Jeszcze zanim zdążyłam zdjąć buty, już wiedziałam:
— Iwona urodziła. Znowu.
„Znowu” było wypowiedziane takim tonem, jakby ktoś mówił o kolejnym remoncie w piwnicy, a nie o człowieku. A jednak następne zdanie zawsze brzmiało już zupełnie inaczej:
— Trzeba pomóc.
Nazajutrz na tablicy ogłoszeń wisiała kartka z serduszkami, jakby to była szkolna gazetka:
Zrzutka dla Iwony – wyprawka, pieluchy, mleko. Kto może, niech wesprze.
Obok numer konta i informacja, iż kopertę trzyma pani Krysia z drugiego piętra, ta, co wszystko „organizuje”.
Patrzyłam na tę kartkę dłużej, niż wypada. Bo ja nie miałam w sobie odruchu „jasne, dorzucę”. Miałam w sobie wściekłość. Taką cichą, brudną, której się człowiek wstydzi.
Bo Iwona już miała dwójkę. Mąż raz był, raz go nie było. Praca? Dorywczo. Rachunki? Zaległe. A jednak… potrafiła mieć nowe paznokcie, paczki z kuriera i ten uśmiech „jakoś to będzie”.
Tylko iż „jakoś” zawsze oznaczało: ktoś inny dopłaci.
Wieczorem zapukała pani Krysia.
— Kochana, wpisuję cię na listę. Ile dorzucasz? — powiedziała od progu, jakby pytała o cukier do herbaty.
— Nie dorzucam — odpowiedziałam.
Uśmiech jej zamarł.
— Słucham?
— Nie biorę udziału w tej zbiórce — powtórzyłam spokojniej.
Zrobiła krok bliżej, jakby chciała mnie zawstydzić samą obecnością.
— Dziecko się urodziło.
— Wiem.
— I ty… nic?
I wtedy, zamiast ugryźć się w język, powiedziałam na głos to, co od dawna kisiło mi się w środku:
— Nie ma sensu rodzić w biedzie, a potem robić z klatki schodowej bank.
Pani Krysia pobladła.
— Ty jesteś… bez serca.
— A wy jesteście bez granic — odpowiedziałam. I zamknęłam drzwi, zanim powiedziałabym coś gorszego.
Od następnego dnia czułam na sobie wzrok sąsiadów jak wilgoć. „Dzień dobry” stało się krótsze. Uśmiechy – zimniejsze. Ktoś przy windzie rzucił półgłosem:
— No, różni ludzie mieszkają…
W piątek wracałam z pracy i zobaczyłam pod mieszkaniem Iwony całe przedstawienie: balony, bukiety, pisk zachwytu. Jakby ktoś witał gwiazdę. Iwona siedziała w drzwiach w szlafroku, z dzieckiem owiniętym w koc, a sąsiadki wręczały jej paczki z tym rodzajem dumy, jakby to one właśnie urodziły.
— Jaka dzielna… — szeptała pani Halina.
— Zobacz, ile dobra w ludziach — wzdychała pani Krysia, specjalnie głośno.
Iwona spojrzała na mnie. Uśmiechnęła się krótko, a potem powiedziała do pani Krysi tak, żebym słyszała:
— Nie wszyscy tu mają serce, ale ja nie będę się tym przejmować.
To było jak policzek na oczach całej klatki.
W nocy obudził mnie płacz. Nie ten delikatny, niemowlęcy. Tylko taki, jakby dziecko już od pierwszych dni krzyczało: co ja tu robię? Potem do płaczu dołączył męski głos. Podniesiony. Śliski.
— Zamknij go, bo nie wytrzymam! — wrzasnął ktoś w mieszkaniu niżej.
Siedziałam na łóżku jak sparaliżowana. W głowie miałam tysiąc myśli, a żadna nie była dobra. Wstać? Pukać? Zadzwonić? Nie wtrącać się?
W końcu zeszłam piętro niżej. Zapukałam raz. Drugi. Trzeci.
Cisza.
Zapukałam mocniej. Drzwi uchyliły się na łańcuch. W szczelinie pojawiła się twarz Iwony — blada, z oczami jak po płaczu, ale z tą swoją miną, która zawsze mówiła: nie twoja sprawa.
— Czego? — syknęła.
— Wszystko w porządku? Słyszałam krzyki… — zaczęłam.
Wtedy zza jej pleców odezwał się on, pijany albo na granicy:
— A ty co, policja? Idź stąd.
Iwona spojrzała na mnie z wściekłością.
