Rozmowa z Bogdanem Bachorowskim – działaczem polonijnym i laureatem tytułu Człowieka Roku Organizacji Pulaski Association of Business and Professional Men Inc.
Bogdan Bachorowski, znany działacz polonijny i długoletni wiceprezes organizacji Pulaski Association of Business and Professional Men Inc., został wybrany prze tę organizację Człowiekiem Roku 2026Organizacja Pulaski Association of Business and Professional Men Inc. przyznała tytuł Człowieka Roku 2026 Bogdanowi Bachorowskiemu – wieloletniemu członkowi stowarzyszenia, znanemu działaczowi polonijnemu oraz właścicielowi biura podróży Pol-Travel Service. Wyróżnienie to przyznawane jest corocznie od 1960 r. osobom, które swoją postawą, działalnością społeczną i przywiązaniem do polskich wartości szczególnie przysłużyły się środowisku polonijnemu. Oficjalna gala wręczenia wyróżnienia odbędzie się 11 kwietnia w Russo’s On The Bay w Nowym Jorku.
W rozmowie z „Białym Orłem” Bogdan Bachorowski opowiada o swojej podróży do Stanów Zjednoczonych, trudnych początkach na emigracji, pracy zawodowej, wieloletniej działalności na rzecz Polonii oraz o tym, jak istotną rolę w jego życiu odgrywa budowanie więzi z polską społecznością.
„Biały Orzeł”: Skąd Pan pochodzi i kiedy przyjechał Pan do Stanów Zjednoczonych?
Bogdan Bachorowski: Wychowywałem się w Kołobrzegu, ale do szkoły średniej wyjechałem do Szczecina. Tam ukończyłem technikum samochodowe i zaraz potem podjąłem pracę w oddziale osobowym PKS Szczecin. Byłem dyspozytorem i zarządzałem zespołem składającym się z ponad dwustu osób. Równocześnie złożyłem dokumenty na Politechnikę Szczecińską i zostałem przyjęty na studia. W marcu 1981 roku, w tajemnicy przed wszystkimi – choćby przed rodzicami – razem z moją ówczesną narzeczoną Grażyną wyjechaliśmy z Polski do Wiednia. Marzyliśmy o emigracji do Australii. W tamtym czasie był ogromny napływ Polaków starających się o wyjazd do tego kraju. Niestety Australia wstrzymała przyjmowanie nowych wniosków emigracyjnych. Zacząłem więc rozważać inne kierunki: Kanadę, Republikę Południowej Afryki lub Stany Zjednoczone. Ostatecznie pojawiła się możliwość wyjazdu do RPA albo do Stanów – i wybraliśmy USA. Wyjechałem jako uchodźca. Chciałem żyć w kraju, w którym ludzie są uprzejmi i życzliwi, a trawniki równo przystrzyżone. Taka była moja definicja normalności. Z dzisiejszej perspektywy mogę powiedzieć, iż była to bardzo dobra decyzja.
Czy w Wiedniu trafili Państwo do obozu dla uchodźców?
Nie, do obozu nas nie przyjęto. Właśnie wtedy zaczęły się nasze największe problemy. Towarzyszył nam mąż mojej dobrej koleżanki, z pochodzenia Austriak. Urzędnicy zapytali go, czy mnie zna. Odpowiedział zgodnie z prawdą, iż tak. Usłyszeliśmy wtedy, iż w obozie nie ma miejsc dla takich ludzi. Przyjmowani byli tylko ci, którzy nie mieli się gdzie podziać. W moich dokumentach zrobiono odpowiednią adnotację i od tego momentu żadna ambasada nie chciała przyjąć naszych wniosków emigracyjnych. Dla urzędników byłem „podejrzany”, choć w rzeczywistości po prostu pomogła mi znajoma osoba. Według ich logiki to ona powinna była przyjąć mnie do swojego domu. Dziś wiele osób, które trafiły do obozów, mówi, iż spotkała je tam krzywda. A prawda jest taka, iż mieli dach nad głową, jedzenie i gwarancję emigracji. Mogli spokojnie czekać na wyjazd. Ci, którzy podobnie jak ja do obozu się nie dostali, byli w najtrudniejszej sytuacji. Bywały momenty, kiedy zupełnie nie wiedziałem, co robić, bo nie chciałem wracać do Polski. Znam ludzi, którzy sprzedawali krew, żeby przeżyć, albo chodzili do rzeźnika po darmowe kości i gotowali na nich zupę.
