Michał wyjechał w delegację i nie wrócił. Prawda okazała się straszniejsza niż przypuszczałam.
Rano wyszła tak jak co dzień: po kawie zostawił kubek w zlewie, walizkę podrzucił do bagażnika, z progu wykrzyknął, iż zadzwoni z hotelu w Krakowie wieczorem. Wracam w niedzielę dodał, poprawiając kołnierz płaszcza.
Drzwi zamknęły się za nim, usłyszałam stuknięcie schodów i krótkie trąbnięcie klaksonu na pożegnanie. Została cisza, której w naszym domu było już od kilku lat coraz więcej, ale przyzwyczaiłam się do niej.
Zrobiłam pranie, przygotowałam obiad, wstawiłam herbatę. Zwykły czwartek, zwykła delegacja. Tylko iż tym razem Michał nie wrócił.
Nie zadzwonił wieczorem. Nie odpisał rano. Gdy dzwoniłam, abonent poza zasięgiem. Pomyślałam: bateria padła, spotkanie się przedłużyło, pewnie zapomniał ładowarki. Dzień minął, potem kolejny.
Trzeciego dnia poczułam w żołądku zimną kulę. Po tygodniu pojechałam do jego firmy, licząc, iż ktoś mi powie, gdzie jest, iż po prostu zgubił telefon. Sekretarka spojrzała na mnie dziwnie i powiedziała tonem, który do dziś słyszę w snach: Pani mąż u nas nie pracuje od dwóch miesięcy.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Oparłam się o ladę, żeby nie upaść. Jak to nie pracuje? wyszeptałam. Złożył wypowiedzenie. Mówił, iż ma inne plany.
Wróciłam do domu niczym w szale. Przeglądałam szafki i szuflady, jakby odpowiedź mogła leżeć między ściereczkami a paragonami za chleb. Portfel jak zwykle na półce. Stary notatnik pełen numerów telefonów, ale bez wskazówek.
Przez godzinę wpatrywałam się w zdjęcie z rocznicy: Michał obejmuje mnie w pasie, ja trzymam bukiet goździków, uśmiechamy się wszyscy. Nie mogłam pojąć, kiedy dokładnie nasze życie skręciło w nieznane.
Następnego dnia pojechałam na komisariat zgłosić zaginięcie. Mówiłam mechanicznie: wzrost, znaki szczególne, marka auta, cel wyjazdu. Funkcjonariusz notował, kiwał głową i obiecał, iż sprawdzą. Wyszłam z poczuciem, iż oddałam swój lęk na depozyt i wróciłam z pustymi rękami. Po powrocie usiadłam na dywanie i pozwoliłam sobie na pierwszy płacz. Nie z rozpaczy z bezradności, która była cięższa niż najgorsza prawda.
Prawda przyjechała szybciej, niż się spodziewałam, i w najmniej romantycznej formie: listonosz przyniósł polecony na jego nazwisko. Otworzyłam, ręce mi drżały. W środku było wezwanie do zapłaty czynszu za mieszkanie w innym mieście.
Ulica, której nie znałam, numer lokalu, nazwisko Michała jako najemcy, adnotacja o zaległościach za dwa miesiące. Na kopercie data sprzed tygodnia. Siedziałam długo nad tym papierem, aż zrozumiałam, iż to nie pomyłka. To adres, pod który powinnam pojechać.
Pożyczyłam od sąsiada GPS, spakowałam torbę z dokumentami i ruszyłam. Droga ciągnęła się jak gumka, myśli szarpały mnie na wszystkie strony. Kiedy skręciłam w wskazaną ulicę, zobaczyłam zwykłą kamienicę: balkony z pelargoniami, rower oparty o klatkę, wózek dziecięcy. Zaparkowałam naprzeciwko i czekałam, czując, jak palce drętwieją od ścisku kierownicy.
Zobaczyłam go po dwóch godzinach. Wyszedł z bramy z siatką zakupów, w kurtce, którą kupiłam dwa lata temu. Za nim podeszła kobieta młodsza ode mnie, ale nie dziewczyna. W ręku trzymała klucze, na ramieniu lekka torba z dziecięcymi naklejkami.
Przed nimi wybiegł chłopiec, może pięcioletni, i zawołał: Tata!. Michał pochylił się, podniósł malca, pocałował go w czoło i zaśmiał się tak, jak nie śmiał od dawna. Jedną sekundę zrozumiałam wszystko i nie wytrzymałam tego obrazu dłużej. Zjechałam na pobliski parking, zgasiłam silnik i zaczęłam drżeć. Nie ze złości. Ze świadomości, iż mój świat już się nie sklei.
Zostałam w tym mieście do zmierzchu. Gdy zrobiło się ciemno, wróciłam pod kamienicę. Zapaliło się światło w oknie na drugim piętrze. Widziałam ich jedynie jako cienie: on nalewał coś do kubków, ona rozkładała talerze, dziecko biegało między kuchnią a pokojem. Byli zwyczajną rodziną. A ja stałam na ulicy i patrzyłam na własne życie.
Noc spędziłam w tanim hotelu. Rano napisałam Michałowi SMS: Musimy porozmawiać. Wiem wszystko. Odpisał po godzinie: Nie teraz. Proszę. Te dwa słowa paliły mi dłonie jak rozgrzany metal. Proszę. O co? O czas? O milczenie? O to, żebym znów udawała, iż nie widzę?
