Ciocia mojego żony zostawiła jej mieszkanie w spadku. Lokal jest nieduży, położony w sercu Krakowa. Mamy z żoną trójkę dzieci: najstarsza córka, Jagoda, ma już dziewiętnaście lat i studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim, syn Maciej skończył właśnie dwanaście lat, a najmłodszy, Staś, ma pięć lat. Nasze wspólne mieszkanie jest obszerne, są w nim trzy sypialnie każdy z dzieciaków ma własny kąt.
Ostatnio pokłóciliśmy się z żoną o mieszkanie po cioci. Sugerowała, żeby przekazać je Jagodzie, bo to dorosła dziewczyna i może niedługo zechce ułożyć sobie życie. Ja natomiast upieram się, iż byłoby to nie w porządku wobec chłopców przecież oni też kiedyś będą potrzebowali własnego lokum. Moim zdaniem powinniśmy sprzedać to mieszkanie, a pieniądze (i to pewnie nie będzie jakaś oszałamiająca suma, raczej kilkaset tysięcy złotych) rozdzielić uczciwie pomiędzy dzieci. Oczywiście żona uważa, iż ten pomysł nie ma sensu zaraz tłumaczy, iż za taką kwotę żadnego sensownego mieszkania się nie kupi.
Gdybyśmy zrobili po mojemu, to pieniądze leżałyby na kontach dzieci do pełnoletności chłopcy poczekają te kilka lat, a Jagoda mogłaby najwyżej kupić jakiś używany samochód, bo o kawalerce w Krakowie choćby nie ma co marzyć. Żona przekonuje, iż lepiej, żeby jedno dziecko miało konkretną nieruchomość, a dla synów będziemy się martwić później lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, mówi. Ja widzę to inaczej, bo podział może rodzić niepotrzebne konflikty. Obawiam się, iż jeżeli damy mieszkanie tylko Jagodzie, to synowie mogą czuć się pokrzywdzeni, a ich relacje nigdy nie będą takie, jak powinny. Żona uspokaja, iż dzieciaki jeszcze tego nie rozumieją, więc mamy czas, żeby zaplanować przyszłość wszystkich.
O tych planach nie rozmawialiśmy jeszcze z Jagodą na razie analizujemy sprawę między sobą, bo mieszkanie po cioci wymaga kapitalnego remontu. Jest w opłakanym stanie, raczej nie nadaje się do zamieszkania przez studentkę. Nie mamy aktualnie ani funduszy, ani sił, żeby je odświeżyć.
Patrzę na to wszystko i zastanawiam się, czyja racja jest bliższa prawdy żony czy moja? Mija kolejny dzień, a my dwaj się głowimy, zamiast podjąć decyzję. Może ktoś spoza rodziny dostrzeże rozwiązanie, które nam nie przyszło do głowy?








