystko mi jedno. By tylko urodzić… — Pamiętaj, co ci mówiłam — sama tego dziecka nie wychowasz. Już znalazłam porządną rodzinę, która może natychmiast je adoptować. Parę godzin później na świat przyszła dziewczynka. — Waży trzy trzysta, zdrowa, wszystko w porządku. Pielęgniarka zawinęła dziecko w kocyk i wyniosła, choćby nie pokazując Lili. Jednak lekarka surowo powiedziała: — Co tu się dzieje? Urodziła pani zdrową dziewczynkę, a choćby nie chce na nią spojrzeć? Pani Eleno, proszę przynieść dziecko i przystawić do mamy. Lila odwróciła głowę: — Nie chcę. Nie mam za co żyć, nie chciałam rodzić… Są ludzie, którym ta dziewczynka jest bardziej potrzebna, napiszę zrzeczenie, ją adoptują… — Proszę się nie wygłupiać, chociaż popatrzcie na maleńką. Lila zamknęła oczy, ale poczuła delikatny dotyk maleńkiej rączki. Pielęgniarka położyła córeczkę obok, a ta pojękiwała, szukając mamy twarzy, rozchylając usta, i Lila wreszcie spojrzała na córkę. Maleństwo patrzyło na nią zmrużonymi oczkami, wyciągało do niej bezradnie ręce. — No i co, mamuniu? Karmimy malutką — uśmiechnęła się lekarka. Ucieszyła się widząc jak Lila zadrżała pod wrażeniem matczynego instynktu. — Jak ona śliczna, potrzebuje właśnie Pani, nie obcych — zrozumiała Pani? Lila zapłakała, obejmując córeczkę. Kolejne godziny spędziła z dzieckiem przy boku, nie mogąc oderwać od niej wzroku. I tak przebudził się jej instynkt macierzyński. „Oto sens mojego życia — moja córka. Nie ważne, czy Irek odszedł, czy tata wariuje… Moja córka mnie potrzebuje, więc zostaję z nią.” *** Lila obudziła się słysząc głos Natalii. Natalia Antonina, w szlafroku, weszła na salę i patrzyła na nią, leżącą w łóżku. — Zapomniałaś, na co się umawiałyśmy? — spytała cicho. — Obiecałaś, iż po porodzie oddasz dziecko. Ja już znalazłam ludzi, którzy od razu je wezmą. — Pani Natalio, zmieniłam zdanie. Nie oddam jej nikomu. — Przecież nie masz choćby pieniędzy, jesteś praktycznie bezdomna, dokąd zabierzesz dziecko? — Do domu. Nikomu już nie będę zawadzać. Dam sobie radę. Zobaczyła jak mina Natalii zmienia się w prawdziwie diabelski grymas. — Oszalałaś?! Nie masz pieniędzy! Jak chcesz żyć? Z żebraczą torbą będziesz chodzić? Płacz Natalii obudził dziecko w łóżeczku, Lila podeszła, wzięła córkę na ręce. — Nie ruszaj jej! Ja ją ukołyszę i dam mleka modyfikowanego. Powiedzmy lekarzom, iż nie masz pokarmu — oznajmiła Natalia. Lila pokręciła głową: — Nic Pani tu nie zadecyduje, to moja córka. Mówiłam — nie oddam jej! — Nie możesz! Obiecałaś! — Natalia bezsilnie otworzyła usta. — Proszę wyjść. Natalia wyszła. Współlokatorka Lili cicho zapytała: — Kto to był? — Ciocia. — Ale numer. Dobrze, iż ją pogoniłaś. Jestem Lera. Jak trzeba będzie pomocy — pomogę. Świat nie jest zły do końca. — Lila jestem. — Miło poznać, Lila. Wiesz, wydawało mi się, iż ta kobieta chciała porwać twoje dziecko. Straszna osoba. *** Przed wypisem odwiedziła Lilię gościni, ale nie wpuszczono jej na salę, więc wyszły do korytarza. Była przyjaciółka — Swieta — podeszła z brzuchem jak piłka. — Cześć. Lila usiadła. Swieta przysiadła się. — Słyszałam, iż urodziłaś. — Tak. Córeczkę. Swieta nerwowo poruszyła dłonią. — Lila, taka