Każdy wtorek
Lidia biegnie do metra, ściskając w dłoni pustą, plastikową torbę. To jej dzisiejszy znak niepowodzenia dwie godziny spędzone na bezcelowym snuciu się po galeriach handlowych i ani cienia pomysłu na prezent dla chrześnicy, córki przyjaciółki. Dziesięcioletnia Zuzanna przestała już interesować się kucykami na rzecz astronomii, a zdobycie dobrego teleskopu w rozsądnej cenie okazało się zadaniem na miarę podboju kosmosu.
Dzień chyli się ku końcowi, pod ziemią czuć szczególny rodzaj zmęczenia. Lidia przepuszcza wychodzących, przeciska się do ruchomych schodów. Nagle jej oderwane dotąd od otoczenia ucho wychwytuje spośród szumu wyraźny, pełen emocji fragment rozmowy.
…nawet nie sądziłam, iż znów go zobaczę, naprawdę! rozlega się za nią młody, lekko drżący głos. A teraz, co wtorek, odbiera ją sam z przedszkola. Przyjeżdża swoim autem i jadą do tego parku, gdzie są karuzele…
Lidia zatrzymuje się na stopniu jadących w dół schodów. Odwraca się na chwilę widzi dziewczynę w czerwonym płaszczu, podekscytowaną twarz, błyszczące oczy oraz jej koleżankę słuchającą z uwagą i zrozumieniem.
Co wtorek.
Lidia kiedyś też miała taki dzień. Trzy lata temu. Nie poniedziałek z ciężkim startem, nie piątek z obietnicą weekendu. Właśnie wtorek. Dzień, wokół którego kręcił się jej świat.
Co wtorek, punktualnie o siedemnastej, wybiegała ze szkoły, gdzie uczyła polskiego i literatury, i niemal biegła na drugi koniec Warszawy. Do szkoły muzycznej imienia Szymanowskiego, w starym dworku z trzeszczącą podłogą. Odbierała Maćka. Siedmioletniego, jak na swój wiek poważnie zamyślonego chłopca ze skrzypcami niemal tej samej długości co on sam. Nie swojego syna bratanka. Syna jej brata, Artura, który zginął trzy lata temu w tragicznych okolicznościach.
W pierwszych miesiącach po pogrzebie wtorki stały się ich rytuałem przetrwania. Dla Maćka, który zamknął się w sobie i niemal przestał mówić. Dla jego mamy, Agnieszki, która złamana niemal nie wstawała z łóżka. I dla samej Lidii, która próbowała posklejać szczątki ich wspólnego życia, zostając kotwicą, opoką, starszą w tej tragedii.
Każdy szczegół nosi jeszcze w pamięci. Jak Maciek wychodził z klasy, nie patrząc na boki, z opuszczoną głową. Jak milcząco oddawał jej ciężki futerał. Szli razem do metra, a ona opowiadała mu coś śmiesznego o błędach z klasówki, o kawce kradnącej kanapkę.
Pewnego listopadowego popołudnia chłopiec nagle pyta: Ciociu Lidko, tata też nie znosił deszczu? I ona, drżąc z bólu i czułości, odpowiedziała: Nie cierpiał. Od razu biegł pod dach. Wtedy ścisnął jej dłoń. Mocno, jak dorosły nie po to, by go prowadziła, tylko jakby chciał zatrzymać coś, co ulatuje. Nie jej rękę ten obraz taty. Czuła wtedy w tym dotyku całą dziecięcą tęsknotę i ostre poczucie: tak, tata był prawdziwy. Biegał pod daszki. Nie lubił pluchy. Istniał nie tylko we wspomnieniach i westchnieniach babci, ale także tu w tym jesiennym, mokrym powietrzu, na tej ulicy, obok.
Przez trzy lata jej życie dzieliło się na przed i po. A wtorek był dniem najprawdziwszym, choć trudnym. Pozostałe dni stanowiły tylko tło. Przygotowywała się na niego kupowała sok jabłkowy, który lubił Maciek, ściągała zabawne kreskówki do telefonu na wypadek długiej jazdy metrem, wymyślała tematy do rozmowy.
