Kostek siedział na wózku inwalidzkim i spoglądał przez zakurzone szyby na ulicę

twojacena.pl 16 godzin temu

Kostek siedział w wózku inwalidzkim i patrzył przez załamane szyby na ulicę. Pech go nie opuścił: okno jego sali szpitalnej wychodziło na wewnętrzny dziedziniec warszawskiego Szpitala Miejskiego, gdzie kiedyś rozciągał się urokliwy skwer z ławeczkami i klombami, ale teraz rzadko krążyły tam ludzie. Zima była surowa, więc pacjenci rzadko wychodzili na spacery. Kostek leżał w sali sam. Tydzień wcześniej jego sąsiada, Jurek Timonowicz, wypisano do domu i od tej chwili Kostka ogarnęła przytłaczająca samotność. Jurek był duszą towarzystwa, zawsze miał w zanadrzu milion opowieści, które snuł jak prawdziwy aktor. Studiował teatr i był na trzecim roku. Nie dało się z nim nie tęsknić. Codziennie przychodziła mu matka z domowymi wypiekami, owocami i słodyczami, które hojnie dzieliła z Kostkiem. Po Jurekowi w sali zniknęła domowa ciepłość, a Kostek poczuł się jak nigdy wcześniej zupełnie niepotrzebny.

Smutne myśli Kostka przerwała wchodząca pielęgniarka. Spojrzał na nią i przygniótł się jeszcze bardziej: zamiast sympatycznej młodej Asi, przyszedł niezmiennie ponury i wiecznie niezadowolony Helena Arkadiuszowa. Przez dwa miesiące spędzone w szpitalu Kostek nie widział, by choć raz uśmiechnęła się lub zaśmiała. Jej głos był tak ostry, jakby odzwierciedlał zmarszczki na twarzy: szorstki, nieprzyjemny, w jednym słowie.

No, co się tak siedzi, Kostek? Na łóżko! wykrzyknęła Helena, trzymając wstrzyknięcie wstrząśnięte do pełna.

Kostek westchnął zrezygnowany, rozłożył wózek i podjechał do łóżka. Helena zręcznie pomogła mu się położyć i równie sprawnie przewróciła go na brzuch.

Zdejmij spodnie rozkazała, a Kostek posłusznie spełnił jej polecenie i nic nie poczuł. Zastrzyki Helena podawała z wprawą, za co Kostek w myślach podziękował jej po cichu.

Ile jej lat? myślał Kostek, przyglądając się pielęgniarce, która skupiona wyczuwała żyłę na jego szkieletowej ręce pewnie już emerytka. Emerytura mała, więc musi pracować, dlatego jest taka zrzędliwa.

W końcu Helena wprowadziła cienką igłę w bladoniebieską, ledwo widoczną żyłę Kostka, wywołując jedynie lekki grimasy.

To wszystko, Kostek, skończyliśmy. Czy lekarz dziś przychodzi? zapytała nagle, już zbierając się do wyjścia.

Nie jeszcze odrzekł Kostek, potrząsając głową może później zjawi się

No, czekaj. I nie siedź przy oknie, bo przewietrzy cię i umrzesz jak ryba dodała i opuściła salę.

Kostek chciał się obrazić, ale nie mógł: w słowach Heleny, pomimo jej surowości i szorstkości, przemykała troska, choćby po prostu troska. Był sierotą. Rodzice zginęli, gdy miał cztery lata, w pożarze ich wiejskiego domu. Matka, ratując syna, wyrzuciła go przez okno na zasypany śniegiem dwór, tuż przed zawaleniem się płonącego dachu, który pochłonął resztę rodziny. Kostek przeżył, trafił do domu dziecka, a dalsi krewni nie chcieli go przyjąć.

Z matki odziedziczył łagodny charakter, marzycielską duszę i zielone oczy, od ojca wysoki wzrost, szerokie kroki i talent do matematyki. Przypominały mu jedynie krótkie fragmenty z przeszłości: raz w wiejskim święcie machał z mamą jasną chorągwią, innym razem siedział na ramionach ojca, czując letni wiatr na policzkach. Pamiętał też dużego rudego kota, którego kiedyś nazywano Burek lub Mruczek. Pożar spalił wszystkie rodzinne zdjęcia, więc wspomnień nie miał.