sprawa. Wiesz, iż mama znalazła ludzi, którzy chcą twoje dziecko. — I co? — Są bogaci, gotowi wiele za nią zapłacić. Dają milion! Możesz kupić własny pokój w akademiku lub zainwestować w mieszkanie. — Naprawdę, milion? — Lila skinęła głową. — Martwisz się o nich? To swoje dziecko im sprzedaj. Swieta wydęła usta, trzymając ją za rękę. — Poczekaj, Lila. Daj dziecko mnie! Ja się nią zaopiekuję, to przecież córka Ireka. — Myślisz, iż dasz sobie radę z dwójką dzieci? — Ty nic nie rozumiesz, Lila! Moja rodzina się rozpada! Lila poderwała się, Swieta chwyciła ją za rękaw, jej oczy wydały się Lili szalone: — Potrzebuję tego dziecka! — Puść. … Po kilku godzinach do sali wparował sam Irek. Lila zadrżała na jego widok. — Urodziłaś? Mogę zobaczyć? — Nie, nie możesz! Zaraz twoja Swietka urodzi — idź tam. — Musimy pogadać, Lila. Odkąd ty urodziłaś, nie mam spokoju. Chcę zabrać córkę. Zrzeknij się jej, a ja ją adoptuję. Lila pokręciła głową: — Ja nie jestem jak ty. Nigdy nie oddam tego, kto mnie potrzebuje. Daremnie przyszedłeś, córki nie oddam! Irek też nie chciał odejść. — Oddaj dziecko! Nie miałaś prawa urodzić ze mną! I tak zabiorę swoje! — Ty? Synek swojej mamusi? Najpierw zapytaj o zgodę matki! Lila odepchnęła byłego, wzięła córkę i poszła do położnej: — Proszę już nikogo do mnie nie wpuszczać. Nie chcę nikogo widzieć, tu jest jak w ruchliwym dworcu! Epilog W dniu wypisu Lila wyszła ze szpitala z córką w ramionach. Nie była sama, razem z nią wypisała się jej współlokatorka Lera, którą witali mąż i matka. Lila zatrzymała się na schodach, widząc samochód rodziny Resznik. Z auta wyszła matka Ikiego, Waleria Jakubowicz, wyraźnie mierząc Lilę wzrokiem. Przeszył ją zimny dreszcz. Niedoszła teściowa patrzyła na nią jak wilczyca gotowa do ataku. Lera podeszła i stanęła obok: — Kto to, Lila? — Rodzice Ikiego. — Patrzy jakby na ciebie dziś czekała. Niedobrze mi z nimi. Mówiłam ci, iż mama ma dla ciebie pokój, jedź z nami. Lila kiwnęła głową, czując niepokój. *** Zamieszkawszy u nowych znajomych, Lila niespodziewanie odnalazła miłość — kuzyn Lery, zatwardziały kawaler Janek, zaczął się nią opiekować. Okazał się cudownym, dobrym człowiekiem. Ożenił się z Lilą, zaadoptował jej córkę i pomagał również jej ojcu. A Swieta i Irek rozstali się. Okazało się, iż Swieta udawała ciążę, nosiła sztuczny brzuch, oszukując całą rodzinę Reszników. Natalia Antonina, chcąc ratować córkę, sama wyznała zięciowi, iż Swieta poroniła w pierwszym trymestrze. Na to też miała „plan ratunkowy”: — Irku, nie złość się na Swietę. Poroniła, ale przecież ty też masz swoją tajemnicę. niedługo urodzi ci się dziecko na boku. Ja myślę, czemu nie zabierzecie dziecka, które urodzi Lila? W końcu adoptujecie, nie będzie wam obce. Nikomu nie mówimy o poronieniu Swiety, po prostu ogłosimy, iż Swietka urodziła, kiedy Lila odda dziecko. Irek zgodził się na ten plan. Wszystko układało się do momentu, kiedy Lila „zmieniła zdanie” i nie zostawiła córki w szpitalu — tym samym wpędzając byłą przyjaciółkę i jej matkę w prawdziwy ambaras. Matka Ikiego, Waleria Jakubowicz, była rozczarowana kłamstwem synowej i wyrzuciła ją z domu, zmuszając syna do rozwodu.

