Mąż nie chce podarować mieszkania po zmarłej cioci naszej córce – rodzinny spór o przyszłość dzieci, sprawiedliwość i wybór pomiędzy podziałem spadku a zapewnieniem lokum najstarszej córce

twojacena.pl 6 godzin temu

W samym sercu Krakowa, pod wiecznie mglistym niebem, moja ciocia ta z tych, których imię brzmi Wanda, a uśmiech raz przypomina cukierki z Paryża, a raz stare wiersze zostawiła mojemu mężowi mieszkanie. Lokal jest niewielki, a okna zerkają na dziwnie powyginany tramwaj, który śni swoje sny o dalekiej Nowej Hucie. Mieszkamy z Janem, moim mężem, w wielkim mieszkaniu z trzema sypialniami, w którym echo dziecięcych kroków odbija się o obraz Matki Boskiej Częstochowskiej zawieszony tuż przy wejściu. Mamy troje pociech. Najstarsza, Wiola, ma dziewiętnaście lat i studiuje filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Franek, nasz syn średni, kończy dwunasty rok życia i śni o tym, jak raz będzie miał psa rasy owczarek podhalański. Najmłodszy, Staś, pięciolatek, codziennie przynosi z przedszkola worek pełen plasteliny i mglistych wspomnień.

Ostatniej nocy pokłóciłam się z Janem a może to był tylko cień kłótni odbity w lusterku szafki z ajerkoniakiem. Sugerowałam, żeby Wiola wprowadziła się do tego maleńkiego mieszkania po cioci Wandzie, bo przecież zbliża się do dorosłości i lada dzień może wyjść za mąż może za chłopca z Nowego Sącza, może za poetę bez butów. Jan, zaślepiony sprawiedliwością jak pierogi w śmietanie, upiera się, by sprzedać mieszkanie i równo podzielić złote monety, które we śnie zamieniają się w stare monety z podobizną Jana Pawła II i leżą na kontach dzieci niby zboże w spichlerzu. Wyobrażam sobie wtedy, iż Wiola kupuje z nich fiata cinquecento, a chłopcy choćby nie wiedzą, co to cytrynowe drożdżówki.

Podsumowuję sobie wszystko i mówię do siebie szeptem: lepszy wróbel w garści niż szpak na dachu wawelskiej katedry. Przynajmniej jedno dziecko miałoby własny kąt, zamiast marzyć o mieszkaniach unoszących się niczym pierogi w barszczu na wietrze. Jan z kolei ryzykuje, iż jeżeli Wioli damy te mury, rozpadnie się braterska więź jak szkliwo kubka z Bolesławca. A ja we śnie, w plątaninie pierzyn i poduszek kubistycznych wiem, iż chłopcy nie pojmują jeszcze tej sprawy, więc czas nasz płynie jak Wisła pod mostem Dębnickim; może jeszcze wszystko się zmieni.

Nie mamy odwagi powiedzieć cokolwiek Wioli. Mieszkanie wymaga remontu farba się łuszczy jak skórka z jabłka na niedzielnym targu, instalacje żyją na własną rękę niczym stare babcie na ulicy Piłsudskiego. Złotówki znikają gdzieś w kieszeni starego płaszcza, więc na odświeżenie ścian zostają tylko marzenia, nie realia.

Patrzę na tę historię, przetaczając w myślach słowa niczym szklane kulki, i zastanawiam się kto tu ma rację? Ja czy Jan? Czy powinnam upierać się jak koziołek na Tatrach czy raczej zamilknąć, poddać się logice bez logiki? A może wśród snujących się po krakowskim rynku przechodniów znajdzie się ktoś, kto podsunie nowe rozwiązanie, którego nie przewidziałam w tym dziwnym, surrealistycznym śnie?

Idź do oryginalnego materiału