Mamo, to my, twoje dzieci Mamo Rozległo się echo pośród wijących się korytarzy starych bloków.
Zofia i Wiktor całe życie przędli biedę w cieniu kominów Katowic. Kiedyś, dawno temu, młoda i pełna nadziei, śniła o szczęściu, ślubnych białych gołębiach i wiośnie, co nadejdzie w końcu na lepsze dni. Rzeczywistość rozmyła te sny jak deszcz wczesnym rankiem Wiktor ciężko pracował na kopalni za grosze i wracał zmęczony, a potem, niespodziewanie, pojawiły się dzieci. Trzech synów, każdy wymagający troski. Zofia rzuciła robotę w sklepie, nie miała choćby czasu pomyśleć o powrocie
Wszystko, co zarabiał Wiktor, szło na jedzenie. Potem rachunki, czynsz, światło i gaz Dwanaście lat mozolnej codzienności wbijało ich rodzinę w lodowatą klatkę schodową. Wiktor zgasł w środku i coraz częściej zaglądał do kieliszka. Swój marny zarobek oddawał Zofii, ale każdego wieczoru wracał pachnący spirytusem i szarością. Z czasem Zofia już choćby nie płakała. Pewnej zamglonej nocy wrócił z niepełną butelką żubrówki. Zofia nie wytrzymała, zabrała mężowi szkło z ręki i resztę wypiła sama. Od tamtego wieczoru świat się jej zaczął na nowo rozmazywać. Picie wywoływało w niej spokój, jakby los przestał się liczyć. Od tej pory czekała, aż Wiktor przyniesie coś mocniejszego. Pili razem jakby razem mogli się upić zapomnieniem o życiu.
Dzieci odpłynęły im gdzieś poza marzenia. W całej dzielnicy szeptano: Przez wódkę człowiek się może zmienić w cień. Synowie chodzili po sąsiadach, pytając o kawałek chleba. Pewnego dnia sąsiadka Aniela nie wytrzymała:
Zofia, oddaj ich do domu dziecka, bo tu się zagubią, zanim zdążysz to zauważyć! Ile jeszcze będziesz uciekała w flaszkę?
Te słowa wbijały Zofii pazury w myśli podczas snu i na jawie. Czasem miała cichą nadzieję, żeby dzieci już nie plątały się pod nogami, żeby można było pić w spokoju. W końcu oboje z Wiktorem poddali się zupełnie i oddali chłopców do domu dziecka. Chłopcy płakali, czekając a rodzice już nigdy się po nich nie zgłosili. Zapomnieli. Po prostu.
Lata mijały powoli. Każdy z synów wyszedł kiedyś za bramę domu dziecka. Otrzymali kawalerki z urzędu w betonowym labiryncie osiedli Śląska, chociaż to wszystko było zwyczajne i samotne. Każdy miał jakąś fuchę, czasem na budowie, czasem w sklepie. Zawsze trzymali się razem, ale wspomnień o rodzicach nie wyciągali z głowy na światło dzienne. I tak każdy z nich cicho marzył, by choć raz spytać dlaczego nas zostawiliście?
Któregoś dnia zebrali się i pojechali maluchem sprzed lat pod stary rodzinny blok. Na parkingu zobaczyli matkę. Szurała nogami, dźwigając reklamówkę z chlebem i butelką siwuchy. Przeszła obok nich, choćby nie spojrzawszy.
Mamo, to my, twoje dzieci Mamo
Spojrzała oczy puste jak studnia pożarów. Nagle coś w niej pękło rozpoznała synów i łzy jakby wylewały się jej z duszy. Przepraszała szeptem. Ale jak można odpuścić pewne winy? Synowie stali oniemiali, pogubieni, bez słów. Aż nagle poczuli, iż nieważne, co się stało. Była matką. I jej przebaczyli.










