Maska Ojca Bonifacego

newsempire24.com 6 godzin temu

O szóstej rano zakrystia w Pabianicach pachniała zimnym kadzidłem i wilgotnym kamieniem. Ksiądz Bonifacy Wrona wkładał stułę na sutannę, mamrotał introit przed trzema staruszkami i przysypiającym ministrantem – a o dwudziestej drugiej tego samego dnia ten sam człowiek siedział w dusznej szatni hali sportowej na Dąbrowie w Łodzi, owijał bandażami pięści i naciągał na głowę srebrno-czarną maskę.

Na hali nazywali go Brat Grom.

Nikt w pierwszych rzędach nie podejrzewał, iż pod lycrą kryje się ten sam ksiądz, który w niedzielę rozdaje komunię. Wiedział tylko jego trener Ryszard Bielak i księgowy imieniem Edward – obaj przysięgli zabrać tajemnicę do grobu.

Zaczęło się w 1988 roku. Bonifacy miał wtedy trzydzieści pięć lat i Dom Dziecka im. Świętego Marcina na obrzeżach Łodzi – dwupiętrowy budynek z nieszczelnymi oknami, w którym mieściło się siedmioro dzieci, których nikt nie chciał. Gotował zupę ziemniaczaną na kuchence, która ciągle gasła przy każdym przeciągu, i łatał dziurawe podeszwy taśmą klejącą, bo na nowe buty nie było stu złotych.

Jako chłopiec oglądał po kryjomu u cioci kolorowe maski zapaśników w telewizorze, zanim ojciec wyłączał prąd na noc. W wieku trzydziestu pięciu lat, gdy księgowy Edward położył mu na biurku rachunki, których nie było z czego zapłacić, przypomniał sobie o tamtych maskach. Pojechał do klubu zapaśniczego w Zgierzu i poprosił o trening próbny, nie mówiąc, kim jest.

– Za stary jesteście na to, proszę księdza – powiedział Bielak, bo znał go z sąsiedztwa i rozpoznał od razu.

– Tu nie jestem księdzem – odpowiedział Bonifacy. – Tu jestem nikim.

Tak powstał Brat Grom. Maska nie była przebraniem dla zabawy – była jedynym warunkiem, pod którym mógł to robić dalej. Ksiądz, który na ringu krwawi i dusi innych mężczyzn, przeraziłby i parafian, i biskupa. Więc krwawił anonimowo.

Pierwsza walka trwała niecałe trzy minuty. Przeciwnik, góra mięśni w czerwonej masce zwana "Rzeźnikiem z Rudy", rzucił go o maty tak, iż Bonifacy usłyszał własny oddech wychodzący z płuc jak z dziurawego miecha. Wrócił do domu po pierwszej w nocy, z podbitym okiem i żebrem, które bolało przy każdym wdechu. O szóstej był w zakrystii jak zawsze. Gdy zapalał świece, ręce mu się trzęsły tak, iż zapałka złamała się w palcach.

– Co się stało staruszkowi? – zapytała jedna z trzech kobiet z pierwszej ławki, patrząc na siniaka pod okiem.

– Schody w domu dziecka, proszę pani. Ciemno tam o świcie.

Chował wtedy ręce w szerokie rękawy sutanny, żeby nikt nie zobaczył obandażowanych knykci. Pierwsza wypłata – sto dwadzieścia złotych w zmiętych banknotach – wystarczyła na dwa tygodnie mleka dla całego domu. Trzymał się tego liczenia jak liny.

Przez dwanaście lat żył tak podwójnie. W dzień odwiedzał chorych w szpitalu wojewódzkim, siedział u sędziego rodzinnego w sprawach nieletnich, był jedynym mężczyzną na wywiadówce dla niektórych dzieci. Nocą walczył z ludźmi o imionach "El Vampiro" i "Krwawy Ksawery", a potem w szatni, z opuchniętą wargą, liczył pogniecione banknoty i wkładał je do koperty z napisem "opał".

Jedną zimę zapamiętał szczególnie. Kasia, dziewczynka, która u niego trafiła w wieku ośmiu lat po śmierci matki, zaczęła mylić litery na tablicy i mrużyć oczy przy czytaniu. Pediatra skierował ją do okulisty. Recepta na okulary kosztowała sto osiemdziesiąt złotych – więcej niż Bonifacy miał na koncie domu do końca miesiąca.

– Mogę poczekać – powiedziała Kasia, siedząc na schodach biura z zeszytem na kolanach. – Nie muszę od razu.

– Nie będziesz czekać – odpowiedział, choć nie wiedział jeszcze, skąd weźmie pieniądze.

Tej soboty wziął walkę, którą normalnie by odrzucił – przeciwnik ważył trzydzieści kilo więcej, a honorarium było wyższe tylko o sto złotych, bo nikt inny nie chciał z nim stanąć w ringu. Wyszedł z hali z pękniętą wargą i kolanem, które nie zginało się przez tydzień, ale w kieszeni miał dokładnie sto osiemdziesiąt złotych plus resztę na autobus. W poniedziałek Kasia przyszła do szkoły w nowych okularach w różowej oprawce i przez całą przerwę pokazywała je innym dzieciom.

Przez te lata przez dom przewinęło się ponad 260 dzieci.

