Mąż cenniejszy niż najgorsze żale – Historia Tani: „To koniec, Igorze! Rozwodzimy się!” – czyli o miłości, która przetrwała alkohol, dramaty lat 90., śmierć pierwszego męża, samotność i cztery córki. Jak po burzliwym życiu, kolejnych rozstaniach, przeprowadzce z miasta na wieś i utracie wszystkiego, kobieta w Polsce odnalazła siłę, by znów zawalczyć o dawną rodzinę.

twojacena.pl 6 godzin temu

MĄŻ WAŻNIEJSZY NIŻ GORZKIE URAZY

Zbyszku, to już była ostatnia kropla! Koniec, rozwodzimy się! choćby nie musisz klękać, jak lubisz nic to nie da! postawiłam grubą kreskę pod naszym małżeństwem.

Zbyszek oczywiście nie uwierzył. Był przekonany, iż wszystko potoczy się jak zawsze: uklęknie, przeprosi, kupi kolejną błyskotkę, a ja znów przebaczę. Tak już bywało nie raz. Tym razem jednak postanowiłam zerwać węzeł małżeński raz na zawsze. Na palcach, aż po najmniejszy, miałam pierścionków co niemiara, a życia w tym nie było. Zbyszek pił na umór, jakby nie znał granic.

A przecież wszystko zaczęło się tak pięknie, wręcz romantycznie.

Mój pierwszy mąż, Heniek, zaginął bez wieści. To były szalone, niebezpieczne czasy lat dziewięćdziesiątych. Człowiek bał się wyjść z domu. Heniek miał trudny charakter, wiecznie szukał guza, wszędzie pchał się tam, gdzie nie trzeba. Mądry w oczach, słaby w czynach, jak to się mówiło. Gdy coś mu nie pasowało, wszczynał awantury. Jestem przekonana, iż jego śmierć to wynik jakiś mafijnych porachunków. Zniknął bez śladu. Zostałam sama z dwiema córkami Basia miała pięć lat, a Hania dwa. Minęło pięć lat od tego zaginięcia.

Myślałam, iż zwariuję. Bardzo kochałam Heńka mimo jego trudnego temperamentu. Byliśmy ze sobą bardzo zżyci, nierozłączni. Zrezygnowałam wtedy z siebie, postanowiłam, iż poświęcę się wychowywaniu dziewczynek. Byłam pewna, iż na mnie już nie czeka żadna przyszłość.

Ciężko mi się wtedy żyło. Pracowałam w fabryce i pensję dostawałam… żelazkami. Trzeba je było sprzedać na targu, żeby kupić coś do jedzenia. Każdy weekend spędzałam na rynku. Zimą, kiedy marzłam sprzedając żelazka, podszedł do mnie mężczyzna. Zrobiło mu się mnie żal.

Zmarzła pani? zapytał ostrożnie.

Aż widać? próbowałam żartować, choć zęby dzwoniły mi w rytmie marszu. Ale jego obecność przyniosła ciepło i ulgę.

Rzeczywiście, głupio zapytałem. Może ogrzejemy się w kawiarni? Pomogę pani z żelazkami.

Chodźmy, bo zaraz tu zamarznę na kość wybełkotałam, drżąc z zimna.

Do żadnej kawiarni nie poszliśmy. Poprosiłam nieznajomego, by poczekał pod klatką i popilnował żelazek, a sama pobiegłam po dzieci do przedszkola. Nogi miałam jak z lodu, ale w sercu poczułam wiosnę. Wracając z córkami już z daleka zobaczyłam Zbyszka (tak się przedstawił). Stał, palił, przestępując z nogi na nogę. Pomyślałam: Zaproszę go na herbatę, a potem zobaczymy co dalej!

Zbyszek pomógł mi wnieść torbę na szóste piętro winda oczywiście nie działała. Gdy z dziewczynkami dosłownie człapałam na trzecie piętro, on już schodził na dół.

Niech pan poczeka, mój wybawco! Nie puszczę pana, dopóki nie napoję herbatą! złapałam go lodowatą dłonią za rękaw kurtki.

Może przeszkadzam? spojrzał na dzieci, niepewny.

Ależ skąd! Proszę, niech pan weźmie dziewczynki za rękę, a ja pobiegnę przegotować wodę uśmiechnęłam się, nie czując strachu.

Nie chciałam, by ten mężczyzna zniknął z mojego życia. Niby dopiero się poznaliśmy, a już wydał mi się bliski. Przy herbacie Zbyszek zaproponował mi stanowisko u siebie. Zarobek był większy niż przez rok sprzedaży żelazek z fabryki.

Oczywiście bez wahania się zgodziłam, choć najchętniej całowałabym za to jego ręce.

Zbyszek był po drugim rozwodzie, miał syna z pierwszego małżeństwa. I tak zaczęła się nasza wspólna historia…

Po niedługim czasie pobraliśmy się, Zbyszek zaadoptował moje dziewczynki. niedługo kupiliśmy czteropokojowe mieszkanie, wyposażone w nowoczesny sprzęt i eleganckie meble, potem wystawiliśmy dom na wsi, co rok urlop spędzaliśmy nad Bałtykiem. Czułam się jak królowa.

