Mam 38 lat i dwa dni temu żona postanowiła wybaczyć mi zdradę, która trwała przez kilka miesięcy.
Wszystko zaczęło się na początku tego roku w pracy. W naszym zespole pojawiła się nowa koleżanka, z którą od razu złapaliśmy dobry kontakt. Pracowaliśmy razem na długich zmianach, chodziliśmy na obiady do pobliskiego baru mlecznego, rozmawialiśmy bez końca. Początkowo były to pogawędki o pracy, później rozmowy schodziły na prywatne tematy. Zwierzałem się, iż w domu wszystko kręci się wokół dzieci, iż moja żona Zofia jest ciągle zmęczona, iż prawie już ze sobą nie rozmawiamy. Może nie mówiłem o żonie źle, ale z rozmowy na rozmowę coraz bardziej wyolbrzymiałem dystans, jaki powstał między nami.
Z czasem zaczęliśmy się szukać poza pracą. Najpierw szybkie kawy, potem piwo w knajpie, aż w końcu spotkania, które przeciągały się coraz dłużej. Po dwóch miesiącach wpadliśmy w prawdziwy romans. Spotykaliśmy się raz-dwa razy w tygodniu, a ja po takich wieczorach wracałem do domu, jakby nic się nie stało kolacja z rodziną, usypianie dzieci, kładłem się spać, ukrywając przed wszystkimi ciężar winy, którą z czasem nauczyłem się maskować.
Moje zachowanie się zmieniło. Byłem rozdrażniony, roztargniony, niemal cały czas wpatrzony w telefon. Zofia to zauważyła, choć długo nie mówiła ani słowa. Byłem przekonany, iż wszystko mam pod kontrolą.
Pomyliłem się.
W listopadzie mój najstarszy syn, Mateusz, zobaczył zdjęcie tej kobiety na moim telefonie.
Nie miałem już wyboru w tym samym tygodniu do wszystkiego się przyznałem. Powiedziałem Zofii prawdę ile to trwało, z kim, jak to się zaczęło. Nie próbowałem niczego umniejszać.
Nie płakała przy mnie. Po prostu poprosiła, żebym wyszedł z pokoju i żebym na razie spał w pokoju Mateusza. Tak minął cały listopad i część grudnia.
Ten miesiąc był najgorszym czasem w moim życiu.
Dla dzieci staraliśmy się zachowywać normalnie, ale między nami było minimum koniecznego kontaktu. Praca, powrót do domu, a potem noc spędzona na materacu obok łóżka syna. Widziałem Zofię codziennie, ale nie potrafiłem jej dotknąć nie mogłem na nią patrzeć jak dawniej. W domu było cicho, ale napięcie wisiało w powietrzu.
Zosia rozmawiała ze swoją siostrą Anią, spotykała się z przyjaciółką Jolą, kilka razy poszła też sama na terapię.
Szanując jej przestrzeń, nie naciskałem. Nie prosiłem codziennie o przebaczenie. Skupiałem się na dzieciach, na domu, akceptując wszystkie konsekwencje.
Dwa dni temu, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, poprosiła mnie o rozmowę. Powiedziała, iż ten miesiąc był dla niej bardzo trudny iż rozważała rozstanie. Ale nie chce, żeby decyzja zapadła właśnie w święta i byśmy rozbili rodzinę w takim momencie.
Zaznaczyła, iż przez cały czas mi nie ufa. Ale jest gotowa spróbować budować wszystko od nowa powoli, krok po kroku.
Tego wieczoru powiedziała mi, iż mi wybacza nie dlatego, iż to, co zrobiłem, jest małe, ale chce dać szansę przede wszystkim sobie żeby przekonać się, czy warto jeszcze ratować nasze małżeństwo.
Dobrze wiem, iż jedno wybaczenie nie odbuduje od razu tego, co zaprzepaściłem.
Ale kiedy stanąłem nad przepaścią i byłem blisko utraty wszystkiego, zrozumiałem jedno ta druga szansa to nie jest prezent.
To wielka odpowiedzialność, na którą każdego dnia muszę sobie zasłużyć.













