Dziecko dla przyjaciółki
Gdy Zuzanna zbliżała się do końca ciąży, jej młodszy brat wyjechał z domu, a ojciec zaczął pić. Od tej pory życie Zuzanny zamieniło się w koszmar.
Każdy jej poranek zaczynał się od wietrzenia mieszkania, zbierania pustych butelek spod stołu i czekania, aż ojciec się obudzi.
Tato, przecież nie możesz pić. Ledwo doszedłeś do siebie po udarze.
Piję, bo chcę. Kto mi zabroni? Tak łatwiej znieść ból.
Jaki ból?
Ból świadomości, iż nikomu nie jestem potrzebny. choćby tobie, jestem dla ciebie ciężarem. Jestem przegranym, Zuzanno. Nie powinienem był się urodzić, żenić, mieć dzieci, które odziedziczyły po mnie tylko słabość i biedę. Wszystko na marne. Łatwiej po prostu pić.
Zuzanna, której i tak nie było do śmiechu, złościła się.
Nic nie jest na marne, tato. Niektórzy mają w życiu gorzej.
Co może być gorszego, córko? Ty bez matki dorastałaś. Teraz zamierzasz urodzić dziecko bez ojca, które dalej będzie żyło w biedzie.
Nie jest aż tak źle, tato. Nic w życiu nie jest na zawsze. Wszystko może się zmienić w jednej chwili.
Zuzanna ze smutkiem wspomniała niedawne szczęście, kiedy szykowała się do ślubu z Pawłem. Tak, świat się zawalił, ale trzeba żyć dalej.
Tamtego dnia ojciec upił się znowu. Zuzanna wybuchła:
Przepiłeś pieniądze, które odkładałam na czarną godzinę? Jak je znalazłeś? Przeszukałeś cały dom, grzebałeś w moich rzeczach?!
Wszystko, co jest w tym domu, należy do mnie oświadczył ojciec także emerytura, którą chowasz przede mną! Moja emerytura.
I wszystko przepiłeś? Nie pomyślałeś, z czego będziemy żyć?
A dlaczego ja mam o tym myśleć? Jestem chory. Dorosłaś, teraz ty masz się mną zajmować!
Zuzanna przeszukała wszystkie szafki.
Przecież wczoraj były jeszcze dwie paczki makaronu i masło. Teraz nic nie ma! Z czego zrobimy kolację?
Była załamana. Usiadła na krześle, zasłaniając twarz dłońmi.
Nie miała pojęcia, iż ciocia Irena w jej nieobecności przychodziła, upijała ojca i okradała dom.
Podstępna jak lis, Irena wprowadziła się do ich życia i coraz bardziej rozbijała rodzinę.
Zuzanna przepłakała tamtą noc. Leżała w łóżku załamana, głodna i bezradna.
Rano ktoś zapukał do drzwi. Weszła Irena Zbigniewowa. W modnym płaszczu i szpilkach nie zdjęła butów po prostu weszła do środka.
Cześć. Moja znajoma z administracji powiedziała mi, iż macie długi za prąd i niedługo odetną wam światło. Co się dzieje, Zuza? Zaparzysz mi herbatę?
Nie czekając na odpowiedź, weszła do kuchni i zaczęła grzebać w lodówce i szafkach.
Wiesz co, sama zrobię herbatę, ty jesteś w ciąży, jak moja córka Kinga… Ale, u was nie ma ani cukru, ani herbaty, w ogóle nic nie ma. Chodźmy do sklepu!
Zuzanna unikała patrzenia na gościa.
Ciociu Ireno, nie mam czym poczęstować. Lepiej będzie, jeżeli już pójdziesz.
Irena nie zamierzała rezygnować.
Masz problemy? Widzę to. Pamiętasz, jak proponowałam ci, żebyś przeprowadziła się do mnie? Teraz już nie proszę, tylko nalegam przeprowadzaj się. Tutaj nie ma warunków dla dziecka, twój ojciec pije, a ty choćby nie masz co zjeść! Już choćby nie wspomnę o owocach, witaminach Pakuj rzeczy i jedź ze mną.
Zuzannie zakręciło się w głowie i usiadła na krześle. Po policzkach popłynęły łzy, Irena przytuliła ją:
Posłuchaj mnie, kochana. Wiem, jak na mnie patrzysz. Nie zasłużyłam na wybaczenie, moja córka rozbiła ci związek. Ale nie jestem potworem, nie mogę patrzeć, jak się tu męczysz. Chcesz czy nie, muszę się tobą zająć.
Wszystko działo się jak we śnie: Irena pomogła Zuzannie spakować rzeczy i wezwała taksówkę.
