Jesteśmy na dworcu, masz pół godziny, żeby zamówić dla mnie i dzieci taksówkę w wersji premium! oznajmiła kuzynka stanowczo, jej głos brzmiał jak dźwięk rozbitego szkła.
Ty mi jesteś siostrą czy tylko przechodzisz po ulicy? Nie wstyd ci tak się zachowywać, na oczach dzieci? Naprawdę aż tak ci trudno kupić coś do ubrania dla swoich ulubionych siostrzeńców? Dlaczego w ogóle muszę cię o to prosić? Powinnaś sama wyjść z inicjatywą! Pomagać mi pieniędzmi! Ty nie mogłaś urodzić i pewnie już nie urodzisz! A ja jestem samotną matką! Elżbieta ciskała w Zosię swoje słowa jak strzały, każde miało boleć mocniej i wchodzić głębiej w jej prywatność, zatruwając powietrze.
Zosia nigdy nie była oczkiem w głowie w rodzinie. Matka urodziła ją bez ślubu, a kiedy wyszła za mąż za pierwszego napotkanego wdowca, nagle starsza córka zaczęła wszystkim wadzić. Ojczym szemrał coś o chleb, matka wyrzucała swoją gorycz za przymusowe zamążpójście tylko po to, by nie zostać samotną matką. Gdy na świat przyszła młodsza siostra, Zosia odetchnęła z ulgą wreszcie miała jakieś miejsce i cel. Rodzice postanowili, iż starsza córka będzie nianią dla młodszej.
Całe swoje dzieciństwo Zosia spędzała z siostrą, karmiła ją, bawiła się z nią, pomagała w nauce, niezależnie od własnych zajęć, szkoły, przyjaciół. o ile Zosia nie zdążyła przebrać czy nakarmić siostry na czas, nie mogła wyjść na dwór, ani iść na urodziny koleżanki z klasy. Z wiekiem mała Elżbieta przejęła od rodziców stosunek do Zosi, widząc w niej raczej służącą, nie siostrę.
Gdy miała osiemnaście lat i skończyła liceum, Zosia postanowiła wywrócić swoje życie do góry nogami. Wybrała najdalszą uczelnię w kraju w Gdańsku, spakowała walizki i wyjechała z postanowieniem, iż już nigdy nie wróci. Przez następne dziesięć lat ledwo interesowała się losami rodziny. Ci dzwonili rzadko, a jeżeli już, to żeby poprosić o pieniądze, których i tak nikt nie zamierzał oddać.
Z wizyt Zosia rezygnowała. Wiedziała tylko, iż Elżbieta już jako siedemnastolatka została matką, w wieku osiemnastu gwałtownie wyszła za mąż, zaraz potem urodziła drugie dziecko bliźniaki żeby ojca dzieci nie powołali do wojska. Młody mąż nie udźwignął rodzicielstwa, uciekł, zażądał rozwodu i wyparował bez śladu.
Teraz rodzina dzwoniła częściej, bo Zosi, w przeciwieństwie do siostry, powiodło się nieco lepiej. Miała dyplom, pracę w firmie, w której gwałtownie ją doceniono. Bezpieczna praca, powoli rosnąca wypłata pozwoliły jej zaciągnąć kredyt na niewielką kawalerkę w Gdańsku. Małe mieszkanie, ale jej własne.
Wiedząc, iż starsza córka daje sobie radę, rodzice co tydzień dzwonili z nową prośbą o pożyczkę. Zawsze chodziło o dzieci Elżbiety, które rzekomo nie miały w co się ubrać, nie miały prezentów na urodziny, albo potrzebowały opłaty za przedszkole.
Zosiu, Marysi kurtka się rozdarła, przelej pięćset złotych, zaraz, inaczej rano nie będzie miała w co iść do przedszkola!
Zosiu, bliźniakom potrzebne prezenty na urodziny, prześlij tysiąc złotych!
Zosiu, Elżbieta znowu straciła pracę. Nikt nie rozumie dramatów samotnej matki! od dzisiaj to ty opłacasz przedszkole i przygotowania Marysi do szkoły.
Rodzice mówili, jakby wydawali rozkaz nigdy nie pytali, czy Zosia w ogóle ma wolne pieniądze. Ich zdaniem powinna mieć. Jak się Zosi powodzi mogłoby być lepiej, gdyby pracowała więcej i dawała rodzinie jeszcze więcej.
Nawet jeżeli dopadł ją cień wątpliwości, Zosia nie potrafiła się sprzeciwić czy odmówić. Wzdychała po każdym telefonie, siadała, przeliczała oszczędności i rozważała, z czego będzie musiała tym razem zrezygnować.