Jak wspomina Pan tamten czas?
To był najtrudniejszy okres w moim życiu. Paradoksalnie jednak Austrię uważam za wspaniały kraj. Kiedy po raz pierwszy od emigracji odwiedziłem Polskę, pojechałem też do Austrii, bo czuję, iż to moja druga ojczyzna. Jestem temu krajowi wdzięczny za możliwość pracy i tymczasowego schronienia przed rozpoczęciem kolejnego etapu mojego życia. Będąc w Austrii przez cztery miesiące szukaliśmy organizacji, która zgodziłaby się przyjąć nasze aplikacje emigracyjne. W końcu trafiliśmy do Polish American Immigration Organization (PARC). Pomogli nam, ale powiedzieli wprost: „Załatwimy wam dokumenty emigracyjne i wyjazd, ale niczego więcej nie gwarantujemy. choćby tego, czy ktoś odbierze was z lotniska”. To jednak wystarczyło.
Czy osób, które – podobnie jak Pan – wyjechały do USA bez pomocy obozów dla uchodźców było więcej?
Tego dnia, kiedy wylatywałem, startowały dwa samoloty – razem około pięciuset osób. Całe wydarzenie było choćby filmowane przez polską telewizję. W sierpniu i wrześniu 1981 roku odbyło się około dziesięciu takich transportów. Osoby, które przyjeżdżały przez obozy, miały opłacone przeloty, kieszonkowe i sponsorów w różnych stanach. Przez pół roku miały zapewnione wsparcie. My byliśmy zdani wyłącznie na siebie. Mimo to nie mam powodów do narzekania. Osobiście byłem bardzo zadowolony i od początku wszystko mi się podobało.
Jak zapamiętał Pan pierwsze dni w Nowym Jorku?
Zakwaterowano nas w hotelu Murray Hill na Manhattanie, przy 35. ulicy i Piątej Alei. Nowy Jork powitał nas akurat strajkiem pracowników służb oczyszczania miasta. Na ulicach leżały sterty śmieci. Wielu ludzi poczuło się rozczarowanych – kilka osób w ciągu kilku dni wróciło do Austrii. Ja natomiast od pierwszego dnia czułem ogromną wdzięczność, iż udało się dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Byłem na ziemi Jerzego Waszyngtona. Moja ówczesna narzeczona, dziś żona, Grażyna przez pierwsze dwa tygodnie bardzo tęskniła za Wiedniem. Pytała mnie, po co ją tu przywiozłem, skoro Austria była dla nas przyjazna.
Bogdan Bachorowski (z lewej) jest jednym z najbardziej aktywnych działaczy polonijnych w Stanach ZjednoczonychJak wyglądały Państwa początki w Nowym Jorku?
Już następnego dnia po przyjeździe poszliśmy do biura organizacji PARC przy Irving Place. Na początku ktoś zaczął nam – dwudziestolatkom – tłumaczyć system emerytalny. W końcu jedno z nas zebrało się na odwagę i powiedziało: „My mamy po dwadzieścia lat. Chcemy wiedzieć, jak znaleźć pracę, a nie jak działa system emerytalny”. Dostaliśmy wówczas mapę metra i krótką wskazówkę: „Jedźcie na Greenpoint i pytajcie o pracę”. Wyjaśniono nam też kilka zasad życia w USA – między innymi, iż w restauracjach zostawia się napiwek, podobnie w taksówce i u fryzjera. Powiedziano nam też żartobliwie, iż w metrze nie zawsze trzeba ustępować miejsca starszej pani, bo ona może wracać od fryzjera, a my – zmęczeni z pracy. Pojechaliśmy na Greenpoint i zaczęliśmy chodzić od drzwi do drzwi. W końcu trafiliśmy do Centrum Polsko-Słowiańskiego. Była tam oferta pracy dla kobiety w biurze podróży – na dwa tygodnie. Jedna z koleżanek odmówiła, bo nie chciała pracy na tak krótko. Wtedy powiedziałem do Grażyny: „Bierzemy to”. I tak drugiego dnia po przyjeździe moja narzeczona zaczęła pracę. Dziś jest właścicielką tej firmy.