***
W dniu, w którym zaczęły się bóle porodowe, Irena Zbigniewowa nie opuszczała Zuzanny ani na krok.
Słuchaj mnie dobrze, Zuzanna. Uprzedziłam już personel, iż zamierzasz zrzec się dziecka. Więc jak urodzisz, nie dotykaj małej, nie przykładaj jej do piersi. choćby na nią nie patrz.
Zuzanna wiła się z bólu:
Ach ciociu Ireno, jest mi wszystko jedno. Byleby tylko to się już skończyło!
Pamiętaj, co mówiłam nie dasz rady wychować tego dziecka. Ja już znalazłam porządną rodzinę, która od razu je przygarnie.
Po kilku godzinach urodziła się dziewczynka.
Waży trzy trzysta, zdrowa, wszystko w porządku.
Pielęgniarka od razu zawinęła dziecko w becik i wyniosła je, choćby nie pokazując matce.
Jednak lekarz pediatra spojrzał surowo na Zuzannę:
O co tu chodzi? Ma pani zdrową, piękną córeczkę, a nie chce pani na nią spojrzeć? Pani Mario, proszę przynieść dziecko i przystawić do piersi matki.
Zuzanna zmartwiona pokręciła głową:
Nie chcę. Nie mam warunków, nie chciałam rodzić Są ludzie, dla których ta dziewczynka będzie ważniejsza. Napiszę zrzeknięcie, ją adoptują…
Niech się pani nie wygłupia, chociaż popatrzy na malutką.
Zuzanna zamknęła oczy, ale poczuła miękkie dotknięcie na dłoni.
Pielęgniarka położyła dziecko tuż obok mała pomrukiwała i szukała usteczkami matczynej piersi. Zuzanna w końcu spojrzała na swoją córeczkę.
Mała, bezbronna istota patrzyła na nią półprzymkniętymi oczkami, wyciągając rączki w jej stronę.
No już, mamuś, przykładamy do piersi uśmiechnęła się pediatra, rozpromieniając się, widząc jak Zuzanna drży pod wpływem pierwszego spojrzenia na córkę.
Śliczna dziewczynka. To pani jest jej potrzebna, nie obcy ludzie, rozumie pani?
Zuzanna zapłakała i objęła córkę ramionami, kiwając głową.
Przez następne dwie godziny odpoczywała po porodzie z córeczką przy sobie. Patrzyła na nią bez przerwy.
Tak obudził się jej instynkt macierzyński.
Oto sens mojego życia moja córeczka. Nieważne, czy Paweł odszedł, co robi ojciec… Moja córka mnie potrzebuje, więc zostanę przy niej.
***
Obudził mnie głos Ireny.
Irena Zbigniewowa, w szlafroku, weszła do sali i teraz patrzyła na mnie.
Zapomniałaś, co ustaliłyśmy? spytała cicho. Obiecałaś oddać dziecko. Rodzina czeka!
Pani Ireno, zmieniłam zdanie. Nie oddam.
Ale przecież nie masz choćby złotówki, praktycznie nie masz domu, dokąd pójdziesz z tym dzieckiem?
Pójdę do siebie. Nie będę dłużej u państwa przeszkadzać. Poradzę sobie.
Zobaczyłem, jak twarz Ireny staje się zaciśnięta i zawistna.
Oszalałaś? Nie masz pieniędzy! Z czego będziesz żyła? Liczysz na litość ludzi?
Od krzyku Ireny obudziła się nasza mała, spała w łóżeczku. Podszedłem do niej, sięgnąłem po córeczkę.
Zostaw! Ja nakarmię mieszanką. Lekarzom powiemy, iż nie masz pokarmu oświadczyła Irena.
Pokręciłem głową:
To już nie państwa sprawa, to moja córka. Już mówiłem, zmieniłem zdanie. Nie zamierzam się jej wyrzec!
Nie możesz! Obiecałaś! Irena tylko bezradnie rozdziawiała usta.
Proszę wyjść.
Irena wyszła, a moja sąsiadka z łóżka, cicho zapytała:
Kto to był?
Ciocia.
Okropne. Nie słuchaj jej. Dobrze, iż ją wygoniłeś. Jestem Lena. jeżeli będziesz potrzebować pomocy, pomogę. Są jeszcze dobrzy ludzie.
Ja jestem Zuzanna.
Miło mi, Zuza. Wiesz, ta kobieta wyglądała, jakby chciała porwać twoją córkę. Dziwna jest.
***
Przed wypisem odwiedziła mnie Kinga, dawna przyjaciółka. Nie wpuścili jej do sali, więc wyszedłem do korytarza.
Kinga, z dużym brzuchem, przestępowała z nogi na nogę.
Cześć.
Usiedliśmy na ławce.