Wróciłam do domu i włączyłam tryb przetrwania. Najpierw rachunki: zablokowałam wspólne konto, ile mogłam, przejrzałam wyciągi. Regularne przelewy do tej samej spółdzielni mieszkaniowej, płatności kartą w sklepach w okolicy. Ubezpieczenie na życie z beneficjentem innym niż małżonek. Z każdym kliknięciem traciłam kolejne kawałki dawnych złudzeń. Potem telefon do prawnika numer dostałam od koleżanki z pracy, która kiedyś pomagała znajomej. Spotkanie wyznaczyłam na następny dzień. Nie czekałam już na jego telefon.
Tydzień później, nie zapowiedziany, stanął w drzwiach z miną, której nie znałam: jak chłopiec przyłapany na kradzieży cukierka, i jak mężczyzna, który boi się dorosnąć. Mogę wejść? zapytał.
Wpuściłam go. Usiadł przy stole, przy którym jedliśmy przez lata, i spojrzał na mnie bez cienia pewności siebie. Wiedziałem, iż kiedyś to się wyjdzie powiedział cicho. Nie zaprzeczał. Nie tłumaczył, iż to tylko przyjaciółka. Prawda leżała między nami jak ciężki kamień.
Opowiedział, iż poznał ją dwa lata temu na szkoleniu. Miała trudny związek, została sama z dzieckiem. Pomagał jej, potem spędzał z nimi weekendy najpierw jako wujek, potem już jako ktoś, kogo mały zaczął nazywać tatą. Mnie oszczędzał kłopotów, bo i tak już było między nami chłodno. Nie wiedział, jak wybrać. Nie był gotów zniszczyć żadnego domu. Podwójne życie dawało mu złudzenie, iż ratuje wszystkich.
Słuchałam i czułam, jak ogarnia mnie osobliwy spokój. Nie było już miejsca na krzyk. Miałam dwa pytania. Od kiedy? Dwa lata. Czy to koniec? Nie wiem, nie chcę cię stracić. Zdziwiłam się, iż potrafię się jeszcze uśmiechnąć gorzko, bez radości. Już mnie straciłeś powiedziałam.
Tego dnia postanowiliśmy tylko jedną rzecz: spać osobno. On w gościnnym pokoju, ja w sypialni. Trzeciego dnia spakował walizkę. Dokąd pójdziesz? zapytałam, choć nie chciałam wiedzieć. Tam, gdzie muszę wyjaśnić wszystko do końca odpowiedział. Drzwi zamknęły się cicho. Usłyszałam odjazd i po raz pierwszy od dawna poczułam, iż to ja decyduję, kiedy i jak oddycham.
Z prawnikiem przeszłyśmy listę spraw: podział majątku, zabezpieczenie finansów, kwestia mieszkania. Najtrudniejsze będzie nie prawo, ale emocje powiedziała. Miała rację. Dzieci zareagowały różnie: córka płakała, mówiąc, iż nie chce wybierać stron; syn milczał długo, po czym wyszeptał: Mamo, dlaczego nic nie powiedziałaś, kiedy było źle?.
Odpowiedziałam prawdą: Bo wierzyłam, iż to tylko kryzys. Bo bałam się, iż jeżeli nazwę to po imieniu, to się rozpęknie. A nie wiedziałam, czy mam siłę sprzątać po wybuchu. Sprzątałam jednak. Wyrzuciłam z szafek wszystko, co pachniało jego po goleniu. Zostawiłam albumy nie dlatego, iż chciałam do nich wracać, ale dlatego, iż były częścią naszej historii, w której jest też dobro. Zapisałam się na terapię. Pierwsze spotkanie było jak ciężki plecak ból nie znikł, ale przestał wbijać się w ramiona.
Minęły miesiące. On czasem pisał krótkie wiadomości, formalne, niczym z urzędowego pisma: Mam nadzieję, iż dobrze się czujesz, Czy mogę przyjść porozmawiać?. Odpowiadałam grzecznie, ale bez zaproszeń. W pewnym momencie napisał, iż spróbuje naprawić to, co zepsuł, iż potrzebuje czasu. Czas słowo, które latami było naszym wymówką na brak czułości. Ja w końcu przestałam mu go dawać.
Najtrudniejszy był poranek, kiedy wstałam i zrozumiałam, iż nie czekam na żaden telefon. Że nie odmierzam dnia jego grafikiem. Że mogę sama wybrać chleb, który lubię, i włączyć starą płytę, przy której płaczę i żyję jednocześnie.
Usiadłam przy kuchennym stole z kubkiem herbaty i pomyślałam, iż być może to właśnie jest początek. Nie spektakularny, nie filmowy. Taki, który mieści się w prostych gestach: w świeżych tulipanach kupionych dla siebie, w spacerze po południu bez powodu, w odwadze, by powiedzieć nie wiem, co dalej, ale to ja wybiorę.
Czy go nienawidzę? Nie. Nienawiść jest jak łańcuch wiąże tak mocno, jak miłość. Jest mi przykro. Czasem wstyd, iż nie zauważyłam. Żal tamtej mnie, która przesuwała granice, by nie wywołać awantur, i uczyła się żyć w niedopowiedzeniach. Ale obok tego jest wdzięczność. Dziwne słowo, wiem. Wdzięczność za to, iż prawda wyszła na jaw, zanim zupełnie zapomniałam, jak mam na imię.
Nie wiem, jak skończy się ta historia w papierach. Wiem, jak kończy się we mnie. Kończy się zdaniem, które powtarzam, gdy wraca lęk: nie mam wpływu na czyjeś podwójne życie. Mam wpływ na swoje jedno. I wybieram je przeżyć do końca, bez kłamstw, choćby jeżeli czasem oznacza to samotność przy kuchennym stole i ciszę, w której uczę się na nowo słyszeć własny oddech.