Jak potoczyła się Pana kariera zawodowa?
Razem z dwoma kolegami trafiliśmy do doktora Ignacego Senkowskiego, który pracował jako lekarz w fabryce wind Williamsburg Steel Products. Był człowiekiem o wielkim sercu i pomagał wielu rodakom. W tamtym czasie wsparł – jak się później okazało – ponad stu Polaków. Kiedy pojawiliśmy się w jego gabinecie, natychmiast wysłał sekretarkę po jedzenie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy prawdziwe amerykańskie kanapki – ogromne, wypełnione mięsem, do tego obowiązkowo Coca-Cola. Patrzyliśmy na nie z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy to porcja dla jednej osoby. Dzięki doktorowi dostaliśmy szansę rozmowy o pracę. Było nas trzech: Zdzichu z Katowic, Piotrek z Gdańska i ja, z Kołobrzegu. Przyjął nas brygadzista niemieckiego pochodzenia – Günter. Nikt z nas nie mówił po angielsku, ale ja znałem niemiecki i mogliśmy się porozumieć. Zostaliśmy zatrudnieni ze stawką $5.50 za godzinę. Praca była ciężka, fizyczna. Zaczynaliśmy o siódmej rano. Mieszkaliśmy wtedy tymczasowo na Bronksie, więc dojeżdżałem metrem i byłem w fabryce już około szóstej. Czasem czekałem na rozpoczęcie zmiany drzemiąc pod jedną z maszyn. Günter to zauważył i po pewnym czasie zaproponował mi lepsze stanowisko. Po ośmiu miesiącach zarabiałem tyle, co ludzie pracujący tam od czterdziestu lat. Z czasem nauczyłem się obsługi nowoczesnych – jak na tamte czasy – komputerowo sterowanych maszyn do cięcia blachy i awansowałem na bardziej odpowiedzialne stanowiska. Równolegle w weekendy pracowałem na stacji benzynowej, a w 1983 roku zacząłem też jeździć taksówką, bo wiedziałem, iż jeżeli chcę stanąć na nogi, muszę pracować jeszcze więcej.
Czy praca taksówkarza była świadomym wyborem?
Tak, choć to bardzo ciężki kawałek chleba. Nie chciałem jednak całe życie pracować dla kogoś. Kupiłem więc własny medalion taksówkowy, tzw. Yellow Cab Medallion. W tamtym czasie był on droższy niż kamienica na Greenpoincie. Kamienica kosztowała około 70-80 tysięcy dolarów, a medalion – 88 tysięcy plus nowy samochód. W sfinansowaniu zakupu pomogła mi pożyczka zaciągnięta w Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej, gdzie byłem jednym z pierwszych takich kredytobiorców. Trzeba jednak jasno powiedzieć: żeby zarobić na taksówce, trzeba pracować znacznie więcej niż czterdzieści godzin tygodniowo. Przy czterdziestu godzinach wychodzi się adekwatnie na zero. Po sześciu i pół roku takiej pracy byłem bardzo zmęczony. Wynająłem więc medalion innemu kierowcy i zacząłem współpracować z moją żoną.
W 1983 roku Bogdan Bachorowski podjął pracę jako taksówkarz, ale chcąc zarabiać na własny rachunek gwałtownie zakupił Yellow Cab Medallion i nowy samochód.W tym czasie Pańska żona rozwijała już własną firmę?
