Wyszedłem za mąż w dwudziesty czwarty rok życia. Moja żona, Zofia, miała dwadzieścia dwa. Była jedynaczką w rodzinie profesora i nauczycielki. Najpierw przyszli nam na świat dwaj chłopcypółka, a nieco później córka.
Teściowa, Halina Wojciechowska, przeszła na emeryturę i zagościła w naszym domu jako opiekunka wnuków. Z Haliną nasze relacje były niecodzienne zwracałem się do niej wyłącznie po imieniu i patronimicznym Halino Antoninowo, ona zaś odpowiadała zimnym panie Krzysztofie, używając mojego pełnego imienia. Nie kłóciliśmy się, ale w jej obecności czułem się chłodno i niewygodnie. Trzeba przyznać, iż teściowa nigdy nie zadawała otwartych pytań, rozmawiała ze mną zawsze z wyraźnym szacunkiem, a w stosunkach z żoną zachowywała surowy neutralizm.
Miesiąc temu firma, w której pracowałem, zbankrutowała i straciłem pracę. Podczas kolacji Zofia podniosła temat:
Halina, nie damy rady żyć z twojej emerytury i mojego wynagrodzenia, Krzysiu. Musisz szukać nowej roboty.
Łatwo powiedzieć szukaj pracy! Przez trzydzieści dni przeglądałem oferty, a nic nie wyszło.
Z irytacji kopnąłem leżącą pod stołem puszkę po piwie. Na szczęście teściowa milczała, ale rzucała wymownymi spojrzeniami. Przed ślubem przypadkowo podsłuchałem rozmowę matki i córki:
Zosiu, jesteś pewna, iż to ten człowiek, z którym chcesz spędzić całe życie?
Mamo, oczywiście!
Wydaje mi się, iż nie doceniasz odpowiedzialności. Gdyby ojciec żył
Mamo, dość! Kochamy się i wszystko będzie dobrze!
A dzieci? Czy będziecie w stanie je utrzymać?
Tak, mamo!
Nie pozostało za późno, Zosiu, przemyśl to. Jego rodzina
Mamusia, kocham go!
O, nie musiałabyś łamać łokcie!
Nadszedł czas, by jeść gorzkie jabłka pomyślałem, a Halina patrzyła na mnie jak na kogoś, kto wpadł w wodę. Nie chciałem wracać do domu. Miałem wrażenie, iż żona udaje pocieszenie, mówiąc: Jutro się uda, mama wzdycha i milczy potępiająco, a dzieci z uśmieszkiem pytają: Tato, znalazłeś pracę?. Słuchać tego po raz kolejny było nie do zniesienia.
Poszedłem nad Wisłę, usiadłem na ławce w parku, a pod wieczór pojechałem nad nasz dom letniskowy w Mazurach, gdzie rodzina spędzała lato od maja do października. W pokoju Haliny przygasło jedno światło. Skradając się, podszedłem do drzwi. Zasłona lekko zadrżała, a ja usiadłem na drabince, wpadając piętą prosto w pniak.
Halina wystąpiła:
Gdzie jest Krzysiek? Dzwoniłaś, Zosiu?
Tak, mamo, numer nieaktywny. Pewnie znów nie znalazł pracy i kręci się gdzieś.
Jej głos zamienił się w lód:
Zosiu, nie odzywaj się tak do ojca twoich dzieci!
Ojej, mamo, serio? Po prostu wydaje mi się, iż Krzysiek się leniwy i nie szuka pracy. Już miesiąc siedzi na moich barkach!
Po raz pierwszy od sześciu lat usłyszałem, jak teściowa mocno uderzyła pięścią w stół i podniosła głos:
Nie odzywaj się tak do męża! Co obiecałaś, gdy wchodziłaś w małżeństwo? na chorobę i w smutku! być przy nim i wspierać!
Zofia wymamrotała:
Mamusiu, przepraszam. Nie martw się, naprawdę jestem zmęczona. Przepraszam, kochana.
Dobrze, idź spać powiedziała Halina, machając zmęczonym ręką.
Światło zgasło. Teściowa przeszła po pokoju, odsunęła zasłonę, wpatrując się w ciemność, i nagle, podnosząc oczy ku niebu, gorliwie się skrzyżowała:
Boże Wszechmogący, osłoń i zachowaj ojca moich wnuków, męża mojej córki! Nie pozwól mu stracić wiary w siebie! Pomóż mu, Panie, naszemu synkowi!
Szepty i krzyżowanie, łzy spływające po policzkach. W mojej piersi rosło gorące guzkowe uczucie. Nikt nigdy nie modlił się za mnie! Ani matka, surowa pani z pracy w urzędzie, ani ojciec którego ledwo pamiętam, zniknął, gdy miałem pięć lat. Dorastałem w żłobku i przedszkolu, potem w szkole i świetlicy. Po studiach od razu wpakowałem się w pracę, bo matka nie tolerowała bezczynności i uważała, iż potrafię się utrzymać.
Ciepło rozlewało się coraz wyżej, wypełniając wnętrza i wyciskając się na zewnątrz łzami, które nie chciały płynąć. Przypomniałem sobie, jak rano Halina wstawała jako pierwsza, piekła pierogi i rosół, które uwielbiałem, gotowała wyśmienity barszcz, a jej pierogi i knedle były prawdziwym cudem. Dbała o dzieci, sprzątała dom, sadziła w ogródku, gotowała konfitury, marynowała ogórki i kapustę, a także różne inne przetwory.
Dlaczego nigdy tego nie dostrzegałem? Dlaczego nie pochwaliłem jej? My z Zosią po prostu pracowaliśmy, rodzielaliśmy potomstwo i myśleliśmy, iż tak trzeba. A może tak naprawdę tak sądziłem? Przypomniałem sobie, jak kiedyś oglądaliśmy telewizję, program o Australii, a Halina wypowiedziała, iż całe życie marzyła, by zobaczyć ten tajemniczy kontynent. Ja zaś rozbawiłem się, iż tam za gorąco, a kobiety w lodowych pancerzach nie przepuszczą
Jeszcze długo siedziałem przy oknie, obejmując głową własną głowę. Rankiem z żoną zeszliśmy na taras, by zjeść śniadanie pierogi, konfitury, herbata, mleko. Dzieci z uśmiechami na twarzach, euforią w oczach. Spojrzałem w górę i powiedziałem ciepło:
Dzień dobry, mamo!
Halina zadrżała, chwilę się zastanowiła i odpowiedziała:
Dzień dobry, Krzysiu!
Po dwóch tygodniach znalazłem nowe zatrudnienie, a po roku odleciałem Halinę Wojciechowską na zasłużony wypoczynek do Australii, mimo jej stanowczego sprzeciwu.





