“Ja z niego zrobię człowieka” – Spór o leworęczność wnuka, czyli jak babcia Tamara walczy o „normaln…

newsempire24.com 13 godzin temu

Mój wnuk nie będzie leworęczny! oburzyła się pani Danuta.

Marek spojrzał na teściową. W oczach mu pociemniało z irytacji.

Ale co w tym złego? Franek taki się urodził, to jego cecha odpowiedział spokojnie.
Cecha! prychnęła Danuta. To nie jest żadna cecha, tylko wada. Od zawsze prawa ręka jest tą adekwatną, lewa to od czarta.
Marek aż parsknąłby śmiechem, ale się powstrzymał. XXI wiek, a teściowa dalej z rozumowaniem jakby z jakiejś wsi pod Radomiem w latach pięćdziesiątych.

Pani Danuto, lekarze już dawno udowodnili…
Ja tam żadnych lekarzy nie potrzebuję! przerwała mu. Swojego syna nauczyłam praworęczności i wyrósł na porządnego człowieka. Mały Franek jeszcze się oduczy, póki nie jest za późno. Potem mi jeszcze podziękujecie.
Wstała, odwróciła się na pięcie i zostawiła Marka samego w kuchni z niedopitą kawą i poczuciem niesmaku po tej rozmowie.

Na początku Marek nie przywiązywał do tego większej wagi. Cóż, teściowa i jej przestarzałe poglądy nic nowego. Każde pokolenie swoje przesądy niesie. Jak Danuta przy obiedzie delikatnie przekładała wnukowi łyżkę z lewej do prawej ręki, Marek myślał sobie: przecież to nic wielkiego, dziecięca psychika jest przecież elastyczna, a babcine obsesje nie zrobią wielkiej krzywdy.

Franek od urodzenia był leworęczny. Marek pamiętał, jak syn już jako półtoraroczniak sięgał zawsze zabawki lewą ręką. Gdy zaczął rysować niezdarnie, po dziecięcemu też używał lewej. Wydawało się to zwyczajne, naturalne, jak kolor oczu czy pieprzyk pod uchem.

Dla Danuty wyglądało to zupełnie inaczej. Leworęczność w jej głowie to był poważny feler, błąd Matki Natury, który natychmiast trzeba naprawić. Za każdym razem, gdy Franek brał kredkę w lewą rękę, babcia patrzyła na niego tak, jakby coś brzydkiego zrobił przy stole.

Franciszku, prawą ręką. Prawą, słyszysz?
Ty znowu swoje? U nas w rodzinie leworęcznych nie było!
Syna nauczyłam, i tego młodego też nauczę!
Marek kiedyś podsłuchał, jak opowiada o tym Oldze z dumą. O tym, jak uratowała małego Tomka, kiedyś też niby był wadliwy, ale ona go w porę przekonała. Przywiązywała mu rękę, patrzyła na każde ruchy, karała za przekorę i proszę, wyrosło z niego normalne chłopisko.

W jej głosie słychać było taką dumę i pewność siebie, iż Markowi gula w gardle rosła.

Zmian u Franka nie zauważył od razu. Najpierw były to drobnostki. Chłopiec wahał się przez ułamek sekundy, zanim sięgnął po coś do stołu. Jeszcze chwilę później pojawił się odruchowy rzut oka do babci, czy przypadkiem nie patrzy.

Tata… a którą mam ręką brać?
Franek spytał przy kolacji, zmartwionym spojrzeniem mierząc widelec.

Tak jak chcesz, synku.
Ale babcia mówi, że…
Babci nie słuchaj, rób jak ci wygodnie.
Tylko iż Frankowi już wcale nie było wygodnie. Zaczął się mylić, gubić przybory, zastygać z ręką w połowie ruchu. Jego dotąd pewne, dziecięce gesty zamieniły się w nieśmiałe sztuczki, jakby przestał ufać własnemu ciału.

Olga to wszystko widziała. Marek obserwował, jak żona przygryza wargę, gdy mama znowu zamienia Frankowi ręce. Odwraca wzrok, gdy Danuta odpala kolejny wykład o adekwatnym wychowaniu. Dorastała pod matczynym reżimem, nauczyła się unikać kłótni: lepiej milczeć i przetrwać burzę.

Marek próbował z nią rozmawiać.
Olu, przecież to nie jest normalne. Zobacz na niego!
Mama chce dobrze…
Ale co z tego, iż chce?! Przecież widzisz, co się z nim dzieje!
Olga tylko wzruszała ramionami, unikała rozmowy. Ta jej wyuczona przez lata uległość była silniejsza niż matczyna troska.

Każdy dzień był coraz trudniejszy. Danuta wkręciła się na dobre. Już nie tylko poprawiała Franka, ale wręcz komentowała każdy jego gest. Chwaliła, kiedy poprawnie brał coś do prawej ręki, wzdychała wymownie, gdy do lewej.

Widzisz, Franek, potrafisz! Trzeba tylko próbować. Tomka nauczyłam człowieczeństwa, ciebie też nauczę rzucała z dumą.
Marek postanowił w końcu, iż musi z nią pogadać prosto w oczy. Trafił się moment, gdy Franek rysował w swoim pokoju.

Pani Danuto, niech się pani już od niego odczepi. Jest leworęczny, to nic złego i nie trzeba z nim walczyć.
Odpowiedź była mocniejsza niż się spodziewał. Danuta zrobiła się czerwona z oburzenia.

