Każdy wtorek
Karina przeciskała się przez zatłoczone perony warszawskiego metra, ściskając w dłoni pustą reklamówkę z Biedronki. Ta reklamówka to był symbol całkowitej klapy dzisiejszego popołudnia dwie godziny spędzone w galeriach handlowych i ani jednej sensownej inspiracji na prezent dla chrześnicy, córki swojej przyjaciółki. Małgosia, chociaż ma dopiero dziesięć lat, już dawno zapomniała o konikach, a teraz jej pasją stała się astronomia. Porządny teleskop w przyzwoitej cenie? Mission impossible, serio.
Na zewnątrz powoli zapadał wieczór, a w metrze czuć było charakterystyczne zmęczenie końca długiego dnia. Karina, omijając tłum ludzi wysiadających z wagonów, przebiła się do ruchomych schodów. I wtedy właśnie, wśród miejskiego szumu, jej wyczulony na słowa słuch wyłapał coś bardzo wyraźnego.
choćby nie myślałam, iż jeszcze kiedyś to się zdarzy, przysięgam usłyszała za plecami młody, łamiący się lekko głos. A teraz przyjeżdża po nią co wtorek do przedszkola. Sam. Swoją skodą, no i razem jadą potem do tego naszego parku z karuzelami
Karina zamarła na schodach, zjeżdżając w dół. Zerknęła przez ramię i dostrzegła na sekundę mówiącą dziewczynę czerwona kurtka, rozpromieniona twarz, oczy pełne energii. I tę drugą, która kiwała głową z zainteresowaniem, wsłuchana w każde słowo.
Co wtorek.
Przecież ona też miała kiedyś taki swój własny wtorek. Trzy lata temu. Ani poniedziałek, pełen chaotycznego rozpędu po weekendzie, ani piątek odliczany w oczekiwaniu na odpoczynek. Wtorek był jej ośrodkiem wszystkiego.
Każdy wtorek, równo o siedemnastej, wychodziła zasapana z podstawówki, gdzie uczyła języka polskiego, i praktycznie biegła przez pół dużego miasta. Do szkoły muzycznej imienia Chopina, tej starej willi z trzeszczącym parkietem. Odbierała Marka. Siedmioletniego chłopca, aż nazbyt poważnego jak na swój wiek, z wielką skrzypcową futerałem na ramieniu. Nie był jej synem to siostrzeniec, syn starszego brata Pawła, który zginął w tragicznej kolizji trzy lata temu.
Przez pierwsze miesiące po pogrzebie te wtorki były sposobem na przetrwanie. Dla Marka, który wtedy zamknął się w sobie i prawie przestał mówić. Dla jego mamy, Kasi, która długo nie mogła się pozbierać. I dla samej Kariny, tej, która postawiła się na nogi dla całej tej trójki, próbując pozbierać na nowo rozsypane kawałki ich życia.
Każdą scenę miała w pamięci. Jak Marek wychodził z klasy, patrząc tylko pod nogi. Jak bez słowa podawał jej futerał, a ona po cichu przejmowała ciężar. Szli potem razem na metro, a Karina starała się rozruszać go historiami o zabawnej żabie, która wskoczyła na szkolne boisko, albo o tym, jak jaskółka próbuje wyrwać bułkę od ucznia.
Pewnego listopadowego wieczora typowa syfiasta plucha znad Wisły Marek zapytał szeptem: Ciociu Karino, a tata też nie lubił deszczu? I ona, mimo ściskającego gardło żalu, odpowiedziała: Oj, wręcz nienawidził. Zawsze pierwszy uciekał pod pobliski dach. Wtedy Marek ścisnął ją za rękę. Mocno, dorosłym już niemal chwytem. Nie po to, by go poprowadziła, tylko żeby na chwilę złapać coś, co znika. W tej uścisku było wszystko: dziecięca rozpacz, tęsknota i ten krótki, żywy przebłysk tata istniał. W deszczu, w jego ucieczce do najbliższego przystanku, tu i teraz, a nie tylko w zamglonej pamięci babci.
Przez trzy lata jej kalendarz dzielił się już tylko na przed i po. Najważniejszym dniem stał się właśnie wtorek. Wszystkie inne przepływały gdzieś obok. Specjalnie szykowała się na ten dzień: kupowała sok jabłkowy, taki jaki Marek lubił, wrzucała na telefon śmieszne bajki na wszelki wypadek, wymyślała tematy do rozmowy, gdyby w metrze była grobowa cisza.
