Przez jakąś godzinę śniłam, iż krążę po korytarzach szpitala gdzieś w Warszawie, obserwując młodych ludzi, którzy za chwilę mieli zostać rodzicami, choć wyglądali, jakby jeszcze nie zdążyli choćby zgubić legitymacji szkolnych.
Niedawno byłam u ginekologa tak mi się śniło. Kolejka rozciągała się niczym nieskończona nitka makaronu do uszek, a lekarz jak zawsze się spóźniał, jakby tkwił w jakiejś innej czasoprzestrzeni. Za mną stała dziewczyna o imieniu Dobrosława, młodziutka, ledwo osiemnastoletnia, z pokaźnym brzuchem. Nie była sama obok stał jej chłopak, Wojciech, przyszły tatuś, który rozkoszował się każdą sekundą oczekiwania, zachowując się jak dzieciak na ślizgawce.
Rozbrzmiewał na cały szpitalny korytarz nieprzytomny chichot:
Słuchajcie, to będzie syn! Czy to nie jest odjazd, iż syn? Haaaaaaahahaha
Wyciskał z tego zdania, co się tylko dało, powtarzając je niczym zepsuta katarynka. W końcu nagle przystanął, jakby olśniła go myśl:
Ej, a jak my go nazwiemy? Musi być jakieś fajne imię, może od lekarza!
Wojtek ruszył wzdłuż korytarza i czytał nazwiska lekarzy z plastikowych tabliczek, komentując śmiesznie:
Janusz? Nie, za zwyczajne! Zdzisław? Trudne do wymówienia w przedszkolu…
Na finał powrócił do Dobrosławy, usiadł obok i śmiał się, jakby właśnie dostał najlepszy żart do głowy. Obok przechodziła starsza pani, z apteczką w dłoniach i powagą na twarzy, zatrzymała się i upomniała Wojtka:
Młodzieńcze, uspokój się, bo się jeszcze siostra przerazi!
Wojtek spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami i rzekł, śmiejąc się pod nosem:
O, babcia! Babcia jest w ciąży! Hihihihi…
Dobrosława zachichotała z tym samym błędnym wyrazem, jakby byli postaciami z kreskówki wyświetlanej na ścianie zamiast normalnego życia. Mnie tętno podskakiwało, ale powstrzymałam się nie zamierzałam zaczynać kłótni z kobietą w ciąży w tak dziwacznym śnie.
W obecnej aurze zrodził się kolejny temat: jedzenie. Wojciech jęknął teatralnie:
Ginę z głodu! Ehhhh…
Kolejka jeszcze na pół godziny…
Może wyskoczymy na pierogi do baru mlecznego na Marszałkowskiej? No chodźmy, potem wrócimy!
Nie chcę pierogów odparła Dobrosława nabrzmiała emocjami.
Stałaś się wybredna przez tę ciążę! Ho ho ho ho!
Od tego wszystkiego głowa mi pulsowała, a cała poczekalnia wyraźnie oddychała ulgą, gdy ta para znikła gdzieś, może na pierogi ruskie lub knedliki, kto to może powiedzieć w tym śnie? Najważniejsze, iż ich nie było.
Z przerażeniem śniłam jeszcze, jakim będą przykładem dla tego, kto lada chwila pojawi się na świecie. jeżeli wychowanie będzie równie oderwane od rzeczywistości jak pierogi w tym śnie, to przyszłość malucha rysuje się raczej fantastycznie. Oby babcie i dziadkowie coś poprawili, choć skoro ich dzieci tak się zachowują, to szanse chyba są niczym reszta z wydanych dwudziestu złotych w kiosku adekwatnie żadne.