Nikt go nie odwiedzał w szpitalu nie było kto. Gdy Kostek skończył osiemnaście lat, państwo przydzieliło mu duży, jasny pokój w akademikach na czwartym piętrze. Samotność czasem przytłaczała go do łez, ale przyzwyczaił się do niej i odnalazł w niej pewne zalety. Czasem jednak, widząc dzieci z rodzicami na placach zabaw, w marketach i na ulicach Warszawy, ogarniały go gorycz i smutek.

Po szkole chciał dostać się na uniwersytet, ale brakowało mu punktów, więc trafił na technikum. Tam znalazł coś dla siebie, choć relacje z kolegami nie układały się: był cichy i zamknięty w sobie, więc nie interesował ich. Rozmawiał z nimi jedynie o nauce. Z dziewczynami było podobnie; jego skromność i nieśmiałość nie przemawiały do nich. Miał osiemnaście i pół lat, a wyglądał jak szesnastoletni chłopiec, co czyniło go białą wroną w grupie, ale nie przeszkadzało mu.

Dwa miesiące temu, spóźniając się na zajęcia, pędził po oblodzonym chodniku i poślizgnął się w podziemnym przejściu, łamiąc obie nogi. Złamania goją się powoli i bolą, ale ostatnie tygodnie przynoszą poprawę. Kostek liczył na wypis, ale obawiał się, iż w domu, w którym mieszkał, nie ma windy ani podjazdów dla wózków. Wyglądało na to, iż wózek pozostanie jego codziennym towarzyszem jeszcze dłużej.

Po obiedzie do sali wszedł lekarz ortopeda Roman Adamowicz. Obejrzał kostki Kostka i przejrzał zdjęcia rentgenowskie, po czym wydał werdykt:

Panie Konstantynie, cieszę się, iż mogę Panu powiedzieć: złamania się zagoiły. Za dwa tygodnie będzie Pan na kuli, a potem na rehabilitację w przychodni. Za godzinę otrzyma Pan wypis, będzie Pan wolny. Ktoś przyjedzie Pana odebrać?

Kostek skinął głową.

Doskonale. Wezwę Helenę, pomoże Panu spakować rzeczy. Trzymaj się, panie Konstantynie, i proszę, nie wracaj już do szpitala.

Postaram się odparł.

Lekarz mrugnął i wyszedł, a Kostek zaczął gorączkowo rozmyślać, co dalej. Przerwała go wchodząca Helena Arkadiuszowa.

Co siedzisz, Kostek? Wypisują, więc pakuj podniosła mu pod łóżkiem plecak zbieraj się, Pani Petronela zaraz przyjdzie po pościel.

Kostek wrzucił do plecaka skromne rzeczy i zauważył czujne spojrzenie pielęgniarki.

Dlaczego lekarzowi kłamiesz? zapytała, przechylając głowę.

O co chodzi? odparł zaskoczony.

Nie kombinuj, Kostek. Wiem, iż nikt nie przyjedzie. Jak zamierzasz się dostać?

Jakś sposób znajdę mruknął.

Będziesz jeszcze przynajmniej pół miesiąca nie chodził na własnych nogach. Jak zamierzasz żyć?

Dam radę, nie jestem dzieckiem.

Wtedy Helena usiadła na łóżku obok i spojrzała mu prosto w twarz.

Kostek, to nie moja sprawa, ale przy takich obrażeniach potrzebujesz pomocy. Sam nie dasz rady. Nie bądź durny, mówię szczerze rzekła łagodnie.

Poradzę sobie sam.

Nie poradzisz. Pracuję w medycynie od lat. Czemu więc się spiera? zaczęła się podnosić.

No i co ma to ze mną wspólnego?

Bo mogę Cię przyjąć pod swój dach. Mieszkam na wsi, podwórko ma dwa stopnie, a pokój wolny. Kiedy wstaniesz na nogi, wrócisz do domu. Mieszkam sama, mąż odszedł dawno, dzieci nie dał los dodała.