— Widzisz? — powiedziała cicho. — Przez takich jak ty ludzie myślą, iż ja sobie nie radzę.
— Iwona, ja tylko…
— Ty tylko oceniasz — ucięła. — Najpierw nie dałaś pieniędzy, a teraz będziesz ratować świat? Znikaj.
Zamknęła drzwi.
Stałam na klatce schodowej z uczuciem, iż właśnie przegrałam coś więcej niż rozmowę. Przegrałam sens. Bo nagle dotarło do mnie, iż ona nie chce pomocy, która cokolwiek zmienia. Ona chce tylko pomocy, która nie stawia pytań.
Następnego dnia w skrzynce znalazłam karteczkę bez podpisu:
„WSTYD. Dziecko mały, a ty taka.”
Uśmiechnęłam się gorzko. Nie dlatego, iż było mi miło. Tylko dlatego, iż to pasowało do tej klatki idealnie: moralność na papierku, odwaga w anonimach.
Tydzień później sytuacja wróciła jak bumerang, tylko jeszcze gorsza.
Pani Krysia zorganizowała „podsumowanie zrzutki” na korytarzu, jakbyśmy byli na zebraniu zarządu.
— Uzbierałyśmy tysiąc osiemset! — ogłosiła triumfalnie. — Iwona, kochana, masz tu kopertę.
Iwona przyjęła kopertę, uśmiechając się szeroko. Dziecko miała na ręku, ale patrzyła na pieniądze tak, jakby to one były najważniejsze.
— Dziękuję… — powiedziała przeciągle. — Widzicie? Zawsze mówiłam, iż ludzie są dobrzy.
Pani Krysia spojrzała na mnie znacząco.
— No, prawie wszyscy.
I wtedy Iwona, zamiast to zostawić, podeszła do mnie krok bliżej. Tak blisko, iż poczułam zapach jej perfum. Drogich. Zbyt drogich jak na „biedę”.
— Wiesz co? — powiedziała cicho, ale jadowicie. — Ty myślisz, iż ja nie powinnam była rodzić. A ja ci powiem, iż to była najlepsza decyzja.
Zamarłam.
— Najlepsza? — powtórzyłam.
Iwona uśmiechnęła się i popatrzyła na mnie jak na naiwną.
— Bo teraz wszyscy się mną interesują — powiedziała. — Teraz wszyscy pomagają. Teraz nie jestem niewidzialna.
Na korytarzu zrobiło się cicho. Sąsiadki udawały, iż nie słyszą, ale słyszały. Ja czułam, jak coś we mnie opada.
— Iwona… — zaczęłam ostrożnie.
— Nie, posłuchaj — weszła mi w słowo, a w jej oczach pojawiła się dziwna pewność. — Ja zrobiłam dobrze. Dziecko to błogosławieństwo. A bieda? Bieda minie. Zawsze jakoś się ogarnie. Są ludzie, są zasiłki, są zbiórki. Widzisz?
Podniosła kopertę lekko, jakby była dowodem w sprawie.
— To działa.
I wtedy dotarło do mnie, iż ja mogę mówić o odpowiedzialności, o planie, o „sensowności”, a ona i tak wygra jednym argumentem, którego nikt nie odważy się podważyć:
dziecko.
Bo w tej klatce dziecko było tarczą. Przepustką. Świętym obrazkiem, za którym można ukryć wszystko: brak pracy, przemoc w domu, chaos, decyzje podejmowane „na jakoś”.
— Najważniejsze, iż urodziłam — powiedziała jeszcze, już głośniej, żeby wszyscy usłyszeli. — A kto ma serce, ten pomoże. I koniec tematu.
Odwróciła się i weszła do mieszkania, a sąsiadki zaczęły szeptać o tym, jaka jest „silna”. Pani Krysia spojrzała na mnie z triumfem, jakby wygrała bitwę o moralność.
A ja zostałam na korytarzu z jedną myślą, najgorszą ze wszystkich: iż dramat tej historii nie kończy się na kopercie.
On dopiero się zaczyna.
Bo jeżeli ktoś naprawdę wierzy, iż „dobrze zrobił”, bo inni mu zapłacili za jego decyzje — to jutro może zrobić to samo.
I znów powiedzieć, iż to błogosławieństwo.
A ludzie znów staną pod drzwiami z balonami.
I znów ktoś będzie miał odwagę tylko na papierku w skrzynce.
A dziecko będzie płakać w nocy — i nikt nie będzie chciał słyszeć, dlaczego.