Życie osobiste Zosi wyglądało znacznie skromniej niż Elżbiety, ale też miała swoją porcję cudzoziemskiego szczęścia niedoszłe małżeństwo. W pracy poznała Kubę, po krótkim czasie planowali ślub. Tuż przed nim wyszło na jaw, iż Zosia nie może mieć dzieci. To była dla Kuby przeszkoda nie do przeskoczenia. Odszedł, a Zosia długo zmagała się sama z tą stratą. Matce o wszystkim powiedziała dopiero po dwóch latach. Od tamtej pory bezdzietność Zosi była przywoływana w niemal każdej rodzinnej rozmowie.
Zosia to taka pustokotka… Co za pech! Dobrze, iż choć Elżbietka urodziła wnuki… lamentowała matka. Potem na chwilę dali spokój, ale pewnego dnia Elżbieta uznała, iż najwyższy czas pokazać siostrze, czym jest prawdziwa miłość siostrzana i wsparcie.
W sobotni poranek, gdy Zosia rzadko kiedy mogła odpocząć, zadzwonił telefon.
Zosiu, gdzie jesteś? Mam dojeżdżać z dziećmi autobusem? Natychmiast załatw nam taksówkę! Nie jakąś tam za grosze, ekonomiczną! W tanim aucie dzieciom się robi niedobrze od dymu! Zamawiaj lepszą!
Cześć. A ty gdzie jesteś i dlaczego mam zamawiać ci taksówkę? Zosia była w szoku.
A co, mama nie powiedziała? Przeprowadzam się do ciebie. Nie ma czego szukać w naszym miasteczku! Będę z tobą mieszkała. Stoję na peronie, masz pół godziny, by zamówić nam taksówkę.
Telefon się rozłączył. Zosia usiadła ciężko. Wyglądało na to, iż zamiast zniknąć kilkaset kilometrów od rodzinnych stron, jej roszczeniowa siostra przylepiła się do niej jak cień.
Wieczorem Elżbieta już rozkazywała:
Jutro załatwisz mi pracę w swoim biurze, skoro jesteś kierowniczką. Niech to będzie coś prostego, dobrze płatnego i w zespole młodych facetów, z możliwością wychodzenia z pracy, kiedy tylko chcę! Kup bliźniakom piętrowe łóżko, nie zmieścimy się wszyscy na kanapie! Dziś śpię z chłopcami w twoim łóżku, a ty z Marysią na kanapie. Zaraz się ochłodzi, dzieci potrzebują ciepłych ubrań! Nie chcę się wstydzić przed sąsiadami i żeby ktoś mnie znowu nazywał rozwódką z bagażem!
Zosia słuchała i nie pojmowała, dlaczego jeszcze nie wyrzuciła tej rozpieszczonej dziewuchy za drzwi? Dlaczego pozwoliła, by jej granice tak ściśnięto? Gdzie ona się podziała całkiem po drodze?
Coś w niej w końcu pękło. Raptownie wstała, wskazała siostrze, by przestała mówić i wysyczała:
Dziś możecie zostać, ale jutro rano odwożę cię na dworzec i jedziesz z powrotem do rodziców! Nie zamierzam cię dłużej utrzymywać ani płacić za twoje dzieci! Sama je urodziłaś, sama wychowuj! Dość mam tego wszystkiego! Nie ja cię na świat wydałam, nie moim obowiązkiem jest was utrzymywać. Wieloletnią pomocą już spłaciłam wszelkie rodzinne długi! jeżeli rano nie opuścisz mieszkania, wezwę policję i nie interesuje mnie, iż masz dzieci! To twoje dzieci i twoje sprawy! Zresztą, śpicie dziś wszyscy na rozkładanej sofie, masz to samo, co innym trzeba! Ja śpię wygodnie!
Mówiła z taką pewnością siebie, iż Elżbieta pierwszy raz w życiu nie umiała się odezwać. Przez cały wieczór narzekała pod nosem, obdzwaniała matkę, ale Zosia nie reagowała. Rano choćby nie zaoferowała podwiezienia na dworzec wystawiła ją za drzwi, podając jeszcze sto złotych na taksówkę i pociąg.
To wszystko. Zapomnij do mnie drogę i pamiętaj, iż mam własne życie, które nie obraca się wokół twoich potrzeb powiedziała, zamykając drzwi. Długo jeszcze płakała, rozmyślała, ale wiedziała, iż postąpiła dobrze. Inaczej rodzina by ją zniszczyła…
Uwolniona od zobowiązań, które nie pozwalały jej oddychać pełną piersią, Zosia poczuła się jakby przybyła do innego wymiaru. Po jakimś czasie poznała mężczyznę, wyszła za mąż. Zaadoptowali dwójkę dzieci, i wreszcie zaczęli żyć naprawdę szczęśliwie.












