23 października 2025
Dziś w kuchni znów rozbiegła się nasza rodzina przy kolejnym wyroczni mojej mamy, Lidy Ignacewnej. Po raz kolejny przyjrzała się z niedowierzaniem mojej córce, Zuzannie, i jej narzeczonemu Kacprowi Nowakowi. Zuzanno, ten Kacper mi po prostu nie podoba rzekła, nie szczędząc ostrych słów. Gdybyś mnie zapytała, co takiego w nim widzi, powiedziałaby, iż dostrzega w jego zachowaniu coś niepokojącego, co zakochana dziewczyna może przeoczyć. Gdyby wtedy Zuzanna wysłuchała matczynej rady albo przynajmniej zapytała, co konkretnie jej się nie podoba, wszystko mogło potoczyć się inaczej.
Zuzanna jedynie odrzekła gestem, a potem wyłożyła swoje argumenty, które wydawały jej się w pełni uzasadnione:
Nikt ci nigdy nie podoba, dlatego skończyłaś sama, chociaż mogłabyś wyjść za mąż choćby ze mną w pakiecie.
Nie rozumiesz nic odparła Lidia, krzyknęła, a ja spojrzałem na nią z podniesioną brew.
A skąd wniosłaś, iż nic nie rozumiem? Bo jestem młodszy?
Nie jestem ślepa widziałam, iż chłopcy naprawdę zainteresowani byli Zuzanną, a choćby byli przyzwoici. ale ona odrzucała ich po kolei, nie patrząc w oczy.
Nie patrząc? zamartwiła się matka, po czym odłożyła spór. Dość, Zuzanno, koniec tej rozmowy.
Powiedziałam ci, Zuzanno, co myślę, odkąd przyprowadziłaś Kacpra do domu. Teraz samo zdecyduj, czy chcesz słuchać moich rad, czy wybrać własną drogę.
Zuzanna odpowiedziała, iż decyzja już za późno. Jest w ciąży z Kacprem i nie pozwoli, by dziecko rosło bez ojca. Część jej urazy na matkę wynikała z braku ojcowskiej figury w jej życiu. W szkole była jedyną, której nie było ojca z przyczyn niezależnych od niej. Dwóm koleżankom ojcowie umarli, ale to nie to samo, co nie mieć ojca od początku.
Zuzanna nigdy nie znała swojego ojca, bo kiedy była jeszcze niemowlęciem, rodzice się rozstali, a mężczyzna po prostu zapomniał o córce. Gdyby Zuzanna urodziła mu syna, mogliby choćby rozmawiać o wspólnym wychowaniu, ale ona i tak miała wychowywać dziecko z matką.
Na szczęście tatuaż ojca płacił alimenty, choć w życiu jego nie było i nie interesował się losem córki. Zuzanna obwiniała matkę za brak ojca, widząc w tym swoją winę. Mogła wprowadzić ojczyma, i wtedy rodzina mogłaby żyć spokojnie, choćby nie kochał Zuzannę tak mocno, jak niektórzy kochają swoje dzieci w klasie. Wtedy nie byłoby już tego haniebnego stygmatyzowania rozwiedzionych i niewłaściwych rodzin, które tak szarpnęły jej serce w liceum.
Zuzanna postanowiła, iż ojciec jej dziecka będzie na pewno. Kacper nie jest ideałem, ale kocha ją i dziecko, co potwierdził wynik testu ojcostwa. Zaraz po tym podszedł do niej jak dżentelmen i obiecał wybudować w swoim mieszkaniu pokój dla malucha. Jego pomysły roztaczały na Zuzannę taką czułość, iż nie potrafiła się oprzeć, choć matka wciąż widziała w Kacprze coś niedopuszczalne.
Z czasem Zuzanna odkryła, czym naprawdę Kacperowi nie odpowiadał. Gdy ich córka, Zosia, skończyła rok, Kacper pracował, ale nie pomagał przy domu ani przy małej Zosi. Jego matka, Helena Władysławowa, podsycała ogień, opowiadając, jak ona radzi sobie z dwójką dzieci, domem, pracą po porodzie, a przy tym ma najnowszy sprzęt elektroniczny. Nie liczyła się jednak, iż w naszym mieście, w którym mieszkamy, przedszkole po kilku tygodniach nie istnieje. Dzieci w wieku do trzech lat zostają same z rodzicami, muszą radzić sobie w trybie 24 na 7.
