17 marca
Dziś znowu pokłóciłam się z mamą. Ciężko mi uwierzyć, iż własna matka grozi mi sądem. Wszystko przez mieszkanie po babci Halinie. To mieszkanie nie trafiło ani do niej, ani choćby do mnie, tylko do mojej córki. Mama uważa, iż to ogromna niesprawiedliwość. Nie może przeżyć, iż mieszkanie powinno być jej, bo, jak twierdzi, należy się jej z urzędu. A babcia wybrała inaczej. Pewnie miało znaczenie, iż razem z mężem mieszkaliśmy z babcią przez ostatnie pięć lat jej życia i opiekowaliśmy się nią każdego dnia.
Moja mama zawsze była zapatrzona w siebie. Jej potrzeby, marzenia i zachcianki liczyły się najmocniej, a reszta świata mogła dla niej nie istnieć. Trzy razy wychodziła za mąż, ale dzieci miała tylko dwójkę mnie i moją młodszą siostrę. Ja z Zosią zawsze miałyśmy dobre relacje, chociaż każda z nas inaczej patrzyła na naszą mamę.
Ojca prawie nie pamiętam rozwiódł się z mamą, kiedy miałam dwa lata. Przez następne cztery lata mieszkałam z mamą u babci Haliny na Grochowie. Wydawało mi się wtedy, iż babcia była szorstka i nieprzyjemna, ale dzisiaj wiem, iż po prostu próbowała pomóc swojej córce stanąć na nogi. Często słyszałam, jak mama płacze nocami w poduszkę.
Później mama poznała nowego męża pana Marka. Z nim zamieszkałyśmy, a niedługo urodziła się Zosia. Ten etap trwał siedem lat, potem znów rozwód. Tym razem nie wróciłyśmy do babci. Pan Marek wyjechał do pracy za granicę i pozwolił nam jeszcze przez jakiś czas mieszkać w jego mieszkaniu na Pradze. Trzy lata później mama wyszła za mąż po raz trzeci i przeprowadziłyśmy się do pana Jerzego.
Pan Jerzy nie był zachwycony faktem, iż nagle stał się ojczymem dwóch nastolatek, ale na szczęście nigdy nie potraktował nas źle. Był raczej obojętny, a mama całkowicie wpatrzona w niego. Szalała z zazdrości, potrafiła rzucać talerzami, a raz w miesiącu pakowała walizki grożąc, iż odejdzie. My z Zosią przywykłyśmy, przestałyśmy reagować. Zajęłam się Zosią sama, mama nie miała czasu. Dobrze, iż babcia Halina zawsze służyła pomocą.
Gdy dostałam się na studia w Warszawie i zamieszkałam w akademiku na Ochocie, Zosia przeniosła się do babci. Ojciec pomagał jej finansowo. Mama dzwoniła do nas tylko w święta i to raczej z poczucia obowiązku niż z potrzeby serca.
Z czasem przestałam oczekiwać od mamy troski, pogodziłam się z tym, jaka jest. Zosi było trudniej, długo chowała urazę. Najbardziej bolało ją, iż mama nie pojawiła się na jej studniówce ani na rozdaniu świadectw maturalnych.
Dorosłyśmy. Zosia wyszła za mąż za Pawła i wyjechała do Poznania. Ja od lat mieszkałam z Pawłem (moim obecnym mężem) w wynajętej kawalerce na Mokotowie. Najczęściej ze wszystkich odwiedzałam babcię Halinę. Byłyśmy sobie bliskie, ale starałam się jej nie narzucać.
Aż pewnego dnia babcia poważnie zachorowała. Trafiła na oddział geriatryczny szpitala na Bródnie. Lekarze powiedzieli, iż będzie potrzebować stałej opieki. Wtedy zaczęłam ją odwiedzać codziennie. Robiłam zakupy, gotowałam, sprzątałam, po prostu byłam z nią i dbałam, żeby nie zapomniała o lekach. Bardzo się zbliżyłyśmy. Paweł też mi często pomagał naprawiał różne rzeczy, malował pokoje, dbał o ogródek.
W końcu babcia sama zaproponowała, żebyśmy zamieszkali razem z nią. Dziecko, po co wydajecie te wszystkie złote na wynajem, skoro pięć pokoi marnuje się tu na Żoliborzu? powtarzała. Ucieszyłam się mogłyśmy jej pomóc, a przy okazji odkładać na własne mieszkanie.
Sześć miesięcy później byłam już w ciąży. Babcia bardzo się ucieszyła. Zorganizowaliśmy skromny ślub tylko najbliżsi, trochę pączków, kawa w kawiarni na Saskiej Kępie. Mama choćby nie przyszła. Nie usłyszałam od niej żadnych gratulacji.
Gdy urodziła się Marysia, a babcia miała wypadek i złamała nogę, było mi naprawdę ciężko. Opieka nad niemowlakiem i schorowaną staruszką mnie przerastała. Poprosiłam mamę o pomoc usłyszałam tylko, iż źle się czuje, ale kiedyś przyjdzie. Oczywiście już nigdy jej nie zobaczyłyśmy.
Po pół roku babcia przeszła udar. Była przykuta do łóżka, przez długi czas się nie odzywała. Dzięki wsparciu Pawła jakoś sobie radziłam i ja, i Marysia, i babcia. Po miesiącach żmudnej rehabilitacji babcię wróciła częściowo do sił. Jeszcze dwa i pół roku żyła z nami, ciesząc się, gdy Marysia zaczynała chodzić. Odeszła cicho, podczas snu. Ciężko było się pozbierać. Za babcią tęsknię codziennie.
Mama przyjechała na pogrzeb. Po miesiącu znów pojawiła się w naszym domu tylko po to, żeby domagać się zwolnienia mieszkania. Była przekonana, iż Żoliborz należy się jej. Nie wiedziała, iż babcia Halina przepisała mieszkanie Marysi zaraz po jej narodzinach.
Mama wpadła w złość i zażądała oddania kluczy. Słyszałam od niej, iż jestem oszustką, która zmanipulowała staruszkę, iż mieszkanie zabrałam podstępem i iż tak być nie może. Straszyła sądem.
Jestem spokojna. Skonsultowałam wszystko z notariuszem i prawnikiem mieszkanie zostaje z nami. Tu jest nasz dom. A o ile kiedyś będziemy mieć drugą córkę, na pewno damy jej na imię Halina ku pamięci ukochanej babci.





