Wtorek
Ten dzień miał dla mnie zawsze szczególne znaczenie i właśnie dziś znów się o tym przekonałem. Spieszyłem się do metra, ściskając w dłoni pustą reklamówkę z Biedronki symbol dzisiejszej porażki. Dwie godziny kręciłem się po galeriach handlowych Złote Tarasy i Arkadia zmęczyły mnie do cna i żadnego pomysłu na prezent dla chrześniaczki, córki mojej najlepszej przyjaciółki. Basia ma dziesięć lat, dawno przestała kochać kucyki, za to zafascynowała się astronomią, a znaleźć przyzwoity teleskop za rozsądne pieniądze, powiedzmy do pięciuset złotych, to zadanie na miarę eksploracji Marsa.
Zbliżał się wieczór, a zmęczenie dnia czuć było już choćby pod ziemią. Przepuściłem tłum wychodzący z wagonu, po czym ruszyłem do ruchomych schodów. Nagle wśród zgiełku i pogłosów wyłowiłem czyjś głos młody, spięty, pełen emocji.
…nie sądziłam, iż znowu go zobaczę, serio, mówiła dziewczyna z tyłu. A on teraz co wtorek odbiera ją z przedszkola. Sam. Przyjeżdża swoim autem, jadą do tego parku z karuzelami…
Zastygłem na stopniu schodów. Odwróciłem się, kątem oka zobaczyłem dziewczynę w krwistoczerwonym płaszczu, z ożywioną twarzą i rozbłyskującymi oczami. Jej przyjaciółka kiwała z uwagą głową.
Co wtorek.
Przypomniałem sobie własny wtorek. Trzy lata temu, kiedy wszystko runęło. Nie poniedziałek za ciężki na dobre historie. Nie piątek pełen nadziei na wolne dni. Wtorek. Wokół niego krążył cały mój świat.
Każdy wtorek, punkt piąta, wybiegałem ze szkoły na Mokotowie, gdzie uczyłem języka polskiego i literatury, i gnałem przez pół Warszawy. Do szkoły muzycznej imienia Karola Szymanowskiego, w starej willi na Pradze. Tam odbierałem Michała. Siedmioletniego, zbyt poważnego chłopca z niewielkimi okularami i skrzypcami, niemal równymi jego wzrostowi. Nie mojego syna siostrzeńca. Syna mojego brata Pawła, który zginął tragicznie w wypadku drogowym.
Przez pierwsze miesiące po pogrzebie te wtorki były naszym rytuałem przetrwania. Dla Michała, który zamknął się w sobie i niemal nie mówił. Dla jego mamy Hanki która nie miała siły wstawać z łóżka. I dla mnie, bo musiałem trzymać nas wszystkich na powierzchni, choć kawałki naszej układanki wciąż nie chciały do siebie pasować.
Każdy szczegół tamtych dni pamiętam do dzisiaj. Jak Michał wychodził z zajęć, skulony, patrząc w ziemię. Oddawał mi ciężką futerał, choćby nie patrząc. Szliśmy do metra, a ja opowiadałem mu o zabawnej pomyłce na dyktandzie, o gawronie, który ukradł bułkę chłopakowi spod szkoły.
Pewnego listopadowego wieczora w strugach deszczu Michał zapytał nagle: Wujku, a tata też nie lubił deszczu? Ścisnąłem wtedy jego dłoń i odpowiedziałem: Nie znosił. Zawsze uciekał pod pierwszy lepszy daszek. Wtedy on złapał mnie za rękę mocno. Jakby nie prowadziłem go już, ale razem trzymaliśmy wspomnienie. W tej chwili poczułem, iż pozostało z nami coś bardzo ważnego: nie tyle sama obecność, ale jego dziecięca tęsknota podparta świadomością, iż tata był prawdziwy, biegał po mokrych chodnikach i nie znosił pluchy. W tej Warszawie, w tym listopadowym powietrzu był cały nasz świat.
Przez trzy lata życie dzieliło się na przed i po. Wtorek stał się dniem prawdziwego życia. Wszystkie pozostałe były przelotne, wyblakłe tylko czekania na kolejną wspólną drogę. Przygotowywałem się: kupowałem sok jabłkowy, który Michał lubił, ładowałem na telefon śmieszne bajki, na wszelki wypadek, gdyby w metrze nie dało się już wytrzymać, wymyślałem tematy do rozmowy.