Elena nie pomagała przy niczym poza przygotowaniem śniadania i praniem. Mieliśmy jedynie prostą pralkę, nie tak zmechanizowaną jak w nowoczesnych mieszkaniach. Pokazywała nam swój styl życia jako wzór do naśladowania. Nasze próby znalezienia żłobka nie powiodły się po prostu go nie było. Zuzanna musiała samodzielnie radzić sobie z Zosią, a Kacper nie podjął choćby najmniejszego kroku, by odciążyć żonę.
Wszystko to rozgrywało się do momentu, kiedy pewnego wieczoru, podczas kąpieli, w mieszkaniu rozległ się alarm przeciwpożarowy. To już drugi fałszywy alarm w tym roku, a Kacper, jak zwykle, nie zareagował. Zuzanna wycierała szampon z głowy, założyła szlafrok i podeszła do drzwi. Zastała je otwarte na oścież, a z klatki schodowej wdzierał się dym. Bez namysłu chwyciła Zosię, owinęła ją kocem i pobiegła w stronę poddasza, skacząc po schodach do sąsiedniego klatki.
Na korytarzu zobaczyła Kacpra, drżącego w rękach przy nowym komputerze do gier, otoczonego kamerą wideo, tabletem i telefonem.
A nie! pomyślała, gdyby nie Zosia w ramionach, pewnie zabiłaby go bez wahania. Zamiast tego podeszła i położyła mu nogę w najbardziej wrażliwe miejsce, krzycząc jak rozbrykany robotnik portowy. Najbardziej wkurzyło ją to, iż zamiast przeprosić i wyjaśnić sytuację, Kacper obarczył ją szaleństwem. Twierdził, iż się zagubił, iż zapomniał o żonie i dziecku jak każdy może.
Jego reakcja pokazała, iż nie myśli o dziecku, a o swoim komputerze, kamerze i gadżetach, które nie pozwolą mu odejść od stołu. Oczywiście Zuzanna rozwiodła się z Kacprem. Przez następne pół roku jego matka wciąż namawiała ich do pojednania, argumentując, iż nie powinno się rozrywać rodziny. Mama w końcu przyjęła Zuzannę i Zosię z powrotem pod swój dach.
Mamo, miałam rację, nie powinnam była się z Kacprem wiązać przyznała Zuzanna, kiedy w końcu zrozumiała, iż mógłby ją zostawić w potrzebie. Pamiętasz, jak przywitałyśmy się przy wejściu i już wtedy ten terroryzm podskoczył? Oraz jak pies sąsiada, Archan, szczekał na nas?
Archan? Ten pies zawsze szczeka na wszystkich, jego pan Tadeusz nie puszcza go z smyczy, bo choć jest przyjazny, to łatwo się przestraszy odparła matka, wspominając ciepłe, choć nieco chaotyczne dni.
Zuzanna przyznała, iż nie chce już więcej liczyć na idealnego ojca i męża. Doświadczenie nauczyło ją, iż obecność mężczyzny w domu nie zawsze gwarantuje bezpieczeństwo i szczęście dziecka. Czasem lepiej wychować dziecko samemu, niż żyć z kimś tylko po to, by spełnić społeczne oczekiwania.
Teraz wiem, iż nie każdy mężczyzna zasługuje na miejsce przy stole, a niektórzy z nas mężczyźni potrafią być bardziej przywiązani do swoich gadżetów niż do rodziny. Zrozumiałem, iż warto słuchać matczynego przestrogi, ale jeszcze ważniejsze jest samodzielne rozpoznawanie, co naprawdę jest dobre dla bliskich.
To lekcja, którą zapamiętam na zawsze: nie liczy się, ile osób jest w domu, ale jaką jakość mają ich serca.










