Mama żyje na mój koszt te słowa zmroziły mnie ze zgrozy. Mama pasożytuje na mojej głowie ta wiadomość sparaliżowała mnie do szpiku kości. Do dziś pamiętam dzień, kiedy przeczytałam SMS od syna, który sprawił, iż krew ścięła mi się w żyłach. Moje spokojne życie w krakowskim mieszkaniu wywróciło się do góry nogami, a gorycz jego słów wciąż dźwięczy mi w sercu.
Dawno temu mój syn Marek i jego żona Kinga wprowadzili się do mnie tuż po ślubie. Razem świętowaliśmy narodziny ich dzieci, przechodziliśmy przez choroby i pierwsze kroki. Kinga była na urlopie macierzyńskim najpierw z pierwszym dzieckiem, potem z drugim, i trzecim. Gdy nie mogła, ja brałam zwolnienia, by zajmować się wnukami. Dom zamienił się w istne tornado: gotowanie, sprzątanie, śmiechy i płacz maluchów. Nie miałam chwili wytchnienia, ale przyzwyczaiłam się do tego chaosu.
Czekałam na emeryturę jak na zbawienie. Liczyłam dni w kalendarzu, marząc o spokoju. ale sielanka trwała tylko pół roku. Codziennie rano woziłam Marka i Kingę do pracy, szykowałam wnukom śniadanie, karmiłam, odprowadzałam do przedszkola i szkoły. Z najmłodszą wnuczką spacerowałam po parku, potem wracałam, gotowałam obiad, prałam, sprzątałam. Wieczorami odwoziłam je do szkoły muzycznej.
Moje dni były zaplanowane co do minuty. Ale zawsze znajdowałam chwilę na moją pasję czytanie i haftowanie. To była moja oaza spokoju w tym codziennym zamęcie. Aż pewnego dnia dostałam SMS od Marka. Gdy go przeczytałam, stanęłam jak wryta nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
Na początku myślałam, iż to okrutny żart. Później Marek przyznał, iż wysłał wiadomość przez pomyłkę, nie do mnie. Ale było za późno jego słowa wypaliły mi duszę: Mama pasożytuje na mojej głowie, a my jeszcze wydajemy pieniądze na jej leki. Powiedziałam, iż mu wybaczyłam, ale nie mogłam dłużej żyć pod jednym dachem z nimi.
Jak on mógł tak napisać? Wszystkie grosze z emerytury szły na potrzeby domu. Większość leków dostawałam za darmo jako rencistka. Ale jego słowa pokazały, co naprawdę czuje. Milczałam, nie robiłam awantury. Zamiast tego wynajęłam małe mieszkanko i wyprowadziłam się, tłumacząc, iż lepiej mi będzie samej.
Czynsz pożerał prawie całą moją emeryturę. Zostawało mi grosze, ale nie zamierzałam prosić syna o pomoc. Przed przejściem na emeryturę kupiłam laptopa, mimo komentarzy Kingi, iż się nie odnajdę. A jednak się odnalazłam. Córka przyjaciółki nauczyła mnie go obsługiwać.
Zaczęłam fotografować hafty i wrzucać je do internetu. Poprosiłam dawnych kolegów, żeby polecali mnie dalej. Po tygodniu moja pasja przyniosła pierwsze pieniądze. Były to skromne sumy, ale dały mi wiarę, iż nie zniknę i nie upokorzę się przed synem.
Po miesiącu sąsiadka przyszła i poprosiła, żebym nauczyła jej wnuczkę szyć i haftować oczywiście za opłatą. Dziewczynka była moją pierwszą uczennicą. Później dołączyły jeszcze dwie. Rodzice płacili hojnie za lekcje, a moje życie zaczęło powoli wracać na adekwatne tory.
Ale rana w sercu nie zagoiła się. Praktycznie przestałam rozmawiać z rodziną Marka. Widujemy się tylko na rodzinnych uroczystościach.













