Dźwięk dzwonka w telefonie mojej synowej zmienił moje plany, by pomóc młodej rodzinie znaleźć mieszk…

newskey24.com 3 godzin temu

Jestem wdowcem od pięciu lat i mieszkam samotnie w eleganckiej kawalerce w centrum Warszawy. Po śmierci żony odziedziczyłem po cioci drugi, dwupokojowy lokal na Ochocie nie tak prestiżowej, ale bardzo zadbanej dzielnicy. Wynająłem to mieszkanie młodemu, porządnemu małżeństwu. Co miesiąc przychodzili mi oddać czynsz, sam sprawdzałem wtedy mieszkanie i nie miałem przez dwa lata żadnych zastrzeżeń.

Kiedy mój syn ożenił się z Martyną, oboje zdecydowali samodzielnie rozpocząć życie rodzinne wynajęli więc mieszkanie i zaczęli zbierać pieniądze na wkład własny do kredytu hipotecznego. Nie przeszkadzałem im w tym, choć z czasem planowałem oddać im to mieszkanie po cioci. Chciałem sami zdecydowali, czy je sprzedać, wyremontować czy urządzić po swojemu.

Rok po ślubie urodził im się syn, a ja jako świeżo upieczony dziadek byłem już prawie zdecydowany podpisać na nich akt darowizny. Wszystko odmienił jeden tydzień.

Niedawno skończyłem sześćdziesiątkę. Postanowiłem urządzić sobie jubileusz wynająłem salę w restauracji, zaprosiłem przyjaciół oraz rodzinę, oczywiście wraz z synem i synową.

Z Martyną dogaduję się poprawnie, choć bywa wybuchowa oraz emocjonalna. Czasem daje mi to odczuć, ale zwalam to na młody wiek i nadmiar obowiązków. Jednak tego wieczoru na oczach wszystkich gości poczułem się przez nią postawiony w bardzo niezręcznej sytuacji.

Syn z Martyną przyszli z małym dzieckiem. Hałas w lokalu nie sprzyjał niemowlakowi, więc synowa od razu uprzedziła, iż pewnie po godzinie się pożegnają, z czym nie miałem problemu.

Gdy postanowili wyjść, Martyna nie mogła znaleźć telefonu. Poszedłem za nią, zadzwoniłem ze swojego, by ułatwić jej poszukiwania. Przyciągnęliśmy uwagę innych gości, nastało lekkie napięcie, a wtedy… nagle z parapetu rozległo się głośne warczenie, szczekanie i skomlenie psa! Wszyscy odwrócili się w tę stronę. Synowa, cała czerwona na twarzy, podbiegła, schwyciła komórkę i przerwała dźwięk.

Goście najpierw spojrzeli na nią, potem na mnie, zrobiło się niezręcznie. Na szczęście brat przejął inicjatywę, puścił muzykę, wzniósł toast, ale jak to u nas się mówi „coś jednak zgrzytnęło”.

Przez całą dalszą część wieczoru goście szeptali między sobą o „wyjątkowym” dzwonku przypisanym do mojego numeru w telefonie Martyny. Następnego dnia zapytałem syna, dlaczego ten szczekający i skamlący pies okazało się, iż on nie widzi w tym nic złego.

Od tego czasu nie utrzymuję z nimi bliskiego kontaktu i wstrzymałem się z przekazaniem mieszkania do czasu, aż nasze relacje się poprawią. Oczekuję choćby zwykłych przeprosin od syna i synowej. o ile faktycznie uważają mnie za psa w porządku, ich sprawa.

Idź do oryginalnego materiału