W centrum Krakowa, w kamienicy z odrapanym tynkiem i trzaskającymi drzwiami, rozgrywała się wielka rodzinna debata. Ciotka mojego męża zostawiła mu w spadku niewielkie mieszkanie na Starym Mieście choć stare i zaniedbane, miało w sobie duszę dawnych lat. Mieszkaliśmy wraz z mężem i trójką dzieci w przestronnym, trzypokojowym mieszkaniu na Dębnikach. Nasza najstarsza córka, Jagoda, ma już dziewiętnaście lat i studiuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dwunastoletni syn Michał chodzi do podstawówki, a najmłodszy, pięcioletni Staś, ciągle stawia pierwsze kroki w przedszkolu.
Od kilku tygodni nieustannie sprzeczamy się z mężem o to mieszkanie po ciotce. Niedawno wybuchła kolejna kłótnia. Sugerowałam, żeby Jagoda wprowadziła się do tej kawalerki w końcu dorasta, zaczyna własne życie, a może niebawem zdecyduje się ułożyć sobie życie u boku kogoś bliskiego. Mój mąż, Tomasz, był jednak nieugięty twierdził, iż byłoby to nie fair wobec chłopców. Według niego mieszkanie powinniśmy sprzedać, a pieniądze kilkadziesiąt tysięcy złotych podzielić na równo między całą trójkę. Wierzył, iż to jedyny sposób na sprawiedliwość i spokój w rodzinie.
Moim zdaniem to absurd przecież za tę gotówkę żadne z dzieci nie kupi choćby miejsca parkingowego, nie mówiąc już o własnych czterech ścianach! W praktyce te pieniądze i tak leżałyby przez lata na kontach, aż chłopcy dorosną. Wyobrażałam sobie, iż Jagoda mogłaby przynajmniej zyskać autonomię i niezależność; według mnie, czasem wróbel w garści lepszy niż gołąb na dachu. Jak chłopcy dorosną, na pewno znajdziemy inne rozwiązanie może uda nam się jeszcze coś odłożyć albo sprzedać dom rodziców Tomasza.
Tomasz był przekonany, iż przekazanie mieszkania Jagodzie wywoła w rodzinie tylko żal i wzajemne pretensje. Uważał, iż dzieci przestaną ze sobą rozmawiać, a Jagoda stanie się winną krzywdy braci. Ja wierzyłam, iż to przesada chłopcy są jeszcze mali i choćby nie zdają sobie sprawy z tego spadku; mamy więc trochę czasu, by zastanowić się poważnie nad ich dorosłą przyszłością.
Nie powiedzieliśmy Jagodzie ani słowa o naszych rozterkach. Mieszkanie ciotki jest w fatalnym stanie, z odpadającym tynkiem, zimną łazienką i popsutą instalacją. Każda próba remontu to wydatek znacznie przekraczający nasze obecne możliwości. Sami nie wiemy, co zrobić a każde spojrzenie na stary klucz leżący w szufladzie wywołuje we mnie lawinę pytań.
Nie wiem już, czy to ja mam rację, czy Tomasz. Czy powinnam walczyć o swoje zdanie, czy jednak oddać sprawę w ręce męża? A może ktoś inny dostrzegłby rozwiązanie, którego my nie widzimy, stojąc na rozstaju wąskich krakowskich uliczek i szamocąc się w splątanych myślach?










