Mąż cenniejszy niż gorycz urazy – Igorze, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! choćby ni…

newsempire24.com 8 godzin temu

Mąż ważniejszy niż gorzkie żale

Wojtek, to była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! Nie klękaj, jak to masz w zwyczaju, bo i tak nic nie wskórasz! postawiłam grubą kreskę nad naszym małżeństwem.

Wojtek rzecz jasna, nie uwierzył. Był przekonany, iż wszystko potoczy się jak zwykle: uklęknie, przeprosi, kupi nowy pierścionek i mu wybaczę. Już nieraz tak bywało. Tym razem jednak byłam zdecydowana przerwać nasze małżeńskie więzy. Moje palce aż po paznokcie obwieszone były pierścionkami, a życia w tym nie było. Wojtek pogrążał się w kieliszku coraz głębiej i głębiej.

A przecież wszystko zaczęło się tak romantycznie.

Mój pierwszy mąż, Edzio, przepadł bez wieści. Stało się to w latach dziewięćdziesiątych, a życie w tamtych czasach było niełatwe. Edzio był człowiekiem trudnym we współżyciu. Zawsze szedł pod prąd, jak to mówią, oczy sokole, skrzydła komarze. Jak mu coś nie pasowało, zaraz była awantura. Jestem niemal pewna, iż Edzia zabili podczas jakichś porachunków. Nie miałam od niego żadnych wieści. Zostałam sama z dwiema córkami Hanią (pięć lat) i Renią (dwa lata). Minęło pięć lat od jego tajemniczego zniknięcia.

Myślałam, iż zwariuję. Bardzo Edzia kochałam, mimo jego wybuchowego temperamentu. Byliśmy jednością. Postanowiłam koniec z życiem osobistym, będę wychowywać dziewczynki. O sobie zapomniałam. Ale

Nie było mi łatwo w tamtych ciężkich czasach. Pracowałam w zakładzie, a pensję dostawałam żelazkami. Musiałam je sprzedać, żeby kupić jedzenie. Tak też spędzałam weekendy. Zimą, kiedy przemarzłam na targu, sprzedając żelazka, podszedł do mnie pewien mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal.

Zimno pani? zagadnął nieznajomy.

A jak pan to poznał? próbowałam żartować, choć szczękałam zębami. Ale od jego obecności poczułam ciepło.

No tak, dziwne pytanie. Może napijemy się herbaty w kawiarni? Pomogę donieść pani te żelazka.

Czemu nie, bo chyba zaraz zamarznę wyszeptałam.

Do żadnej kawiarni nie poszliśmy. Zaprosiłam go do siebie na osiedle, poprosiłam, żeby poczekał przed klatką i popilnował torebki z żelazkami. Musiałam jeszcze odebrać dziewczynki z przedszkola. gwałtownie pobiegłam, choć ze zmrożonymi nogami. Duszę natomiast rozgrzewało miłe uczucie.

Wracając z dziećmi, już z daleka zobaczyłam Wojtka (tak się przedstawił). Stał, palił papierosa, przestępował z nogi na nogę. Pomyślałam: “Zaproponuję mu herbatę, a co dalej się zobaczy”.

Wojtek pomógł mi zanieść torbę na szóste piętro. Windę wyłączyli. Zanim z dziewczynkami weszłam na trzecie piętro, Wojtek już schodził.

Proszę zaczekać, mój wybawco! Nie wypuszczę pana, póki nie napijemy się gorącej herbaty! chwyciłam go za rękaw kurtki zmarzniętą dłonią.

No nie wiem, czy nie będę przeszkadzał? spojrzał na dzieci.

Co pan, bierz pan dziewczynki za ręce, a ja już biegnę wstawić czajnik odpowiedziałam bez cienia strachu.

Nie chciałam go stracić. Już wydawał się bliski. Przy herbacie Wojtek zaproponował mi pracę u siebie jako pomocnica. Zaproponował gażę większą niż roczna wartość żelazek z zakładu.