twojacena.pl 1 dzień temu

Dziecko dla przyjaciółki

Gdy Zuzanna zbliżała się do końca ciąży, jej młodszy brat wyjechał z domu, a ojciec zaczął pić. Od tej pory życie Zuzanny zamieniło się w koszmar.

Każdy jej poranek zaczynał się od wietrzenia mieszkania, zbierania pustych butelek spod stołu i czekania, aż ojciec się obudzi.

Tato, przecież nie możesz pić. Ledwo doszedłeś do siebie po udarze.

Piję, bo chcę. Kto mi zabroni? Tak łatwiej znieść ból.

Jaki ból?

Ból świadomości, iż nikomu nie jestem potrzebny. choćby tobie, jestem dla ciebie ciężarem. Jestem przegranym, Zuzanno. Nie powinienem był się urodzić, żenić, mieć dzieci, które odziedziczyły po mnie tylko słabość i biedę. Wszystko na marne. Łatwiej po prostu pić.

Zuzanna, której i tak nie było do śmiechu, złościła się.

Nic nie jest na marne, tato. Niektórzy mają w życiu gorzej.

Co może być gorszego, córko? Ty bez matki dorastałaś. Teraz zamierzasz urodzić dziecko bez ojca, które dalej będzie żyło w biedzie.

Nie jest aż tak źle, tato. Nic w życiu nie jest na zawsze. Wszystko może się zmienić w jednej chwili.

Zuzanna ze smutkiem wspomniała niedawne szczęście, kiedy szykowała się do ślubu z Pawłem. Tak, świat się zawalił, ale trzeba żyć dalej.

Tamtego dnia ojciec upił się znowu. Zuzanna wybuchła:

Przepiłeś pieniądze, które odkładałam na czarną godzinę? Jak je znalazłeś? Przeszukałeś cały dom, grzebałeś w moich rzeczach?!

Wszystko, co jest w tym domu, należy do mnie oświadczył ojciec także emerytura, którą chowasz przede mną! Moja emerytura.

I wszystko przepiłeś? Nie pomyślałeś, z czego będziemy żyć?

A dlaczego ja mam o tym myśleć? Jestem chory. Dorosłaś, teraz ty masz się mną zajmować!

Zuzanna przeszukała wszystkie szafki.

Przecież wczoraj były jeszcze dwie paczki makaronu i masło. Teraz nic nie ma! Z czego zrobimy kolację?

Była załamana. Usiadła na krześle, zasłaniając twarz dłońmi.

Nie miała pojęcia, iż ciocia Irena w jej nieobecności przychodziła, upijała ojca i okradała dom.

Podstępna jak lis, Irena wprowadziła się do ich życia i coraz bardziej rozbijała rodzinę.

Zuzanna przepłakała tamtą noc. Leżała w łóżku załamana, głodna i bezradna.

Rano ktoś zapukał do drzwi. Weszła Irena Zbigniewowa. W modnym płaszczu i szpilkach nie zdjęła butów po prostu weszła do środka.

Cześć. Moja znajoma z administracji powiedziała mi, iż macie długi za prąd i niedługo odetną wam światło. Co się dzieje, Zuza? Zaparzysz mi herbatę?

Nie czekając na odpowiedź, weszła do kuchni i zaczęła grzebać w lodówce i szafkach.

Wiesz co, sama zrobię herbatę, ty jesteś w ciąży, jak moja córka Kinga… Ale, u was nie ma ani cukru, ani herbaty, w ogóle nic nie ma. Chodźmy do sklepu!

Zuzanna unikała patrzenia na gościa.

Ciociu Ireno, nie mam czym poczęstować. Lepiej będzie, jeżeli już pójdziesz.

Irena nie zamierzała rezygnować.

Masz problemy? Widzę to. Pamiętasz, jak proponowałam ci, żebyś przeprowadziła się do mnie? Teraz już nie proszę, tylko nalegam przeprowadzaj się. Tutaj nie ma warunków dla dziecka, twój ojciec pije, a ty choćby nie masz co zjeść! Już choćby nie wspomnę o owocach, witaminach Pakuj rzeczy i jedź ze mną.

Zuzannie zakręciło się w głowie i usiadła na krześle. Po policzkach popłynęły łzy, Irena przytuliła ją:

Posłuchaj mnie, kochana. Wiem, jak na mnie patrzysz. Nie zasłużyłam na wybaczenie, moja córka rozbiła ci związek. Ale nie jestem potworem, nie mogę patrzeć, jak się tu męczysz. Chcesz czy nie, muszę się tobą zająć.

Wszystko działo się jak we śnie: Irena pomogła Zuzannie spakować rzeczy i wezwała taksówkę.

***

W dniu, w którym zaczęły się bóle porodowe, Irena Zbigniewowa nie opuszczała Zuzanny ani na krok.

Słuchaj mnie dobrze, Zuzanna. Uprzedziłam już personel, iż zamierzasz zrzec się dziecka. Więc jak urodzisz, nie dotykaj małej, nie przykładaj jej do piersi. choćby na nią nie patrz.

