Lista moich marzeń

twojacena.pl 2 godzin temu

W przedpokoju panował tłok od kartonów. Marek, spocony od wysiłku, wcisnął kolejny z nich na półkę nad drzwiami. Pył osiadał na jego łysiejącej czubku szarym szronem.

Po co to wszystko trzymać? Same śmieci mruknął, schodząc po krzaczastej drabinie.

To nie śmieci odpowiedziała spokojnie, ale stanowczo Bogna. Siedziała na podłodze, przeglądając stary waliz, wypełniony papierami. To wspomnienia.

Wspomnienia skrzywił się Marek. Od tej wspominnikowej wagi mam plecy w kawałki. I tak wszystko wyrzucisz za rok. Brakuje miejsca.

Bogna nie odparła. Jej palce przesunęły się po zużytej skórzanej okładce starego albumu. Otworzyła go.

Patrz powiedziała, jakby nie słysząc jego jęku. Pierwszak. Pamiętasz?

Marek niechętnie podszedł bliżej. Na żółknącym zdjęciu mieniła się w słońcu dziewczynka w białych kokardkach.

Pamiętam mruknął już łagodniej. Płakała wtedy, iż fartuch się drapie.

A to był obóz pionierski

Kampinos skinął głową, zaglądając przez jej ramię. Przyniosłaś stamtąd tę samą muszlę. Coś takiego wciąż gdzieś tu leży.

Znowu zajął się kartonami, ale już bez poprzedniego zapału. Bogna przewracała stronę po stronie. Młodość, studia, ich ślub Marek w niewyobrażalnie szerokim fraku, ona w koronkowej suknie matki. Młodzi, gładcy, szczęśliwi. Uśmiechali się w obiektyw, nie wiedząc, co przyniesie dwudziestoletni czas: ten ciasny kąt, jego nieustanne pomrukiwanie, jej cicha gorycz, iż romantyzm został w przeszłości, na kartce.

Ostrożnie! nagle wykrzyknęła Bogna.

Marek potrącił niewielki karton, a jego zawartość rozprysła się po podłodze. Gdy on marudził i sprzątał książki, Bogna podniosła z linoleum małą, aksamitną szkatułkę. Otworzyła wieko.

Wewnątrz, na watę, leżała ta sama muszla z Kampinosu, kilka przygasłych odznak, wyschnięty gałązek mimózy i złożony w cztery części liścik ze szkolnej zeszytu.

Co to? zapytał Marek, kończąc sprzątanie.

Bogna rozwinęła kartkę. Dziecięcym, pilnym pismem wyryto: Lista moich marzeń. 1. Zostać lekarzem. 2. Grać na gitarze. 3. Odwiedzić Paryż. 4. Wyjść za mąż z wielką miłością.

Cicho podała go mężowi. Przejrzał wzrokiem, zmiękł, po czym zaszurał:

No cóż, lekarza nie zostało. Gitary nie grasz. Do Paryża nie biegniesz A co do miłości zaciął się, nie chcąc dokończyć zdania, i pogłaskał dolną część pleców. Nie została lekarzem, a ja mam teraz plecy jak stary człowiek. Od twoich archiwów.

Bogna wzięła liścik z jego rąk, przyjrzała się uważnie punktowi czwartemu, potem spojrzała na swojego męża. Na jego zmęczoną, popielatą twarz, na ręce, które właśnie dźwigały ciężkie kartony, by zrobić miejsce w jej szafie.

Wyjść za mąż z wielką miłością nie znaczy żyć w nieustannej romantyce, Marek. To znaczy, iż gdy mężowi boli kręgosłup, żona masuje mu plecy, a on w zamian myje naczynia.

Delikatnie złożyła kartkę, włożyła ją z powrotem do szkatułki i zamknęła wieko.

Dobra westchnęła. Może masz rację. Część z tego naprawdę da się rozłożyć.

Odłożyła szkatułkę na bok, do stosu najcenniejszych rzeczy, które nigdy nie zostaną wyrzucone. Potem podeszła do Marka, objęła go i przycisnęła policzek do jego szorstkiej brody.

Dziękuję szepnęła. Za wszystko.

Marek najpierw zamarł ze zdumienia, potem niezdarnie pogłaskał ją po włosach.

No cóż, nie szkodzi Dlaczego tak? zamilkł. Masz jeszcze plecy mi pomozesz?

Pamiętam uśmiechnęła się Bogna, wtulając się w jego ramię.

Rozumiała, iż Paryż i gitara pozostały w przeszłości, na żółtej kartce. Ale tu, w tym zakurzonym, ciasnym przedpokoju, unosił się zapach nie marzeń, a życia. I to też było szczęściem, którego nie da się sfotografować ani wkleić do albumu. Było po prostu. I tego wystarczyło.

Idź do oryginalnego materiału