Tak. Grażyna pracowała w niewielkim biurze spedycyjno-podróżniczym. Kiedy właściciele zaczęli przechodzić na emeryturę, przejęła firmę i nadała jej nowy kierunek. Rozszerzyła ofertę o usługi agencyjne, wysyłkę paczek i przekazy pieniężne. Kiedy do niej dołączyłem, poszerzyliśmy działalność jeszcze bardziej. Pomagaliśmy ludziom nie tylko w podróżach, ale też w wielu codziennych sprawach – często bardzo skomplikowanych formalnościach urzędowych, w tym imigracyjnych. Dla wielu osób byliśmy pierwszym miejscem, do którego przychodzili po pomoc, gdy nie wiedzieli, od czego zacząć życie w nowym kraju. Od 1986 roku jesteśmy właścicielami biura Pol-Travel Service – jednego z najstarszych polskich biur podróży w Nowym Jorku. Kiedyś na samym Greenpoincie działało ponad trzydzieści takich biur. Dziś zostało ich zaledwie kilka. Tym bardziej cieszy mnie, iż nasze przez cały czas funkcjonuje i służy kolejnym pokoleniom Polonii.
Równolegle zaczął Pan inwestować w nieruchomości…
Tak, zaczęło się to w 1985 roku, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom na Greenpoincie. Wtedy nie był to szczególnie popularny wybór – dla wielu osób była to dzielnica tymczasowa. Ja jednak od początku czułem, iż ma ogromny potencjał. Dziś znam Greenpoint jak własną kieszeń – każdy budynek, każdy biznes, wielu właścicieli. Od 1981 roku obserwuję, jak ta okolica się zmieniała i rozwijała. To nie jest dla mnie tylko miejsce na mapie Nowego Jorku. To mój dom, moje miejsce na Ziemi. Był moment, kiedy rozważałem przeprowadzkę, choćby na Manhattan, ale gwałtownie doszedłem do wniosku, iż wygodniej być nie może. Tutaj razem z żoną mamy pracę, tutaj ulokowaliśmy nasze inwestycje, wszystko mamy na wyciągnięcie ręki. A od 1995 roku Greenpoint zaczął zmieniać się naprawdę dynamicznie – z roku na rok stawał się coraz lepszą, coraz bardziej atrakcyjną dzielnicą. I dziś z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć: nie zamieniłbym go na żadną inną lokalizację.
Proszę opowiedzieć kilka słów o swojej rodzinie.
Do USA przyjechaliśmy jeszcze jako narzeczeni. Tutaj wzięliśmy ślub i od tamtej pory jesteśmy razem – w dobrych i trudnych chwilach. Mamy jednego syna, Michała. Urodził się już w Stanach, ale bardzo zależało nam, aby nie stracił więzi z polskością. Chodził do polskiej szkoły, biegle mówi i pisze po polsku, a choćby uczył młodsze dzieci naszego języka. Ukończył też kurs języka polskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, co było dla nas szczególnym powodem do dumy. Szkołę średnią skończył w Loyola High School, a następnie studiował na Bentley University w Bostonie, gdzie zdobył tytuł magistra w dziedzinie finansów i rozwoju nieruchomości. W 2006 roku napisał pracę magisterską poświęconą rozwojowi Greenpointu i, co niezwykłe, z dużą trafnością przewidział, jak ta dzielnica będzie wyglądać dziś. Patrząc na jego drogę, nie kryjemy dumy. Staraliśmy się wychować go w szacunku do pracy, rodziny i korzeni. Do dziś w naszym domu pielęgnujemy polskie tradycje i wartości, bo wierzymy, iż to one dają człowiekowi solidny fundament, niezależnie od tego, gdzie żyje.
W 2009 roku Bogdan Bachorowski został wybrany Marszałkiem Parady Pulaskiego kontyngentu GreenpointW 2011 roku dostał się Pan do Rady Dzielnicy Brooklynu (Brooklyn Community Board 1). Jak do tego doszło?