Zuzanna wiła się z bólu:

Ach ciociu Ireno, jest mi wszystko jedno. Byleby tylko to się już skończyło!

Pamiętaj, co mówiłam nie dasz rady wychować tego dziecka. Ja już znalazłam porządną rodzinę, która od razu je przygarnie.

Po kilku godzinach urodziła się dziewczynka.

Waży trzy trzysta, zdrowa, wszystko w porządku.

Pielęgniarka od razu zawinęła dziecko w becik i wyniosła je, choćby nie pokazując matce.

Jednak lekarz pediatra spojrzał surowo na Zuzannę:

O co tu chodzi? Ma pani zdrową, piękną córeczkę, a nie chce pani na nią spojrzeć? Pani Mario, proszę przynieść dziecko i przystawić do piersi matki.

Zuzanna zmartwiona pokręciła głową:

Nie chcę. Nie mam warunków, nie chciałam rodzić Są ludzie, dla których ta dziewczynka będzie ważniejsza. Napiszę zrzeknięcie, ją adoptują…

Niech się pani nie wygłupia, chociaż popatrzy na malutką.

Zuzanna zamknęła oczy, ale poczuła miękkie dotknięcie na dłoni.

Pielęgniarka położyła dziecko tuż obok mała pomrukiwała i szukała usteczkami matczynej piersi. Zuzanna w końcu spojrzała na swoją córeczkę.

Mała, bezbronna istota patrzyła na nią półprzymkniętymi oczkami, wyciągając rączki w jej stronę.

No już, mamuś, przykładamy do piersi uśmiechnęła się pediatra, rozpromieniając się, widząc jak Zuzanna drży pod wpływem pierwszego spojrzenia na córkę.

Śliczna dziewczynka. To pani jest jej potrzebna, nie obcy ludzie, rozumie pani?

Zuzanna zapłakała i objęła córkę ramionami, kiwając głową.

Przez następne dwie godziny odpoczywała po porodzie z córeczką przy sobie. Patrzyła na nią bez przerwy.

Tak obudził się jej instynkt macierzyński.

Oto sens mojego życia moja córeczka. Nieważne, czy Paweł odszedł, co robi ojciec… Moja córka mnie potrzebuje, więc zostanę przy niej.

***

Obudził mnie głos Ireny.

Irena Zbigniewowa, w szlafroku, weszła do sali i teraz patrzyła na mnie.

Zapomniałaś, co ustaliłyśmy? spytała cicho. Obiecałaś oddać dziecko. Rodzina czeka!

Pani Ireno, zmieniłam zdanie. Nie oddam.

Ale przecież nie masz choćby złotówki, praktycznie nie masz domu, dokąd pójdziesz z tym dzieckiem?

Pójdę do siebie. Nie będę dłużej u państwa przeszkadzać. Poradzę sobie.

Zobaczyłem, jak twarz Ireny staje się zaciśnięta i zawistna.

Oszalałaś? Nie masz pieniędzy! Z czego będziesz żyła? Liczysz na litość ludzi?

Od krzyku Ireny obudziła się nasza mała, spała w łóżeczku. Podszedłem do niej, sięgnąłem po córeczkę.

Zostaw! Ja nakarmię mieszanką. Lekarzom powiemy, iż nie masz pokarmu oświadczyła Irena.

Pokręciłem głową:

To już nie państwa sprawa, to moja córka. Już mówiłem, zmieniłem zdanie. Nie zamierzam się jej wyrzec!

Nie możesz! Obiecałaś! Irena tylko bezradnie rozdziawiała usta.

Proszę wyjść.

Irena wyszła, a moja sąsiadka z łóżka, cicho zapytała:

Kto to był?

Ciocia.

Okropne. Nie słuchaj jej. Dobrze, iż ją wygoniłeś. Jestem Lena. jeżeli będziesz potrzebować pomocy, pomogę. Są jeszcze dobrzy ludzie.

Ja jestem Zuzanna.

Miło mi, Zuza. Wiesz, ta kobieta wyglądała, jakby chciała porwać twoją córkę. Dziwna jest.

***

Przed wypisem odwiedziła mnie Kinga, dawna przyjaciółka. Nie wpuścili jej do sali, więc wyszedłem do korytarza.

Kinga, z dużym brzuchem, przestępowała z nogi na nogę.

Cześć.

Usiedliśmy na ławce.

Słyszałam, iż urodziłaś.

Tak. Córeczkę.

Kinga wierciła się niespokojnie.

Słuchaj, mama już znalazła rodzinę, która chce adoptować twoje dziecko.

