„Leszek, ja cię nie rozumiem. Zwariowałeś? Co to znaczy – odchodzę? — Czyli to, co słyszysz. Od dawn…

twojacena.pl 6 godzin temu

– Wojtku, czy ty mnie w ogóle rozumiesz? Zwariowałeś? Co to znaczy odchodzisz?

– Właśnie to. Od dawna mam kochankę! Jest ode mnie młodsza o 16 lat! I zdecydowałem, iż jej świat jest dla mnie lepszy!

– Przecież ona jest wystarczająco młoda, by być twoją córką!

– Co ty opowiadasz! Skończyła już 20 lat.

Wojciech podszedł do niej, w nosie miał zapach mokrej trawy zza okna.

– A wiesz… ojciec Malwiny jest milionerem. W końcu będę żył tak, jak mi się zawsze śniło! Rozumiesz? Urodzi mi dziecko nie to co ty.

Każda jego sylaba dźwięczała w uszach Marianny niczym uderzenie dzwonu w kościele o zachodzie. Wiedziała, iż coś takiego kiedyś nastąpi, bo nie doczekali się potomstwa.

Lecz nigdy nie sądziła, iż nieszczęście przyjdzie w tak upokarzającej formie; jak zimny przeciąg pomiędzy starymi murami kamienicy.

Ponad piętnaście lat zeszło się im w tej samej pościeli i tej samej kuchni. Bywało różnie, jak to w każdym domu, ale Marianna nad wszystko ceniła szacunek bez niego, nic się nie ostoi.

– Marianno, mogłabyś choć zapłakać czy coś, bo czuję się niezręcznie wydusił Wojciech.

Podniosła głowę z dumą.

– Dlaczego miałabym płakać? Cieszę się bardzo za ciebie, naprawdę. Ważne, żeby ktoś z nas dotarł wreszcie do swojej bajki…

Wojciech skrzywił się, a cień jego sylwetki zatańczył na szafie.

– Zawsze te twoje pędzelki i farby! To choćby nie jest praca, ale zwykłe głupstwo.

– To hobby, Wojtek. Ale gdybym pracowała mniej, a ty ciut więcej zarabiał, też mogłabym się oddać ulubionym zajęciom.

– Tym się nie przejmuj. Nie możesz mieć dzieci to chociaż pracuj!

Obracała się za nim, gdy próbował dopiąć walizkę.

– A twoja nowa… Malwina. Ona chyba nie lubi pracować, z czego będziecie żyli? Ty też pracy nie kochasz.

– To już nie twoja sprawa! Ale i tak ci powiem wystarczy nam tych pieniędzy na krótko. Potem, kiedy Malwina będzie w ciąży, jej ojciec obsypie nas złotówkami. choćby teraz mamy wystarczająco, żebyś się nie przejmowała!

Zaklapnął walizkę i zniknął, trzaskając drzwiami. Marianna się wzdrygnęła nienawidziła hałasów. Znów popatrzyła przez okno, pod zmierzwione niebo.

Pod klatkę podjechał krwistoczerwony fiat i z niego wybiegła młoda dziewczyna, od razu rzucając się Wojciechowi na szyję. Staruszki na ławkach zaniemówiły, wstrzymując oddech, jakby ktoś opowiedział najnowszą plotkę o serialu.

Doświadczywszy ulgi, Marianna zrozumiała, iż ich życie już dawno obróciło się w farsę. Wojciech prawie nie bywał w domu, a ona nie umiała przeciąć tego sznura, który nazywał się rodziną.

Wybrała numer.

– Jadzia, masz plany na wieczór?

Głęboka cisza w słuchawce, potem:

– Co ty, Marianno, zrzuciłaś z siebie ciężar melancholii?

– Przestań, jaka tam depresja. Coś między chandry a sentyment. Idziemy gdzieś dziś wieczorem? Wypijemy, pogadamy, mam świetny powód!

Jadzia zawahała się:

– Słuchaj, a wszystko u ciebie okej? Coś brałaś na głowę lub gorączkę? Może masz temperaturę?

– Daj spokój, Jadźka!

– Szczerze ci powiem, iż bardzo chętnie. Mam dosyć oglądania twojej ponurej miny. Tylko…

– Co tylko?

– Twój Wojtuś ci pozwoli? Kto mu obiad poda, kto chusteczkę poda?

– O siódmej w Bursztynie! Żadnych wymówek!

Odłożyła słuchawkę. Ach, kiedyś zabije swoją przyjaciółkę. Może choćby dzisiaj.

Uśmiechnęła się do odbicia w szybie. Poznały się dawno temu i od razu wiedziała, iż kiedyś Jadzi odpłaci. Wszystko to nie przeszkodziło ich przyjaźni.

Zgarnęła torebkę i wybiegła, cień gołębia przeciął jej drogę na klatce schodowej. Było już południe; tyle jeszcze do zrobienia przed wieczorem.

Jadzia z niecierpliwością spoglądała na zegarek; Marianna była punktualna jak tramwaj spod dworca, a spóźniała się już pięć minut.

Wreszcie weszła a Jadzia aż zaniemówiła. I wszyscy w restauracji podnieśli głowy.