Prawda wyszła na jaw w 2001 roku. Dziennikarz "Dziennika Łódzkiego", Marek Sobol, od miesięcy zbierał plotki o zapaśniku, który nigdy nie walczy w wielkie święta kościelne i zawsze znika z hali przed północą. Zrobił zdjęcie teleobiektywem w czasie niedzielnej mszy, potem drugie w szatni po walce – ta sama blizna nad brwią na obu.

Przyszedł do szatni we wtorek wieczorem, gdy Bonifacy siedział sam, jeszcze w masce, odpoczywając po walce.

– Proszę księdza – powiedział dziennikarz, kładąc na ławce obie fotografie. – Albo pan mi powie, co tu się dzieje, albo ja to zrobię za pana, tylko gorzej.

Bonifacy nie zdjął maski przez dłuższą chwilę. Siedział z nią w rękach, obracał ją, jakby sprawdzał, czy da się jeszcze raz na coś przydać.

– jeżeli to opublikujesz – powiedział w końcu – kuria zamknie dom w ciągu miesiąca. Pięćdziesięcioro jeden dzieci pójdzie do innych placówek, rozdzielonych po całym województwie.

– A jeżeli nie opublikuję, a ktoś inny panu kiedyś zrobi to samo zdjęcie?

Tej nocy Bonifacy nie spał. Siedział w kuchni domu dziecka, paląc papierosa pierwszy raz od dziesięciu lat, i próbował wymyślić, co powie dzieciom, jeżeli przyjdą po niego z kurii. O czwartej rano napisał na kawałku papieru nazwiska wszystkich pięćdziesięciu jeden dzieci, jakby chciał się upewnić, iż ich nie zapomni, zanim go zabiorą.

Dziennikarz zadzwonił dwa dni później – nie do niego, do kurii. Biskup wezwał Bonifacego na następny dzień.

Siedział w poczekalni kurii dwie godziny, licząc paciorki różańca między palcami, pewny, iż wyjdzie z niej bez probostwa. Gdy sekretarka wreszcie go wpuściła, biskup nie usiadł za biurkiem. Wyszedł mu na spotkanie i usiadł przy nim na twardej drewnianej ławce pod oknem.

– Ile dzieci mieszka teraz w domu? – zapytał tylko.

– Pięćdziesięcioro jeden, ekscelencjo.

Biskup milczał chwilę, patrząc przez okno na podwórze kurii.

– Dwanaście lat zbierałeś na nich pieniądze, bijąc się po nocach, i nikomu o tym nie powiedziałeś.

– Nie chciałem, żeby ktoś musiał to tłumaczyć.

– To ja będę musiał to tłumaczyć. – Biskup wstał, podszedł do okna i wrócił. – Od przyszłego miesiąca kuria przejmie część kosztów utrzymania domu. Pod jednym warunkiem: będziesz walczył na tyle rozważnie, żeby nie trafić do szpitala, bo wtedy to ja będę miał tłumaczenie trudniejsze.

Dziennik wydrukował artykuł tydzień później, bez zdjęć w masce, tylko z fotografią Bonifacego w sutannie i podpisem, który nazywał go po prostu "księdzem z dwoma zawodami". Parafianie, którzy przez lata słyszeli o schodach i przeciągach, teraz podchodzili do niego po mszy i ściskali mu rękę dłużej niż zwykle, nic nie mówiąc. Dzieci z domu przez kilka dni chodziły za nim z pytaniami – które walki wygrał, czy to bolało, czy teraz będzie mógł nosić maskę na ich urodziny. Kasia, już piętnastoletnia, powiedziała mu tylko jedno: iż wiedziała od dawna, bo widziała taki sam siniak na jego żebrach, jaki miał "Brat Grom" na zdjęciu w gazecie sportowej, którą ktoś przyniósł do domu dziecka.

W wieku siedemdziesięciu czterech lat nie walczył już od dawna, ale w każdy wtorkowy popołudniu przez cały czas siedział w biurze domu dziecka, który miał wtedy dobudówkę, warsztat i mały ogród z jabłoniami. Na biurku nie stało żadne trofeum, ale oprawione zdjęcie: trzynaścioro dorosłych mężczyzn i kobiet, byłych wychowanków, którzy dziś sami tam pracowali – jako wychowawczyni, jako dozorca, jako pracownik socjalny, jako kucharka.

Kasia przychodziła teraz w każdą środę, by ćwiczyć matematykę z młodszymi dziećmi. Pewnego deszczowego wieczoru w październiku, gdy telewizor w świetlicy bezgłośnie pokazywał mecz piłki nożnej, a w korytarzu kapał nieszczelny kran, wyjęła z szafy starą teczkę, w której Bonifacy przez te wszystkie lata zapisywał wydatki domu – manualnie, w zeszytach z kółkami, co do grosza, na buty, książki, bilety autobusowe.

Położyła teczkę przed nim na stole.

– Nigdy nie prowadziłeś żadnej kasy dla siebie – powiedziała.

Bonifacy wzruszył ramionami i poprawił starą pelargonię, która przechyliła się na parapecie. – A po co. Dom przecież już stał.

Maska od lat wisi na gwoździu obok drzwi biura, wyblakła i naderwana z jednej strony. Nikt nigdy jej stamtąd nie zdjął.

Idź do oryginalnego materiału