Oczywiście, z pokorą zgodziłam się, choć miałam ochotę całować go po rękach za to zaproszenie

Wojtek był po drugim rozwodzie, z pierwszego małżeństwa miał syna.

I tak wszystko się potoczyło

Wkrótce zostaliśmy małżeństwem. Wojtek uznał moje córki za własne. Zamieszkaliśmy w luksusowym czteropokojowym mieszkaniu, urządzonym drogo i nowocześnie. Niedługo potem wybudowaliśmy domek letniskowy pod Warszawą. Każde lato spędzaliśmy nad morzem. Życie jak w bajce…

Minęło siedem lat pełnego szczęścia. Chyba Wojtek, czując się panem własnego losu, zaczął coraz częściej zaglądać do kieliszka. Na początku nie reagowałam. Rozumiałam praca, stres, każdy musi się zrelaksować. Ale gdy Wojtek zaczął pić podczas pracy, zapaliła mi się czerwona lampka. Prośby, groźby nic nie skutkowało.

Muszę dodać, iż zawsze miałam w sobie żyłkę do ryzyka. Żeby odciągnąć męża od alkoholu, zdecydowałam się… urodzić mu dziecko. Wtedy miałam już trzydzieści dziewięć lat. Kiedy znajome się dowiedziały, wcale się nie zdziwiły.

Dajesz, Krysiu, może i my zdecydujemy się na macierzyństwo po czterdziestce śmiały się koleżanki.

A ja zawsze mówiłam:

jeżeli pozbędziecie się dziecka, możecie kiedyś bardzo tego żałować. A jeżeli urodzicie, choćby niezaplanowane nigdy nie pożałujecie.

Urodziły nam się bliźniaczki. Wychowywaliśmy już cztery córki! Wojtek nie przestał pić. Długo cierpliwie znosiłam ten los, ale zapragnęłam wyjechać na wieś, trzymać gospodarstwo, mieć zwierzęta. Dla dzieci zdrowiej, a Wojtek nie będzie miał czasu w wódkę.

Sprzedaliśmy mieszkanie i domek, kupiliśmy dom w miasteczku w okolicach Lublina. Otworzyliśmy piękną kawiarnię. Wojtek został zapalonym myśliwym. Kupił dubeltówkę i masę sprzętu. W okolicznych lasach nie brakowało zwierzyny.

Lepsze czasy trwały do kolejnego ciągu Wojtkowego picia. Nie wiem już, czym się wtedy struł, ale oszalał. Roztrzaskał całą zastawę, meble, a potem sięgnął po broń i strzelił w sufit!

Z dziećmi uciekłam do sąsiadów. Strach był nie do opisania.

Rano wróciliśmy tacy skuleni do domu. Widok był porażający. Najgorsze, iż dzieci musiały to widzieć. Wszystko zniszczone, nie było na czym usiąść, z czego jeść ani gdzie spać. Wojtek spał na podłodze jak nieżywy.

Spakowałam, co się dało i z dziećmi wyprowadziłam się do mamy, która mieszkała niedaleko w tej samej miejscowości. Mama zasępiła się:

Oj, Krysia, co ja z tobą i tą moją babską ferajną pocznę? Wracaj do męża, co się w rodzinie nie dzieje Przemieli się, będzie dobrze.

Mama zawsze powtarzała, iż lepszy zgryz, byle mąż był przystojny.

Po kilku dniach przyszedł Wojtek. To wtedy zakończyłam naszą historię. Zresztą, on nie pamiętał tego “tańca śmierci”. Nie wierzył w moje bajki. Ale mnie już było wszystko jedno. Zerwałam wszelkie kontakty. Mosty spalone.

Nie miałam pojęcia, jak dalej będę żyć. Ale zdecydowałam wolę biedować, niż zginąć ręką pijanego męża.

Kawiarnie musiałam sprzedać za bezcen gwałtownie uciekaliśmy z dziećmi z tego miasteczka. Zamieszkałyśmy w maleńkim domku w sąsiedniej wsi.