Zawsze miała długie włosy upięte w kok. Teraz krótki, jasny bob.

Nigdy nie używała makijażu poza tuszem i kremem, a dziś jej twarz była olśniewająca jak zimowy poranek. Przyszła w beżowej, luźnej sukience zamiast ulubionych spodni.

– Marianno, nie do wiary…

Rzuciła torebkę triumfalnie na krzesło.

– Fajnie?

– Wyglądasz na dziesięć lat młodszą! Tylko nie mów, iż wygoniłaś Wojtusia!

– On sam poszedł.

Przez chwilę patrzyły sobie w oczy, po czym wybuchły śmiechem.

Po pół godzinie kelner przyniósł drinki od starszego o pięć lat mężczyzny.

Jadzia mrugnęła:

– No, masz już adoratora.

Marianna mruknęła i skinęła na pana.

– Dziś mi się z tobą podoba! szepnęła Jadzia.

Przy stole usiedli z nowo poznanym Igorem, który był uroczy i wesoły, trochę surrealny jak gżegżółka w maju.

Odwożąc Jadzię taksówką, Igor zaproponował odprowadzić Mariannę pieszo:

– Dam radę dotrzeć na drugi koniec miasta! Mam samochód, ale nie siadam dziś za kierownicą.

– Nie trzeba tak daleko, mieszkam tylko dwa światła stąd!

Wędrowali o świcie przez puste ulice, rozmawiając o śniegu, kominiarzach i szczęściu.

– Marianno, miałem spytać, co świętowaliście? Urodziny?

– Nie… Chociaż może i tak. Wczoraj mąż mnie zostawił.

I rozbłysła uśmiechem, o którym choćby koty z podwórza plotkują. Igor spojrzał zdziwiony:

– Jesteś niesamowita, Marianno.

***

Trzy tygodnie później siedziały w kawiarni.

– Marianna, jak z Igorem?

– Jadzia, czuję się, jakbym pierwszy raz naprawdę żyła. Wszystko mu mówię, a on robi z moimi lękami, co chce.

– Ale coś ci ciąży?

– Wojtek mi nie daje spokoju. Dostałam zaproszenie na jego wesele!

– Po co?

– Może chce zobaczyć byłą, zapłakaną i nędzną. Albo pokazać nowej.

– Ech, Marianna idź z Igorem. Wpadniecie, pogratulujecie, wyjdziecie. Ważne, żeby mu pokazać…

Wojtek przyglądał się Malwinie, której oczy błyszczały jak jesienne kałuże.

– Jesteś piękna…

– Wiem. Myślisz, iż tata przyjdzie?

– Przyjdzie, to przecież twój ojciec…

– Ojciec… Przez rok ani złotówki, ciągle każe mi pracować. Co za człowiek.

Przytulił ją, szeleszczącym ruchem.

– Oj nie przejmuj się, córeczko się żeni, nie opuści was.

Wesele wzięli na kredyt. Ich sny nakręcał licznik spłaty rat i nadzieja, iż ojciec otworzy kran ze złotówkami jak w starym żarcie.

– Wojtku, a twoja była?

– Wyobraź sobie przyjdzie! Pytała wczoraj!

– Naprawdę!?

– Pewnie z prośbą, żebym wrócił. Ależ to będzie scena!

Kiedy Marianna powiedziała Igorowi, czego od niego oczekuje, zdziwił się.

– O której ślub?

– O drugiej. Nie pasuje ci?

– Jak twój ex się nazywa?

– Wojciech.

– A więc… koniecznie jadę z tobą!

Już w drodze do kościoła dowiedziała się prawdy, która na chwilę wytrąciła ją z równowagi jakby zdrzemnęła się na ławce w warszawskim zoo, a obudził ją pelikan czytający Sienkiewicza.

Przeszli przez ogród do stołu Młodej Pary. Marianna z wysoko uniesioną głową, pod rękę z Igorem, uśmiechnięci niczym para z plakatu podróży PKP.

A Wojtek i Malwina? Jacyś tacy szarzy, przesiąknięci kurzem kredytowym. Zbliżyli się.

– Tato? wychrypiała Malwina.

Wojtek ledwo zdołał wycisnąć:

– Marianna?

Nie poznał jej od razu. Nie wierzył, iż jego żona może tak wyglądać.

Igor wręczył Malwinie bukiet i kopertę:

– Dobrze, iż wyszłaś za mąż i jesteś dorosła. Bo my z Marianną planujemy objazd świata.

Zwrócił się do Wojtka:

– Rozumiesz, przyszła teściowo, trzeba trochę odpocząć. Zostawiam zgromadzenie w dobrych rękach. A my… musimy już lecieć.

Wyszli. Mariannie chciało się śmiać, ale nie wiedziała, jak to odbierze Igor. A ten nagle odwrócił się i szepnął:

– Zdajesz sobie sprawę, iż teraz musisz zostać moją żoną?

Zamyśliła się. Potem powoli skinęła głową:

– jeżeli trzeba, to trzeba…

Ramiona splotły się, a Igor przez telefon zamawiał już bilety do gdzieś, gdzie pachnie Bałtykiem i wiatr plecie imię jej wśród fal.

Idź do oryginalnego materiału