Kochamy nasze wnuki nad życie, ale nie mamy już sił być pełnoetatowymi opiekunami: Historia zmęczonych dziadków, którzy całe lata ratowali córkę z czwórką dzieci i nie wiedzą, jak powiedzieć „dość”

newsempire24.com 1 dzień temu

Nasze wnuki są cudowne, a jednak brak nam już sił, by za nimi nadążyć.

Śniło mi się, iż siedzę z mężem, panem Stanisławem, w mieszkaniu na warszawskiej Pradze, a wokół nas biega gromadka dzieci. Każde dziecko odbijało się od podłogi niczym dmuchana piłka raz tu, raz tam, śmiejąc się i gaworząc w dziwnych, niezrozumiałych dla dorosłych słowach. Słyszałam w korytarzu echo: Babciu! Babciu! ich głos nakładał się jeden na drugi jak fale na Wiśle po burzy.

Mówi się w Polsce, iż dzieci to skarb a wnuki to już prawdziwy dar od Boga. Tak powtarzały sąsiadki na klatce i pani Jadwiga ze sklepu. Oczywiście zgadzam się o ile tych skarbów nie robi się zbyt wiele i starcza na nie miejsca i siły. Nasza córka, Marcelina, kiedy miała dziewiętnaście lat, spłynęła do kuchni niczym cień i oznajmiła, iż będzie mamą. W śnie jej głos rozchodził się jak dzwon kościelny w Wielkanoc: Mamo, spodziewam się bliźniąt. Potem była ślubna impreza na Żoliborzu, kapela grała oberka, a my czekaliśmy, aż w końcu, jakoś, wszystko się ułoży.

Tymczasem na nasze barki spadło wszystko jak nagły grad nad Mazurami. Marcelina i jej mąż Wojtek oboje młodzi jak świeży chleb, a portfele puste grosz do grosza zbierali z pensji, których starczało ledwie na opłaty i bułkę z masłem. To my musieliśmy z mężem brać dodatkowe zlecenia: dorabiałam nocami jako księgowa zdalnie, a Stanisław nosił paczki w sortowni na Woli. Od świtu do zmierzchu, wciąż wspomagaliśmy młodych.

Czuliśmy się bardziej jak nocni stróże niż dziadkowie bieganie z butelkami, kołysanki o czwartej rano, a Marcelina spała, chroniona snem przed światem. Sen zaczął się komplikować: przestałam rozróżniać, czy to ból serca, czy tylko stara pierzyna przygniata mnie do łóżka. Zdrowie odchodziło, a czas płynął jak powolna rzeka Bug.

Mijały trzy surrealistyczne lata, w których dzieci wyrosły na skrzydlatych maruderów, a Marcelina w końcu uniosła głowę, jakby po raz pierwszy zobaczyła słońce. Ledwie odetchnęliśmy, przyszła do mnie z kolejną wiadomością znowu była w ciąży. W śnie próbowałam krzyczeć, ale tylko szmery dochodziły z moich ust. Zasugerowałam jej rzecz niewyobrażalną by oszczędziła sobie i nam trudu i nie rodziła kolejnego dziecka, bo choćby największe serce ma swoje granice. Marcelina jednak uparła się, iż jej los to być matką. Urodziła i znów bachory otoczyły nas, domy zapełniły się głosami.

Koszty rosły, a Złoty stawał się coraz lżejszy w portfelu jedna pensja Wojtka ledwie starczała na chleb i mleko, a my znów rzuciliśmy się w wir harówki. Mąż dostał wylewu, serce kolebie się jak stary tramwaj na linii 13, a ja poczułam, iż nie zniosę już ani jednej nieprzespanej nocy.

Zebrałam się na odwagę i powiedziałam Marcelinie, iż czas szukać własnej drogi. My już nie potrafimy. A wtedy ona rzuciła we mnie słowa jak ognik z ogniska jest w czwartej ciąży. W tym śnie słowa płynęły jak krople deszczu na szybie, nie rozumiałam nic. Jakby dom zamienił się w labirynt bez wyjścia, a my mieliśmy być zawsze tymi, co karmią zgłodniały tłum.

Nie wiem, co dalej. Nie chcę, by ludzie komentowali pod drzwiami: A, bo oni nie pomagają własnej córce! Przecież pomagaliśmy, ile się dało ale już nie mamy sił. A wnuki tańczą wokół nas, ich stopy nie dotykają ziemi w tej dziwnej Warszawie, gdzie wszystko jest możliwe tylko w dziwnym śnie.

Idź do oryginalnego materiału