Siedem lat żyliśmy jak w bajce. Wtedy Zbyszek, mając wszystko jak na talerzu, coraz częściej zaglądał do butelki. Początkowo przymykałam na to oko pracował ciężko, był zmęczony, trzeba było odreagować. Ale kiedy zaczął pić także w pracy, zaczęły się moje obawy. Namowy nic nie dawały.

Muszę powiedzieć, iż jestem życiową ryzykantką. Postanowiłam odciągnąć męża od alkoholu… rodząc mu jeszcze jedno dziecko. Miałam wtedy już trzydzieści dziewięć lat. Wszystkie moje przyjaciółki nie były zaskoczone tym postanowieniem.

Dajesz, Zosia, może i my w czterdziestce zdecydujemy się na bycie młodymi mamami? śmiały się dziewczyny.

Ja zawsze powtarzałam:

jeżeli pozbędziecie się dziecka, będzie bolało do końca życia. Jak się zdecydujecie na malucha, choćby nieplanowanego, nigdy nie pożałujecie.

Urodziły się nam bliźniaczki. Mieliśmy już cztery dziewczynki! Ale Zbyszek nie przestał pić. Znosiłam to, znosiłam, aż w końcu zapragnęłam własnego kąta na wsi, drobnego gospodarstwa i zwierząt. Dla dzieci zdrowo, a Zbyszek nie będzie miał czasu w pijaństwo.

Sprzedaliśmy mieszkanie i dom letniskowy kupiliśmy dom w miasteczku i otworzyliśmy kawiarnię, prawdziwe cacko. Zbyszek został zapalonym myśliwym, kupił dubeltówkę, a do lasu był tylko rzut beretem.

Dopóki nie wypił za dużo… To, co się wtedy wydarzyło, trudno opisać. Nie wiem, czego się opił, ale wpadł w szał! Potłukł cały serwis, porozwalał meble, w końcu złapał strzelbę i wystrzelił w sufit!

Z dziećmi uciekłam do sąsiadów. Byłam przerażona.

Następnego ranka wróciłyśmy na palcach do domu. Widok był porażający: wszystko roztrzaskane, nie na czym usiąść, nie ma z czego jeść, nie ma na czym spać. Zbyszek chrapał na podłodze.

Zebrałam ocalałe rzeczy i z dziećmi pognałam do mamy mieszkała dwa domy dalej. Mama lamentowała:

Oj, Zosiu, co ja zrobię z twoim babińcem? Wróć do męża, dziecko. Co się dzieje w rodzinie, to się dzieje, wszystko się ułoży.

Mama zawsze powtarzała: lepiej mieć dziury w fartuchu niż nie mieć męża. No i miała swój światopogląd.

Po paru dniach Zbyszek przyszedł przepraszać. Wtedy postawiłam kropkę nad „i”. Zresztą on nic z tamtego wieczoru nie pamiętał nie uwierzył mi ani trochę. Ale mnie już to nie obchodziło. Wszystko przecięłam. Spaliłam za sobą mosty.

Nie wiedziałam, co dalej. Ale wolałam głodować, niż zginąć z ręki pijanego męża.

Kawiarnię sprzedałam za bezcen, byle jak najszybciej zniknąć z tamtej miejscowości. Z dziećmi wylądowałyśmy w maleńkiej chatce w sąsiedniej wsi.

Starsze córki znalazły pracę, a potem szczęśliwie wyszły za mąż.

Bliźniaczki chodziły do piątej klasy. Wszystkie dziewuszki kochały tatę Zbyszka i miały z nim kontakt. Za ich pośrednictwem wiedziałam, co u niego słychać. Prosił mnie przez nie, bym wróciła. One same też przekonywały: Mamo, nie bądź taka uparta, tata już się sto razy pokajał!. Przypominały mi, iż nie mam już dwudziestu pięciu lat, ale byłam nieugięta. Pragnęłam świętego spokoju.

Dwa lata minęły.

Zaczęłam tęsknić za Zbyszkiem. Samotność gryzła mnie do żywego. Pierścionki oddałam do lombardu, nie udało się ich już odzyskać. Żal. Wspominałam dawne czasy, rozmyślałam. Przecież w domu była miłość. Zbyszek kochał wszystkie dziewczynki tak samo, mnie żałował, umiał przyznać się do błędu. Byliśmy prawdziwą rodziną. Każdy ma swoje szczęście nie zajrzysz do cudzej duszy. Czego jeszcze potrzebowałam?

Starsi już dzwoniły tylko przez telefon, nie miały czasu. To naturalne młodość swoją drogą. Niedługo bliźniaczki wyfruną i będę czekać w pustym domu jak ostatnia sowa.

Namówiłam więc bliźniaczki, żeby popytały tatę, czy kogoś ma, gdzie mieszka, jak mu się żyje. Wszystkiego się dowiedziały: Zbyszek przeprowadził się do innego miasta, nie pije ani kropli, nikogo nie ma, całkiem jest wolny. Zostawił im choćby dokładny adres, tak na wszelki wypadek…

Słowem, od pięciu lat jesteśmy razem.

Mówiłam, jestem urodzoną ryzykantką…

Idź do oryginalnego materiału