Gdy mój ojciec nas zawiódł, macocha wyrwała mnie z piekła domu dziecka. Do końca życia będę wdzięczny losowi za moją drugą matkę, która podniosła moje potłuczone życie.
Za dzieciaka wydawało mi się, iż żyję w bajce: zgrana rodzina, dużo czułości, stara chałupa na brzegu Wisły tuż pod Grodziskiem Dolnym. Byliśmy tylko my: ja, mama, tata. Mama z rana piekła drożdżówki pachnące przez całą okolice, tata wieczorami opowiadał magiczne historie o górach i lasach. Ale los, wiadomo, jest jak sprzedawca ziemniaków na placu nigdy nie wiadomo, co ci się trafi. Pewnego dnia, mama powoli zaczęła gasnąć uśmiech zniknął z jej twarzy, ręce zaczęły drżeć. Szpital w Rzeszowie był jej ostatnią sceną. Odeszła, zostawiając w nas dziurę niczym pole po burzy. Tata zapadł się w sobie, pocieszał wódką, a z domu zrobił grób pełen pustych butelek i złej ciszy.
Lodówka zionęła pustką jakby wykrzykiwała nasz upadek. Do szkoły w Grodzisku chodziłem nieumyte dziecko, z burczącym brzuchem i spojrzeniem, jakby zaraz miał mnie ktoś zbesztać. Nauczyciele pytali, czemu nie odrabiam lekcji ale jak tu siedzieć nad zadaniem, gdy stawka dnia to nie stopnie, tylko przeżycie? Zabrakło przyjaciół, ich szept był ostrzejszy niż nóż. Sąsiedzi spoglądali z litością, jak nasz dom obraca się w ruinę. W końcu ktoś pękł i zadzwonił po opiekę społeczną: urzędnicy o twarzach jak marmur wpadli do nas, gotowi wyszarpać mnie ojcu. Ten upadł na kolana, łzy lały się strumieniami, prosił o jeszcze jedną szansę. Dali mu miesiąc śmiesznie cienką nadzieję nad przepaścią.
Ta wizyta otrzeźwiła tatę. Wyrwał się do sklepu, przytargał worki z żarciem, zaczęliśmy razem szorować dom, aż zajaśniał choćby blaskiem cienia dawnych dni. Odstawił alkohol, w oku znów błyszczał dawny ogień. Zacząłem wierzyć, iż nam się uda. Któregoś burzowego wieczora, gdy wiatr świstał w szyby, tata wyznał mi, iż chce kogoś przedstawić. Serce mi zamarło zapomniał już o mamie? Przysięgał, iż mama zostanie w jego sercu na zawsze, ale przecież potrzebowaliśmy zbroi przed srogim okiem urzędników.
Tak w moje życie weszła ciocia Zofia.
Pojechaliśmy do niej do Sanoka, gdzie mieszkała w maleńkim domku z widokiem na San wokół stare jabłonie. Zofia była istnym huraganem: ciepła, ale twarda, głos koił, ręce gotowe przytulić każdego zmarzlucha. Miała syna, Jacek młodszego ode mnie o dwa lata, chuderlak z uśmiechem, który roztapiał cały lód w mojej duszy. gwałtownie się zakumplowaliśmy: biegaliśmy po podwórku, wspinaliśmy po wzgórzach, rechotaliśmy do bólu brzucha. Po powrocie oznajmiłem tacie, iż Zofia to taki nasz mały słonecznik. On kiwnął głową zamyślony. Po paru tygodniach pożegnaliśmy dom nad Wisłą wynajęliśmy go jakimś obcym, sami przenieśliśmy się do Sanoka, próbując sklecić z resztek naszą rodzinę.
Życie powoli nabierało sensu. Zofia opatrywała rany, cerowała podarte portki, gotowała smakołyki, które pachniały całą chatą. Każdy wieczór był wspólnym świętem, Jacek sypał przygodami jak z rękawa. Został mi bratem nie z krwi, ale z bólu kłóciliśmy się, śniliśmy, godziliśmy w milczącej lojalności. Ale szczęście to krucha gość, łatwo wystraszony przez los. Pewnego mroźnego ranka tata nie wrócił do domu. Telefon urwał ciszę zginął, potrącony przez auto na oblodzonej szosie. Ból zalał mnie falą, niemal się w nim utopiłem. Opieka społeczna ruszyła do akcji zimna i bezwzględna. Bez prawnego opiekuna zabrali mnie z ramion Zofii i rzucili do domu dziecka w Krosnie.
Dom dziecka to piekło: szare ściany, zimne łóżka, westchnienia i puste spojrzenia. Czas wlókł się jak flaki z olejem, każdy dzień cięższy. Czułem się jak widmo, porzucony, niepotrzebny, nękany nocną samotnością bez końca. Ale Zofia nie pozwoliła mi się zagubić. Przychodziła co niedziela, przynosiła świeży chleb, swetry własnoręcznie dziergane, przywoziła miłość twardą jak stal. Walczyła jak lwica: biegała po urzędach, wypełniała tonę papierów, wylała morze łez przy biurkach urzędników, by mnie ratować. Mijały miesiące, nadzieja znikała myślałem, iż to już koniec. Ale pewnego pochmurnego poranka dyrektor zawołał: Pakuj się! Mama czeka.
Wybiegłem na podwórko, zobaczyłem Zofię i Jacka przy bramie, twarze rozświetlone miłością i odwagą. Kolana się ugięły, padłem im w ramiona, z oczu leciały mi strumienie łez. Mamo, wykrzyknąłem, dziękuję, iż wyrwałaś mnie z tego dołu! Przysięgam, będę godny twojego serca! W tej sekundzie zrozumiałem: rodzina to nie tylko krew. To te ręce, które chwytają cię, gdy wszystko się wali.
Wróciłem do Sanoka, do mojego pokoju, mojej szkoły. Życie zaczęło płynąć spokojniej zdałem maturę, studiowałem w Krakowie, znalazłem pracę. Jacek zawsze był blisko, zawsze bratem nasza więź nie poddała się czasowi. Założyliśmy własne rodziny, ale Zofia nasza mama pozostała dla nas Gwiazdą Polarną. W każdą niedzielę wszyscy spotykamy się przy jej stole: królują sarmale i sernik, jej śmiech przeplata się z żartami naszych żon, które zostały jej przyjaciółkami. Czasem zerknę spod oka i nie mogę uwierzyć, jakie szczęście mi się trafiło.
Na zawsze będę dziękować losowi za moją drugą mamę. Bez Zofii już dawno by mnie nie było zgubiłbym się na ulicy, albo rozpadł pod ciężarem rozpaczy. Ona była moim światłem w najczarniejszej nocy i nigdy nie zapomnę, jak ocaliła mnie tuż przed upadkiem.











