Drogi Dzienniku,
Odchodzę! rzuciłem, próbując ukryć drżenie w głosie.
Dokąd? zapytała żona, wpatrzona w kartkę z listą zakupów, którą jeszcze nie dokończyła.
Na dobre! wykrzyknąłem.
Co to ma znaczyć? powtórzyła Irena, a w jej oczach pojawiła się iskierka niepewności. A co z nowym rokiem?
W żartobliwych opowieściach zdrada może wydawać się jedynie zabawnym wątkiem, ale w rzeczywistości jest zupełnie inna odrażająca i przykre.
Tak więc opuściłem dom w przedświąteczny wieczór, nie w miejscu, gdzie nie lądują samoloty i nie jeżdżą pociągi. Dosłownie, wyjdźszy w drogich skórzanych butach, zostawiłem za sobą smugę eleganckiego zapachu perfum, które kiedyś podarowała mi Irena, nasza niegdyś kochana.
Przez tygodnie przygotowywałem się do tego wyjścia, pakując rzeczy, argumentując, iż ona powinna mnie zrozumieć i wybaczyć jakby to była jakaś telewizyjna bajka. A Bóg sam tak nam rozkazał mawiała z przekąsem, a ja wolałem wierzyć, iż przynajmniej ja wiem, czego chcę.
Choć choinka już stała w kącie salonu, a Irena siedziała na kanapie, rozmyślając nad świątecznym strojem i rozbiórką potraw, z zapałem spisywała listę potrzebnych produktów. Mieliśmy przyjść w Sylwestra z przyjaciółmi, a atmosfera była pod górkę tak to zwykle bywa w przededniu nowego roku, kiedy to oczekiwania przewyższają same uroczystości.
Pięćdziesięcioletnia Irena Maksymowicz kochała ten czas, tak jak kochają go wszyscy Polacy. Na dworze coraz rzadziej padał śnieg, co trochę przyćmiło świąteczny nastrój, ale już od listopada ruszyły wyprzedaże noworoczne, a Irena, jako gospodyni, przygotowywała prezenty z wyprzedzeniem, by oszczędzić złotówki, czas i nerwy.
Wszystko już było gotowe: bransoletki dla sióstr, drobne upominki dla dzieci, wnuków i mnie. Kupiłem jej piękny, wełniany sweter z reniferami od dawna marzyłem o takim. Irena wydała na to kopę groszy, ale co nie zrobić dla ukochanej?
Pakowałem prezenty, kryjąc je w szafie i czekając na odpowiedni moment. Co mogłaby dostać? Może pierścionek? Nie, lepsze będą pieniądze miałem już trochę wątpliwości co do mojego gustu w tym wieku.
Wtedy nagle wykrzyknąłem: Odchodzę!
Dokąd? zapytała Irena, wciąż patrząc w kartkę.
Na dobre! powtórzyłem, a jej twarz bledła.
A nowy rok? dręczyła się w głowie.
Jaki nowy rok, Ireno? zmrużyłem oczy, próbując brzmieć poważnie. Kiedy wreszcie zyskasz odrobinę rozsądku?
Z wolna, jakby podnosząc się z łóżka, wypowiedziałem słowa, które brzmiały jakby wymówione przez osobę z opóźnieniem rozwojowym:
Odchodzę od ciebie! Na dobre! Rozumiesz? Zakochałem się w innej i będziemy mieli dziecko! Czy już wszystko jasne?
Zrozumienie w jej oczach było tak bolesne, iż nie chciała już pytać: A co ze mną?. Odpowiedź nie miała sensu i tak i tak była już w tamtym miejscu, gdzie mieliśmy spędzić nasz wspólny Sylwester.
Moja nowa kochanka była młodsza, piękniejsza, zupełnie inna niż ja. Nie rozumiałem, po co mi to wszystko, kiedy mogłem zostać przy starej, przyzwyczajonej do ról żony i matki. Jednak w mej głowie rozbłysły obrazy potomka syn, którego już nigdy nie zobaczę w ramionach Ireny.
Zadziwiająco, obie nasze mieszkania dwupokojowe w Warszawie i jednopokojowe w Łodzi były w pełni własnością Ireny. Ja jedynie wynajmowałem pokój w jednej z nich. Nie próbowałem więc dodać kolejnego kamienia na jej ciężki los.
W rozmowie z przyjaciółką Tusią, która dzwoniła, by zapytać, co ma przynieść Izabela z rodziną, wyjawiłam:
Edek odszedł!
Naprawdę? zapytała Tusia, zszokowana.
Coś mi się wpadło w głowę, iż wszyscy o tym wiedzą, a jednak milczą odpowiedziałam, czując, iż już nie mogę dłużej grać w tę grę.
Po godzinie, kiedy w pokoju zamarło, a śnieg cicho opadał na bruk, ruszyłam w stronę domu przyjaciółki, by ukryć się przed światem. Pomyślałam: Niech żyją, którzy są szczęśliwi. Nie będę się męczyć nad swoim losem.
Rok minął. Dzień po Wigilii ponownie przyozdobiliśmy choinkę, a ja, Irena, znów przyklejałam etykiety na słoiki z ogórkami i planowałam zakupy. Tym razem miałam spotkać się z przyjaciółką w domu Wiktora, który właśnie oświadczył się, iż chce się ze mną ożenić.
W pewnym momencie usłyszałam pukanie. Otworzyłam drzwi, a tam stał mój były mąż Eryk, z małym plecakiem i kartonem w ręku.
A co, gdyby mnie nie było w domu? rzucił, patrząc na mnie z dziwnym uśmiechem.
Otworzyłbyś drzwi! odparłam, nie wierząc własnym ustom.
A gdybym zmieniła zamki? zapytał, po czym dodał: Nie zmieniłaś, bo jesteś dobra. Czy wpuścisz mnie?
Czułam, iż nie mogę go od razu wypędzić. Wpuściłam go do domu, a on poszedł prosto do sypialni i położył na łóżku płaczące niemowlę.
Ile ma? zapytałam, nie czując emocji.
Piąty miesiąc życia odpowiedział, nie patrząc w moje oczy.
Gdzie twoja kochanka? dopytałam, bo nie chciałam, by kolejny gość pojawił się w moim świecie.
Ona już kocha kogoś innego mruknął.
Uśmiechnąłem się gorzko i rzekłem: W porząku, więc po co przyjechałeś?
Zaskoczona, odparła: Nie wpuściłabym cię z dzieckiem. A ja, w końcu, spojrzałem na siebie w lustrze i zrozumiałem, iż przeceniłem jej zdolności i wytrzymałość.
Kiedy w końcu odszedł, zostawił po sobie nieporządek i kartkę z notatką: Trzymaj się. Szłam wzdłuż zasypanych śniegiem ulic Warszawy, a miasto lśniło tysiącami światełek. Pusto, ale spokojnie.
Wiedziałam, iż nie mogę już dłużej stać w miejscu. Zrozumiałam, iż każdy rozpad niesie ze sobą szansę na odnowę. Nie będę się zamartwiała losem, który nie jest moim.
Lekcja, którą wyniosłam z tego szaleństwa: nie warto tracić serca na osoby, które nie potrafią docenić tego, co naprawdę ważne. Lepiej pielęgnować własny spokój i odwagę, by i w najtrudniejszych chwilach móc iść naprzód.
Z wyrazami szacunku,
Eryk.