Starsze córki gwałtownie poszły do pracy, niedługo potem wyszły za mąż.

Bliźniaczki były w piątej klasie. Wszystkie córki bardzo kochały Wojtka i utrzymywały z nim kontakt. Dzięki nim wiedziałam, co u niego słychać. Przez dzieci prosił mnie, abym wróciła. One same powtarzały: “Mamo, przestań być uparta, tata się zmienił, ze sto razy przepraszał! Pomyśl o sobie, już nie jesteś młódką…”. Ja jednak byłam nieugięta. Pragnęłam już tylko ciszy i spokoju.

Minęły dwa lata.

Zaczęło mi brakować Wojtka. Samotność gryzła boleśnie. Wszystkie pierścionki od męża musiałam oddać do lombardu. Nie miałam z czego je wykupić. Żal był wielki. Wspominałam przeszłość. W naszym domu była miłość. Wojtek kochał wszystkie córki tak samo, o mnie dbał, umiał przeprosić. Byliśmy naprawdę wzorową rodziną. Każdy inaczej pojmuje szczęście… Cóż można chcieć więcej?

Starsze córki już tylko dzwoniły, czasu w odwiedziny nie było. Rozumiem młodość ma swoje prawa. niedługo pewnie i bliźniaczki wyfruną z gniazda i zostanę sama jak ta palec. Dziewczyny są jak gęsi kiedy wyrosną, odlatują.

Namówiłam bliźniaczki, żeby podpytały ojca, jak teraz żyje. Może ma już kogoś? Dzieci dowiedziały się, iż mieszka i pracuje teraz w innym mieście, alkoholu nie tknie. Nikogo nie ma, żyje sam. Zostawił córkom swój adres, ot tak na wszelki wypadek…

I tak znów jesteśmy razem, już piąty rok.

Zawsze była ze mnie ryzykantkaCzasem śmiejemy się z Wojtkiem z dawnych czasów co nam się przytrafiło, ile musieliśmy znieść, ile wybaczyć. On żartuje, iż życie jest jak kawa gorzkie, ale bez niej trudno się obudzić. Ja odpowiadam, iż wolę herbatę, bo zawsze koi nerwy. Może dlatego teraz pijemy już tylko herbatę, czasem łapiąc się za ręce w kuchni, śmiejąc się z własnych słabości, niedoskonałości i tej kruchości, którą w sobie odkryliśmy.

Nasze córki wpadają raz po raz z wnukami, z mężami, z opowieściami o świecie, do którego już nas nie ciągnie. Zawsze wspominają dzieciństwo te nasze przeprowadzki, kawiarnię pachnącą drożdżówkami, letnie noce w domku nad morzem. Mówią, iż choć było różnie, zawsze wiedziały, gdzie jest dom. Uśmiecham się wtedy do Wojtka. On kiwa głową i mruga do mnie porozumiewawczo.

Samotność już do nas nie zagląda. Czujemy się pewniej, choćby jeżeli życie nie jest już bajką. Otoczyliśmy się codziennymi drobiazgami kubkiem, który pamięta jeszcze naszą pierwszą wspólną herbatę, starym obrusem spłowiałym od słońca, ścianą w kuchni pełną laurek od wnuków. Wszystko smakuje inaczej, gdy jest się razem choćby chleb z masłem.

Zdarza się, iż ktoś zapyta, czy nie żałuję. Czy można było inaczej? Czy nie lepiej było odejść na zawsze, zostawić wszystko jak popiół po wielkim pożarze? A ja wtedy patrzę na dłonie Wojtka, już zmęczone życiem, ale wciąż tak ciepłe, i wiem jedno: tu, razem, choćby po całym morzu gorzkich żali, jest nam najlepiej.

Bo czasem wystarczy odważyć się jeszcze raz od nowa poskładać potłuczone filiżanki. Wbrew logice, przeprosić, przebaczyć, podać rękę. I ciągle, mimo wszystko, kochać.

Idź do oryginalnego materiału