Kostek zamarł, patrząc na nią. Mieszkać u nieznajomej? Przez lata przyzwyczaił się, iż jedynie on sam może się liczyć.

Dlaczego tak milczysz? dopytała, marszcząc brwi.

Trochę niekomfortowo, i po prostu mutnął.

Przestań się wywyższać, Kostek. To niewygodne, gdy wózek inwalidzki krąży po domu bez windy i podjazdów odparła w swym charakterystycznym, szorstkim tonie więc jedziesz do mnie?

Kostek rozważał. Z jednej strony nieprzyzwoite było mieszkać pod jednym dachem z obcą osobą, z drugiej nie mógł długo chodzić, a Helena nie była już tak obca, jak myślał. Dopiero teraz zauważył, iż przez te miesiące troszczyła się o niego w swój sposób: Kostek, idź na obiad, dzisiaj twój ulubiony rosół, Zamknij okno, nie ma już gorączki, gwałtownie jedz twaróg, bo jest pełen wapnia. To była jedyna osoba, która chciała mu pomóc.

Zgadzam się powiedział w końcu tylko nie mam pieniędzy, stypendium jeszcze nie przyszedł.

Helena, opierając rękę na biodrze, spojrzała na niego z niedowierzaniem, zmarszczyła brwi i w gniewnym tonie odparła:

Kostek, naprawdę? Myślisz, iż zapraszam Cię pod dach za pieniądze? Po prostu mi przykro, to wszystko.

Myślałem przerwał, przepraszając, iż nie chciał jej urazić.

Nie jestem urażona. Chodźmy do oddziału, posadź się tam, poczekaj, aż moja zmiana się skończy rozkazała, po czym odprowadziła go do pokoju pielęgniarskiego.

Helena mieszkała w małym, zadbanym domku z wąskimi oknami w pięknie rzeźbionych framugach. Wewnątrz były dwie przytulne izby, a jedna z nich stała się Kostkowi nowym lokum. Pierwsze dni spędzał w nieustannej nieśmiałości, prawie nie wychodząc z pokoju i starając się nie zawracać głowy gospodyni. Zauważywszy to, Helena powiedziała prosto:

Przestań się wstydzić. jeżeli czegoś potrzebujesz, mów, herbata nie wchodzi w porę.

W rzeczywistości Kostek lubił to miejsce: za oknem leżały zasypane śniegi, w kominku trzaskały drewna, a zapach domowego jedzenia przypominał mu utracone dzieciństwo. Dni mijały, wózek zamieniał się w kule, a potem w chodziki. Nadszedł czas, by wrócić do miasta. Po wizycie w przychodni Kostek, lekko kulący, szedł obok Heleny i rozmawiał o nadchodzących egzaminach:

Muszę zaliczyć egzaminy, zaliczenia. Straciłem tyle czasu, to koszmar. Nie chce się już studiów

Weź się nie martw doradzała Helena technikum nie ucieknie. Zacznij biegać, a co lekarz zalecił? Ograniczyć obciążenie nóg!

W ostatnich tygodniach zbliżyli się do siebie tak, iż Kostek coraz częściej łapał się na myśli, iż nie chce opuszczać tego przytulnego domu i tej dobroci, którą w niej znalazł. Stała się dla niego, sieroty z domu dziecka, drugą matką, choć nie miał odwagi wyznać tego ani jej, ani samemu sobie.

Następnego poranka Kostek pakował rzeczy. Szukając ładowarki do telefonu, rozejrzał się i zobaczył Helena stojącą na progu, ze łzami w oczach. Kostek, pod wpływem nieokreślonego impulsu, podszedł i mocno ją przytulił.

Zostaniesz, Kosteczku? wyszeptała przez łzy jakże mam bez ciebie żyć

I został. Kilka lat później Helena zająła honorowe miejsce matki pana młodego przy stole na weselu Kostka. A rok później przyjąła w szpitalu noworodka, wnuczka nazwanej na cześć babci Ludmiły.

Idź do oryginalnego materiału