Wpadłam ostatnio na rolkę, która – przyznam szczerze – skłoniła mnie do refleksji. Ula Rodziewicz-Kropiwnicka z profilu @trzykropki_story mówi w niej coś, co wielu rodziców może zaboleć, a w najlepszym przypadku wydać się bardzo dziwne i niezrozumiałe. Chodzi o to, iż w rodzinie najważniejsza nie powinna być relacja z dzieckiem, tylko relacja z partnerem.
Skąd taki pomysł?
Jej argument jest prosty, choć niewygodny. To, jak traktujemy się jako dorośli – z jaką czułością, szacunkiem i uważnością – staje się dla dziecka wzorem miłości. To na niej oprze swoje przyszłe relacje. jeżeli widzi dystans, chłód i brak bliskości uzna, iż tak właśnie wygląda związek.
Czego tak naprawdę potrzebuje dziecko?
W takim ujęciu dziecko wcale nie potrzebuje być centrum świata. Potrzebuje rodziców, którym jest ze sobą dobrze. Kiedy jedno z dorosłych zaczyna stawiać relację z dzieckiem ponad relacją partnerską, związek powoli traci fundament. Z czasem pojawia się oddalenie, frustracja, poczucie bycia mniej ważnym. A dzieci – choćby jeżeli nie wszystko rozumieją – widzą i czują znacznie więcej, niż nam się wydaje.
Wzór miłości
Prawdziwym dowodem miłości do dziecka nie jest to, ile mu dajemy, ale jak my, dorośli, traktujemy się nawzajem. Bo dzieci uczą się miłości przez obserwację. Widzą drobne gesty, słyszą sposób, w jaki do siebie mówimy, wyczuwają napięcia i zgrzyty. choćby jeżeli staramy się je chronić, one i tak chłoną atmosferę domu.
I może właśnie dlatego warto zadać sobie niewygodne pytanie – jaką miłość widzi moje dziecko? Czy widzi bliskość, szacunek i czułość, czy raczej dystans, zmęczenie i wzajemne pretensje? To pytanie nie jest po to, by się obwiniać, ale by uczciwie przyjrzeć się temu, co tworzymy na co dzień. Bo dzieci nie potrzebują idealnych rodziców. Potrzebują rodziców, którzy się naprawdę kochają.
Jestem bardzo ciekawa, jakie macie zdanie na ten temat.