Aż tu po jakimś czasie Kasia powoli stanęła na nogi. Znalazła pracę, a potem nową miłość. Nie chciała już dźwigać wspomnień i postanowiła zacząć od nowa, w innym mieście, daleko od starych stron. Karina pomagała im się pakować, szykowała Markowi skrzypce do plecaka, przytulała na peronie i mówiła, dusząc łzy: Dzwoń, pisz, pamiętaj, iż zawsze jestem.
Na początku Marek dzwonił co wtorek, punkt szósta. Ta kwadransowa rozmowa pozwalała jej znów być ciocią Kariną, która musi w piętnaście minut dowiedzieć się o wszystkim szkole, skrzypcach, nowych kolegach. Jego głos był taką cieniutką niteczką przez setki kilometrów.
Później telefony pojawiały się już co dwa tygodnie. Marek rósł, miał inne zajęcia, zadania z matematyki, grał z kolegami w FIFĘ. Ciociu, przepraszam, w zeszły wtorek przegapiłem, mieliśmy sprawdzian pisał w Messengerze, a ona odpisywała z uśmiechem: Nie szkodzi, kochany. Jak poszedł sprawdzian? Teraz wtorki mijały bez telefonu, w oczekiwaniu na kolejną wiadomość, która nierzadko nie przychodziła. Nie robiła wyrzutów. Sama wtedy wysyłała kilka zdań.
A potem już tylko na święta. Urodziny, Wigilia. Wtedy jego głos był silniejszy, opowieści bardziej powściągliwe. W porządku, wszystko dobrze, uczymy się. Okazało się, iż ojczym, pan Tomek, był dobrym, cichym facetem, który nie próbował nikogo zastąpić, po prostu był. To wystarczyło.
A niedawno pojawiła się siostrzyczka Zuzanka. Na zdjęciu Marek trzymał maleńki kokon z dziecinną niezręcznością, ale widać było, iż jest dumny. Życie, takie słodko-gorzkie, szło dalej. To codzienność leczyła rany, były obowiązki przy noworodku, coraz więcej szkolnych tematów, plany na przyszłość. Dla Kariny została już tylko skromna półka w tej rodzinie, ciocia z dawnych lat.
I wtedy, tam pod ziemią, to jedno przypadkowe co wtorek w czyichś ustach zabrzmiało jak spokojne echo. Pozdrowienie od tej Kariny, która przez trzy lata nosiła przerastającą ją odpowiedzialność i nieskończoną miłość, równocześnie bolesną i najcenniejszą. Kiedyś wiedziała: jest potrzebna. Jest opoką, światłem latarni, kawałkiem czyjegoś porządku świata. Dla kogoś była niezbędna.
Ta dziewczyna w czerwonym płaszczu miała swoje własne dramaty, swoje kompromisy między żalem a teraźniejszością. Ale ten rytm, ten żelazny wtorkowy porządek jest uniwersalny. To wspólny język obecności: Jestem tu. Możesz na mnie liczyć. Jesteś dla mnie istotny właśnie dzisiaj, właśnie teraz. Kiedyś Karina płynnie mówiła w tym języku. Teraz prawie go zapomniała.
Metro ruszyło, światło zamigotało. Karina odetchnęła głęboko i spojrzała na swoje odbicie w oknie.
Na swojej stacji wysiadła już z jasnym planem: zamówi dwa takie same teleskopy niezbyt drogie, ale porządne. Jeden dla Małgosi, drugi dla Marka, z dostawą kurierem. Kiedy Marek odbierze przesyłkę, wyśle mu wiadomość: Markuś, ten teleskop jest po to, żebyśmy mogli patrzeć na to samo niebo, choćby mieszkając w zupełnie różnych miastach. Wiesz co może we wtorek o szóstej, jeżeli niebo będzie czyste, spróbujemy razem zobaczyć Wielką Niedźwiedzicę? Zsynchronizujmy zegarki! Buziaki, ciocia Karina.
Wyjechała po ruchomych schodach do rześkiego, wieczornego miasta. Powietrze było chłodne, czyste. Zbliżający się wtorek przestał być pustym miejscem w kalendarzu znów miał swoje przeznaczenie. Nie jako obowiązek, ale jak umowa pomiędzy dwojgiem ludzi, których łączy pamięć, wdzięczność i cienka, a niezniszczalna rodzinna nić.
Życie toczyło się dalej. A w jej kalendarzu wciąż można było rezerwować dni nie tylko po to, by je przeżyć, ale żeby je wybrać. Wybrać na cichy cud równoczesnego spojrzenia w kosmos przez setki kilometrów. Dla pamięci, która już nie boli, tylko grzeje. I dla miłości, która nauczyła się mówić językiem odległości i dzięki temu stała się cichsza, mądrzejsza, trwalsza.