Ty będziesz mi mówił, co mam robić?! Ja trójkę dzieci wychowałam, a ty mi będziesz wykłady robić?!
Nie wykładam. Proszę tylko, żeby pani zostawiła mojego syna w spokoju.
Twojego? A geny Olki to co, nic? To też mój wnuk, i ja nie pozwolę, żeby wyrósł… na takiego.
Słowo takiego powiedziała z taką odrazą, jakby mówiła o jakiejś chorobie.

Marek już wiedział, iż łagodnie się tego nie rozwiąże.

Następne dni zamieniły się w ciche pole bitwy. Danuta udawała, iż zięcia nie widzi, zwracała się do niego tylko przez córkę. Marek odpłacał tym samym. Wisiała nad nimi ciężka, lepka cisza, którą raz po raz przerywały krótkie spięcia.

Olu, powiedz mężowi, iż zupa jest na kuchence.
Olu, przekaż mamie, iż sam sobie poradzę.
Olga latała między nimi biała jak ściana. Franek coraz częściej zaszywał się z tabletem w rogu kanapy, jakby chciał zniknąć.

Pomysł przyszedł Markowi do głowy pewnego sobotniego poranka, gdy Danuta z nabożeństwem kroiła kapustę do bigosu. Szybko, pewnie, po swojemu, jak przez ostatnie trzy dekady.

Stanął jej za plecami.
Pani Danuto, źle pani kroi.
Nawet się nie obejrzała.
Co takiego?
Kapusta powinna być cieniej, i nie w poprzek, tylko wzdłuż włókien.
Parsknęła i kroiła dalej.
Naprawdę, mówię poważnie. Nikt tak nie robi. To błędnie.
Marku, ja bigos robię od trzydziestu lat.
I przez trzydzieści lat źle go pani robi. Dajcie, pokażę.
Wyciągnął rękę po nóż. Danuta odsunęła się gwałtownie.
Zwariowałeś?
Nie, po prostu chcę, żeby pani robiła po adekwatnemu. O, choćby wody za dużo, ogień za mocny i grzyby pani dawała w złym momencie.
Zawsze tak robiłam!
To nie argument, trzeba się oduczyć. Zacznijmy od początku.
Danuta zastygła z nożem. Na jej twarzy malowało się prawdziwe zaskoczenie.
O czym ty w ogóle mówisz?
O tym samym co pani dzień w dzień powtarza Frankowi powiedział Marek z naciskiem. Ma się oduczyć, bo się podobno nie robi tak, tylko tak. I ma inną ręką.
To zupełnie co innego!
Niby czym się różni?
Danuta wręcz się zatrzęsła z oburzenia.
Ty chcesz porównać moją kuchnię z… Przecież ja zawsze tak robię! Mi jest tak dobrze!
A Frankowi wygodnie lewą ręką. Ale to pani nie przeszkadza.
To co innego! On jest dzieckiem, jeszcze się może zmienić!
A pani jest dorosłą kobietą z własnymi przyzwyczajeniami. I nie zamierza się zmieniać, prawda? A co pani daje prawo zmuszać jego?
Danuta zacisnęła usta, oczy jej aż błysnęły ze złości.
Ty mi będziesz mówił?! Ja trójkę dzieci wychowałam! Tomka nauczyłam i nic mu nie jest!
Tak? A jest szczęśliwy? Pewny siebie?
Cisza.

Marek wiedział, iż trafił w czuły punkt. Tomek, starszy brat Olgi, od lat mieszkał w Szczecinie i dzwonił do matki najwyżej dwa razy do roku.

Zawsze chciałam dobrze głos Danuty się łamał. Tylko dobrze.
Wierzę. Ale pani dobrze zawsze znaczyło: tak jak ja chcę. A Franek jest oddzielnym człowiekiem, choć małym. Ma swoje cechy. I nie pozwolę ich z niego wyciskać.
Ty mnie pouczać będziesz?!
Będę, jeżeli pani nie przestanie. Będę wytykał każdy ruch w kuchni, komentował każdą drobnostkę. Zobaczymy, jak długo pani wytrzyma.
Stali naprzeciw siebie zięć i teściowa. Oboje spięci jak struna.

To podłe i dziecinne wycedziła.
Inaczej się pani chyba nie da wytłumaczyć.
Coś w niej pękło. Marek to zobaczył dawny upór, nagle zastąpiony zmęczeniem i jakimś smutkiem. Nagle zrobiła się starsza, mniejsza, delikatniejsza.

Przecież ja z miłości… zaczęła, ale urwała.
Wiem. Ale czas przestać w ten sposób kochać. Bo jeżeli tak dalej pójdzie, nie zobaczy już swojego wnuka.

Na kuchence wesoło kipiał bigos, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Wieczorem, gdy Danuta zamknęła się w pokoju, Olga usiadła obok Marka na kanapie, wtuliła się w jego ramię, długo milcząc.

Nikt mnie nigdy tak nie bronił jako dziecka wyszeptała. Mama zawsze wiedziała lepiej. Ja milczałam i się temu poddawałam.
Marek ją objął.

W naszej rodzinie twoja mama już nigdy nie będzie nikomu narzucać swojej racji.
Olga przytuliła się jeszcze mocniej, ściskając mocno dłoń Marka.

A z pokoju dziecinnego cicho dochodziło szuranie kredki na papierze. Franek rysował. Lewą ręką. I już nikt nie wmawiał mu, iż to źle.

Idź do oryginalnego materiału