A potem Agnieszka powoli odzyskiwała równowagę. Znalazła pracę. Poznała kogoś nowego. Postanowiła zacząć nowy rozdział życia, daleko od wspomnień. Lidia pomogła im się spakować owinęła skrzypce Maćka w miękki pokrowiec, mocno go przytuliła na dworcu. Pisz, dzwoń mówiła, połykając łzy zawsze jestem.
Z początku dzwonił co wtorek, punktualnie o szóstej. Na kilka minut znów była ciocią Lidką, musiała gwałtownie wypytać o szkołę, o skrzypce, o nowych kolegów. Jego głos przez słuchawkę był jak cieniutka nitka rozpięta na setki kilometrów.
Potem rozmowy odbywały się co dwa tygodnie. Dorósł. Pojawiły się inne zajęcia, zadania domowe, gry z kolegami. Przepraszam, ciociu, w zeszły wtorek zapomniałem, mieliśmy sprawdzian pisał jej w komunikatorze, a ona odpisywała: Nic się nie stało, kochanie. Jak poszło? Jej wtorki były już nie wyznaczone rozmową, a wyczekiwaniem na wiadomość, której czasami brakowało. Nie miała żalu. Sama wtedy pisała.
Później kontakt został tylko przy okazji świąt. Urodziny, Boże Narodzenie. Jego głos miał już inną pewność. O sobie mówił skrótowo: Dobrze, W porządku, Uczę się. Ojczym, Michał, okazał się dobrym człowiekiem spokojnym, nie próbował zastąpić taty; po prostu był. To było najważniejsze.
Ostatnio urodziła się Maćkowi siostrzyczka Nina. Na zdjęciu w internecie chłopak trzymał niemowlę z niezdarną, ale wzruszającą czułością. Życie, okrutne i łaskawe zarazem, szło własnym torem. Leczyło rany codziennością, troską o noworodka, szkolnymi sprawami, planami na przyszłość. Lidii w tej rzeczywistości zostawiło już tylko wąską, schludną niszę cioci z przeszłości.
Teraz, w przytłumionym huku warszawskiego metra, przypadkowe co wtorek nie brzmi jak wyrzut, raczej jak ciche echo. Jak pozdrowienie od tej Lidii, która przez trzy lata dźwigała ogrom odpowiedzialności i miłości. Tamta Lidia wiedziała, kim jest: opoką, latarnią, ważnym punktem w rutynie dziecka. Była potrzebna.
Kobieta w czerwonym płaszczu miała swoją historię swój kompromis między bólem a teraźniejszością. Ale ten rytm, ten żelazny rozkład co wtorek był uniwersalny. Był językiem obecności, który znaczy: Jestem tu. Możesz mi ufać. Liczysz się dla mnie właśnie w ten dzień, o tej godzinie. Języka tego Lidia kiedyś znała na pamięć dziś niemal zapomniała.
Pociąg rusza. Lidia prostuje plecy, spoglądając na swoje odbicie w ciemnym tunelowym oknie.
Wysiadła na swojej stacji, już wiedząc, iż jutro zamówi dwa identyczne teleskopy niedrogie, ale porządne. Jeden dla Zuzy. Drugi dla Maćka, z dostawą do jego nowego domu. Jak tylko otrzyma paczkę, napisze: Maćku, żebyśmy mogli patrzeć na to samo niebo, choćby będąc w innych miastach. Może w najbliższy wtorek, o osiemnastej, jak będzie pogoda, popatrzymy razem na Wielką Niedźwiedzicę? Zegarki w dłoń! Buziaki, ciocia Lidka.
Weszła po schodach na powierzchnię, do wieczornego miasta. Powietrze było chłodne i świeże. Najbliższy wtorek znów nabrał znaczenia. Nie jako obowiązek, ale jako spokojna umowa między dwojgiem ludzi, których łączy wspólna pamięć, wdzięczność i cicha, mocna nić pokrewieństwa.
Życie toczy się dalej. W jej kalendarzu wciąż są dni, których nie wystarczy przeżyć, ale zapisać. Zapisać na ciche cuda wspólnego spojrzenia w niebo przez setki kilometrów. Na wspomnienia, które już nie bolą, tylko otulają. Na miłość, która nauczyła się mówić językiem oddalenia i dlatego stała się jeszcze spokojniejsza, dojrzalsza i trwalsza.











