Mąż sam złożył pozew o rozwód. Powiedział mi: „Ty jesteś silna, sama wychowasz i wykształcisz dzieci”. Nie mogłam sobie choćby wyobrazić, jak poradzę sobie sama. Kilka dni później Piotr zmienił zdanie i powiedział: „Zostańmy razem, szkoda dzieci”. Obiecał, iż już więcej nie będzie szukał przygód. Uwierzyłam mu, bo bardzo chciałam uratować rodzinę. Mieszkaliśmy dalej razem, dzieci dorosły, dziś mają 17 i 11 lat. I znowu dowiaduję się, iż mój mąż ma inną

przytulnosc.pl 1 dzień temu

Piotra poznałam podczas praktyk w jednej z firm. Był ode mnie starszy o siedem lat i już wtedy zajmował kierownicze stanowisko. Sama miałam dobre rokowania, więc bez problemu po studiach dostałam pracę w tej samej firmie. Zaczęliśmy rozmawiać codziennie, a potem nasza relacja przerodziła się w romans. Po kilku miesiącach Piotr oświadczył mi się.

Wzięliśmy ślub, choć jego rodzice byli temu przeciwni. Uważali, iż nie nadaję się dla ich ambitnego syna. Piotr miał już wtedy własne mieszkanie i dobrze zarabiał. Ale chłodne nastawienie teściów nie wpłynęło na nasze uczucia.

Żyło nam się dobrze. Rok po ślubie urodził się nasz pierwszy syn. Piotr bardzo go kochał. Potem coraz częściej znikał w pracy. Sześć lat później urodził się nasz drugi, również upragniony, syn. Piotr kochał dzieci, ale w domu bywał coraz rzadziej — pracował w weekendy, w święta, wracał późno.

Zawsze żyliśmy dostatnio. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, choćby na dwa etaty. W tym czasie mąż przestał przynosić do domu pensję. Nigdy nie wiedziałam, ile zarabia. Remontów w mieszkaniu nie robił, w domu nie pomagał, jedynie wieczorami wychodził z dziećmi na spacer.

Pięć lat temu dowiedziałam się, iż ma inną. Ich romans trwał prawie pół roku. Próbowałam go wyrzucić, ale został i powiedział, iż to tylko chwilowe, a ja mam to zaakceptować i nie przeszkadzać mu w tej „sprawie”. Tak minęło jeszcze kilka miesięcy, ale w domu nie było już spokoju. Ciągle prosiłam go, by odszedł. W końcu zaczął mnie wyrzucać i żądać pieniędzy za mieszkanie. Nie potrafię opisać, co wtedy czułam.

Potem sam złożył pozew o rozwód. Powiedział: „Ty jesteś silna, sama dasz radę z dziećmi”. Nie wiedziałam, jak mam sobie poradzić. Po kilku dniach, po rozprawie, podszedł do mnie i powiedział, iż jednak chce wrócić, bo żal mu dzieci. Obiecał, iż już nie będzie zdradzał. Uwierzyłam, bo bardzo chciałam uratować rodzinę.

Zostaliśmy razem, ale tej miłości, którą mieliśmy kiedyś, nie udało się już odzyskać. Dzieci dorosły, teraz mają 17 i 11 lat. I znów dowiedziałam się, iż ma kochankę. Teraz już nie żyję, tylko istnieję — dla dzieci. Zapytałam go, po co wracał? Po co obiecywał, iż już nie zdradzi? Odpowiedział tylko, iż to było dawno i nie pamięta. Najpierw powiedział, iż się wyprowadzi i zostawi nam mieszkanie. Po dwóch tygodniach zmienił zdanie: „Nie wyprowadzę się, bo to moje mieszkanie”.

Próbuję poważnie z nim porozmawiać o przyszłości — nie chce. Wraca późno, bawi się tylko z młodszym synem, w domu nie je, tylko śpi. Powiedział mi, iż jestem nikim i przez 18 lat wspólnego życia byłam nikim.

Nie mam już sił. Nie mogę już tego dłużej znosić. Jak człowiek może być takim zdrajcą?

Nie da się tak żyć. Może właśnie teraz nadszedł czas, by odejść i zacząć nowe życie? Smutno przyznać, iż trzeba przekreślić 18 najlepszych lat życia, ale dalej tak żyć już nie można…

Idź do oryginalnego materiału