W 2010 roku wraz z kilkoma kolegami uznaliśmy, iż Polonia powinna aktywniej uczestniczyć w życiu miasta i mieć większy wpływ na to, co dzieje się w naszej dzielnicy. Złożyłem więc aplikację do Community Board i zostałem przyjęty. Po pół roku powierzono mi funkcję przewodniczącego komisji State Liquor License. Komisja ta opiniuje wnioski o licencje na sprzedaż alkoholu dla barów, restauracji i hoteli. W Nowym Jorku obowiązują dwa rodzaje licencji: tzw. „mała”, obejmująca sprzedaż piwa i wina, oraz „całkowita”, pozwalająca na sprzedaż wszystkich alkoholi. w uproszczeniu procedura wygląda następująco: każdy, kto chce otworzyć lokal, musi najpierw wystąpić o opinię Community Board. Nasza rada jest organem doradczym – oceniamy, czy dany biznes będzie korzystny dla dzielnicy. Dopiero później wniosek trafia do stanowej instytucji New York State Liquor Authority, która podejmuje ostateczną decyzję. Od naszej rekomendacji zależy, czy cały proces będzie przebiegał sprawniej (w przypadku opinii pozytywnej), czy znacznie trudniej (w przypadku opinii negatywnej). Choć formalnie jesteśmy komisją doradczą dla stanu, w praktyce stoimy na straży interesów i dobra naszej dzielnicy. Oprócz tego należę również do komisji Public Safety & Human Services, która obejmuje trzy najważniejsze obszary: policję, straż pożarną oraz szpitale. Przez pewien czas pełniłem funkcję wiceprzewodniczącego tej komisji, a w tej chwili przez cały czas aktywnie działam w radzie dzielnicy.
Od wielu lat działa Pan również w Pulaski Association of Business and Professional Men, która przyznała panu tytuł Człowieka Roku 2026…
Do organizacji dołączyłem w 1992 roku. To organizacja założona w 1959 roku przez Amerykanów polskiego pochodzenia. Zaprosił mnie do niej Grzegorz Wiśniewski. Prezesem był wtedy Vincent Brunhard Jr., który wiele mnie nauczył i wprowadził w struktury polityczne Nowego Jorku. Po trzech latach zostałem członkiem zarządu. Od 1995 roku odpowiadam za wydawanie Pulaski Association Journal i za zbieranie funduszy, dzięki którym organizacja wspiera finansowo różne grupy społeczne, organizacje i instytucje, nie tylko polonijne, a także sponsoruje stypendia dla uzdolnionych polonijnych studentów. W 1999 roku zaproponowano mi funkcję prezesa. Początkowo się obawiałem – byłem pierwszym prezesem urodzonym w Polsce. Z czasem jednak zrozumiałem jedną rzecz: ludzi trzeba umieć do siebie przekonać. Chciałbym bardzo podziękować wszystkim, którzy zdecydowali o przyznaniu mi tytułu Człowieka Roku. Jestem wdzięczny za docenienie mojej działalności – zarówno w tej organizacji, jak i w innych inicjatywach na rzecz Polonii i całego Nowego Jorku.
Gratulujemy wyróżnienia i dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiała Iwona Hejmej
Fot. Marcin Żurawicz, archiwum Bogdana Bachorowskiego
Bogdan Bachorowski jest jednym z najbardziej aktywnych działaczy polonijnych w Stanach Zjednoczonych, gdzie jako członek licznych organizacji od wielu lat skutecznie działa na rzecz polskich społeczności.
- 1992 – aktualnie – były prezes i wiceprezes Pulaski Association of Business and Professional Men
- 1992 – aktualnie – członek Rady Dyrektorów Kongresu Polsko-Amerykańskiego, aktywnie zaangażowany w rejestrację polonijnych wyborców
- 2000 – aktualnie – członek Stowarzyszenia Polsko-Amerykańskich Biur Podróży w USA i Kanadzie (SPATA)
- 2001-2018 – członek Klubu Demokratycznego im. Johna Smolenskiego w Nowym Jorku
- 2003 i 2009 – wybrany Człowiekiem Roku Klubu Demokratycznego Seneca w Nowym Jorku
- 2009 – laureat nagrody prezydenta Brooklynu Marty’ego Markowitza za działalność charytatywną, poświęcenie i zaangażowanie na rzecz miasta Nowy Jork
- 2009 – Marszałek Parady Pułaskiego kontyngentu Greenpoint
- 2009 – laureat Złotego Krzyża Zasługi, wręczonego przez prezydenta RP śp. Lecha Kaczyńskiego, za działalność na rzecz Polonii w USA
- 2011 – aktualnie – członek, przewodniczący i wiceprzewodniczący Brooklyn Community Board 1 w komisjach New York State Liquor Authority oraz Public Safety & Human Services








