Miałem w życiu trzy długie związki. W każdym z nich byłem przekonany, iż zostanę ojcem. W każdym z nich odchodziłem, gdy temat dzieci przestawał być tylko marzeniem, a stawał się realnym planem.
Pierwsza kobieta, z którą byłem Karolina miała już małą córeczkę. Miałem wtedy dwadzieścia siedem lat. Na początku zupełnie mi to nie przeszkadzało. gwałtownie przyzwyczaiłem się do ich trybu dnia, do obowiązków, do planowania według rytmu dziecka. Ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać o własnym dziecku, czas mijał, a nic się nie działo. Karolina jako pierwsza poszła do lekarza. U niej wszystko było w porządku. Coraz częściej pytała mnie, czy nie powinienem się przebadać. Odpowiadałem, iż nie ma potrzeby, iż wszystko przyjdzie z czasem. Ale czułem się coraz bardziej nieswojo, drażliwy, spięty. Zaczynaliśmy kłócić się o byle co. W końcu, pewnego dnia, po prostu odszedłem.
Drugi związek był inny. Marta nie miała dzieci. Od początku byliśmy zgodni, iż chcemy rodzinę. Lata mijały na próbach, staraniach, rozczarowaniach. Każdy negatywny test zamykał mnie w sobie jeszcze bardziej. A Marta coraz częściej płakała, coraz częściej zahaczała o ten temat. Ja zaś zaczynałem go unikać. Kiedy zaproponowała, żebyśmy wspólnie poszli do specjalisty, uznałem, iż przesadza. Zacząłem wracać później do domu, tracić zainteresowanie, czułem się, jakbym utknął w pułapce. Po czterech latach nasze drogi się rozeszły.
Trzecia kobieta Edyta miała już dwóch nastoletnich synów, Bartka i Patryka. Od początku mówiła, iż nie musimy mieć własnych dzieci, iż to już za nią. Ale ten temat znowu wrócił, i to ja go wywołałem. Chciałem sobie udowodnić, iż potrafię. A jednak znów nic z tego nie wyszło. W końcu poczułem, iż zajmuję miejsce, które nigdy nie było dla mnie przeznaczone.
W każdej relacji powtarzało się to samo. Nie chodziło tylko o rozczarowanie. To był strach. Strach przed tym, żeby usiąść naprzeciwko lekarza i usłyszeć, iż to ja jestem problemem.
Nigdy nie zrobiłem badań. Niczego sobie nie potwierdziłem. Wolałem uciec niż zmierzyć się z odpowiedzią, której mogłem nie udźwignąć.
Dziś mam ponad czterdzieści lat. Patrzę na swoje byłe partnerki, widzę ich rodziny, dzieci, które nie są moje. Czasem zastanawiam się, czy naprawdę odchodziłem, bo byłem już zmęczony, czy raczej dlatego, iż zabrakło mi odwagi, by zostać i zmierzyć się z tym, co być może spotkało właśnie mnie…