Słyszałam, iż urodziłaś.
Tak. Córeczkę.
Kinga wierciła się niespokojnie.
Słuchaj, mama już znalazła rodzinę, która chce adoptować twoje dziecko.
I?
To bardzo porządni ludzie, znam ich. Są bogaci i są gotowi za twoją córeczkę zapłacić sto tysięcy złotych. choćby więcej. Możesz za to kupić pokój w akademiku, a może i mieszkanie.
Całe sto tysięcy? kiwnąłem głową. To sprzedaj swoje dziecko, skoro tak ci zależy.
Kinga momentalnie spochmurniała i przez cały czas zaciskała dłoń na moim rękawie.
Zuza, proszę, oddaj ją mi! Będę się nią opiekować, to przecież córka Pawła.
Myślisz, iż dasz radę z dwójką dzieci?
Ty nic nie rozumiesz, Zuzanna! Moje małżeństwo się sypie!
Wstałem, przerywając rozmowę. Kinga rzuciła się do mojego rękawa, patrzyła na mnie szalonym wzrokiem:
Potrzebuję tej dziewczynki, Zuza!
Puść.
…Kilka godzin później do sali wpadł sam Paweł. Cofnąłem się, widząc go.
Urodziłaś? Mogę zobaczyć?
Nie! Zaraz narodzisz z Kingą, tam zobacz!
Musimy porozmawiać, Zuza. Od kiedy urodziłaś, sam nie wiem, co z sobą zrobić. Chcę zabrać córkę. Odmów się jej, a ja ją zaraz potem adoptuję.
Pokręciłem głową.
Nie jestem jak ty. Nigdy nie zostawię kogoś, kto mnie potrzebuje. Na darmo przyjechałeś, córki ci nie oddam!
Paweł też nie chciał łatwo odejść.
Oddaj dziecko! Nie miałaś prawa rodzić mojego dziecka! I tak ją sobie wezmę!
Ty? Maminsynek? To najpierw zapytaj mamusi o pozwolenie!
Odtrąciłem byłego chłopaka, wziąłem córkę i poszedłem na dyżurkę.
Może by pani nie wpuszczała już do mnie nikogo? Nie chcę nikogo widzieć! Są tu jak na dworcu.
Epilog
W dniu wypisu wyszedłem z córeczką na rękach.
Nie byłem sam z sąsiadką Leną wypisywano też jej rodzinę, ona czekała na męża i mamę.
Zatrzymałem się przy drzwiach, widząc samochód Pawłowskich.
Z auta wysiada matka Pawła, Halina Romanowna. Przyglądała mi się podejrzliwie, prawie mrużąc oczy.
Przeszedł po mnie dreszcz.
Niedoszła teściowa wyglądała, jakby czekała, żeby rzucić się na mnie.
Lena zauważyła wyraz mojej twarzy, podeszła do mnie.
Kto to, Zuza?
Rodzice Pawła.
Czuję się nieswojo… Za bardzo się na ciebie uwzięli. Dziwna sprawa. Przecież mówiłam ci, iż u nas jest dla ciebie pokój jedź ze mną.
Pokiwałem głową. Sam czułem niepokój.
***
Zamieszkałem tymczasowo u nowych znajomych, gdzie niespodziewanie odnalazłem miłość. Kuzyn Leny, zatwardziały kawaler Janek, okazał się wspaniałym człowiekiem. Nie tylko poślubił mnie i zaadoptował moją córkę, ale także zaczął pomagać mojemu ojcu.
A co do Kingi i Pawła ich małżeństwo się rozpadło. Okazało się, iż Kinga udawała ciążę, nosząc sztuczny brzuch i oszukując całą rodzinę Pawła.
Irena Zbigniewowa, chcąc ratować córkę, sama wyznała zięciowi, iż Kinga poroniła wcześnie, a potem podsunęła genialny, jak jej się wydawało, pomysł:
Pawełku, nie złość się na Kingę. Tak, poroniła, ale ty też nie jesteś bez winy, przecież zaraz będziesz miał dziecko z inną. Pomyślałam, iż możecie adoptować dziecko Zuzanny w końcu to nie obce, a żeby nie martwić twoich rodziców, nie będziemy mówić o poronieniu Kingi. Powiemy wszystkim, iż Kinga urodziła, gdy Zuzanna odda dziecko.
Paweł zgodził się na ten plan.
I plan byłby może udany, gdyby nie zdecydowana postawa Zuzanny i jej odmowa zostawienia córeczki w szpitalu, co zbiło ich wszystkie plany.
Matka Pawła, Halina Romanowna, była rozczarowana kłamstwem synowej i wyrzuciła ją z domu, zmuszając syna do rozwodu.