Potem wszystko zaczęło się powoli zmieniać. Hanka powoli wróciła do siebie. Znalazła pracę, poznała kogoś nowego. Postanowili zacząć od nowa w Gdańsku, daleko od codziennych wspomnień. Pomagałem im pakować rzeczy, skrzypce Michała włożyłem w miękki pokrowiec. Pożegnałem ich na peronie Dworca Centralnego; Piszcie do mnie, dzwońcie zawsze odbiorę, dusiłem łzy, ale nie dałem się złamać.
Na początku Michał dzwonił co wtorek, punktualnie o szóstej. Przez krótkie piętnaście minut znów byłem dla niego wujkiem Staszkiem, który musiał zdążyć wszystko wypytać: szkoła, skrzypce, nowi koledzy. Jego głos, ledwo dosłyszalny przez gwar pociągów i kilometry internetu, był dla mnie nicią łączącą dwa miasta: Warszawę i Gdańsk.
Potem telefony pojawiały się raz na dwa tygodnie. Więcej zajęć dodatkowych, zadania, pierwsze gry komputerowe z kolegami. Wujku, wybacz, w zeszły wtorek zapomniałem, mieliśmy sprawdzian, pisał później na Messengerze, a ja odpisywałem: Spoko, młody. I jak poszło?. Każdy wtorek był już wyczekiwaniem wiadomości, czasami przychodziła, czasami nie. Nie miałem żalu, sam się odzywałem.
Z czasem tylko w duże święta: urodziny, Wigilia, Wielkanoc. Jego głos stawał się coraz bardziej pewny. Mówił krótkimi zdaniami: W porządku, Dajemy radę, Uczymy się. Ojczym, Marcin, okazał się dobrym facetem nie chciał być tatą na siłę, po prostu był obecny. I to się liczyło.
Niedawno urodziła mu się siostrzyczka Agnieszka. Na zdjęciu z Facebooka Michał trzyma maleńką, zawiniętą w kocyk dziewczynkę. Niezdarnie, ale czule. Życie, choć bywa okrutne, jest też hojne: zasypuje rany codziennością, obowiązkami przy noworodku, szkolnymi sprawami, nowymi wyzwaniami. A dla mnie zostawiło ciasny, choć wciąż cenny margines dla wujka z przeszłości.
Teraz, stojąc w rozgwarze metra, usłyszałem to przypadkowe co wtorek nie jak przytyk, ale jak cichy ech. Przypomnienie o tym, kim byłem wtedy podporą, drogowskazem, nieodłącznym elementem świata małego chłopca. Byłem dla niego ważny.
Dziewczyna w czerwonym płaszczu walczyła ze swoją codziennością, może rozdarciem między przeszłością a teraźniejszością. Ale ten rytm, to co wtorek, to był uniwersalny kod bliskości dawanie do zrozumienia: Możesz na mnie liczyć, w tej konkretnej godzinie, tego właśnie dnia. Wtedy rozumiałem ten język bez zająknięcia, dziś musiałem go sobie przypomnieć.
Gdy pociąg ruszył, spojrzałem na swoje odbicie w mrocznym szybie tunelu i poczułem, iż wiem, co zrobić. Jutro zamówię przez internet dwa takie same teleskopy niedrogie, ale porządne. Jeden dla Basi, drugi z dostawą do Gdańska dla Michała. Gdy tylko je dostanie, wyślę mu wiadomość: Michaś, to po to, byśmy mogli patrzeć w to samo niebo, choćby mieszkając w innych miastach. Myślisz, iż we wtorek o szóstej, jak będzie przejrzyste niebo, popatrzymy razem na Wielką Niedźwiedzicę? Ustawmy zegarki. Buziaki, wujek Staszek.
Wyszedłem z metra na Powiślu. Miasto było zimne, wieczór pachniał nowym początkiem. Najbliższy wtorek już nie był pusty. Został na nowo wyznaczony z wyboru, nie z obowiązku. Zrozumiałem, iż w życiu warto przeznaczać dni dla tych, których ważność jest niepodważalna, choćby jeżeli dzieli nas setki kilometrów.
Tak doceniłem, iż istnieją chwile i małe rytuały, które wyrastają ponad codzienność, choćby to było jedno, wspólne spojrzenie w niebo. Znaleźć na nie miejsce w kalendarzu to nie tylko sposób na pamięć, ale prawdziwą bliskość, która, choćby cicha i oddalona, daje pewność, iż wciąż umiemy kochać.





![PILNE: Gigantyczne wycofanie mleka dla niemowląt! Na liście Bebiko i Bebilon [PEŁNA LISTA PARTII]](https://olsztynnews.com.pl/wp-content/uploads/2026/02/Black-And-Red-Modern-Breaking-News-Instagram-Post_20251107_065724_0000-1-129.webp)