I?

To bardzo porządni ludzie, znam ich. Są bogaci i są gotowi za twoją córeczkę zapłacić sto tysięcy złotych. choćby więcej. Możesz za to kupić pokój w akademiku, a może i mieszkanie.

Całe sto tysięcy? kiwnąłem głową. To sprzedaj swoje dziecko, skoro tak ci zależy.

Kinga momentalnie spochmurniała i przez cały czas zaciskała dłoń na moim rękawie.

Zuza, proszę, oddaj ją mi! Będę się nią opiekować, to przecież córka Pawła.

Myślisz, iż dasz radę z dwójką dzieci?

Ty nic nie rozumiesz, Zuzanna! Moje małżeństwo się sypie!

Wstałem, przerywając rozmowę. Kinga rzuciła się do mojego rękawa, patrzyła na mnie szalonym wzrokiem:

Potrzebuję tej dziewczynki, Zuza!

Puść.

…Kilka godzin później do sali wpadł sam Paweł. Cofnąłem się, widząc go.

Urodziłaś? Mogę zobaczyć?

Nie! Zaraz narodzisz z Kingą, tam zobacz!

Musimy porozmawiać, Zuza. Od kiedy urodziłaś, sam nie wiem, co z sobą zrobić. Chcę zabrać córkę. Odmów się jej, a ja ją zaraz potem adoptuję.

Pokręciłem głową.

Nie jestem jak ty. Nigdy nie zostawię kogoś, kto mnie potrzebuje. Na darmo przyjechałeś, córki ci nie oddam!

Paweł też nie chciał łatwo odejść.

Oddaj dziecko! Nie miałaś prawa rodzić mojego dziecka! I tak ją sobie wezmę!

Ty? Maminsynek? To najpierw zapytaj mamusi o pozwolenie!

Odtrąciłem byłego chłopaka, wziąłem córkę i poszedłem na dyżurkę.

Może by pani nie wpuszczała już do mnie nikogo? Nie chcę nikogo widzieć! Są tu jak na dworcu.

Epilog

W dniu wypisu wyszedłem z córeczką na rękach.

Nie byłem sam z sąsiadką Leną wypisywano też jej rodzinę, ona czekała na męża i mamę.

Zatrzymałem się przy drzwiach, widząc samochód Pawłowskich.

Z auta wysiada matka Pawła, Halina Romanowna. Przyglądała mi się podejrzliwie, prawie mrużąc oczy.

Przeszedł po mnie dreszcz.

Niedoszła teściowa wyglądała, jakby czekała, żeby rzucić się na mnie.

Lena zauważyła wyraz mojej twarzy, podeszła do mnie.

Kto to, Zuza?

Rodzice Pawła.

Czuję się nieswojo… Za bardzo się na ciebie uwzięli. Dziwna sprawa. Przecież mówiłam ci, iż u nas jest dla ciebie pokój jedź ze mną.

Pokiwałem głową. Sam czułem niepokój.

***

Zamieszkałem tymczasowo u nowych znajomych, gdzie niespodziewanie odnalazłem miłość. Kuzyn Leny, zatwardziały kawaler Janek, okazał się wspaniałym człowiekiem. Nie tylko poślubił mnie i zaadoptował moją córkę, ale także zaczął pomagać mojemu ojcu.

A co do Kingi i Pawła ich małżeństwo się rozpadło. Okazało się, iż Kinga udawała ciążę, nosząc sztuczny brzuch i oszukując całą rodzinę Pawła.

Irena Zbigniewowa, chcąc ratować córkę, sama wyznała zięciowi, iż Kinga poroniła wcześnie, a potem podsunęła genialny, jak jej się wydawało, pomysł:

Pawełku, nie złość się na Kingę. Tak, poroniła, ale ty też nie jesteś bez winy, przecież zaraz będziesz miał dziecko z inną. Pomyślałam, iż możecie adoptować dziecko Zuzanny w końcu to nie obce, a żeby nie martwić twoich rodziców, nie będziemy mówić o poronieniu Kingi. Powiemy wszystkim, iż Kinga urodziła, gdy Zuzanna odda dziecko.

Paweł zgodził się na ten plan.

I plan byłby może udany, gdyby nie zdecydowana postawa Zuzanny i jej odmowa zostawienia córeczki w szpitalu, co zbiło ich wszystkie plany.

Matka Pawła, Halina Romanowna, była rozczarowana kłamstwem synowej i wyrzuciła ją z domu, zmuszając syna do rozwodu.

Idź do oryginalnego materiału