Jacek? Zofia Nowak, sąsiadka, spojrzała zdziwiona na mężczyznę stojącego w korytarzu. Jesteś w domu? Myślałam, iż w Warszawie. Helena mówiła, iż wyprowadzicie się dopiero za dwa tygodnie.
Przeziębiony, mruknął Jacek Kowalski, zamykając drzwi i odwracając się do niej.
Coś poważnego? zapytała troskliwie.
Co poważnego! wykrzyknął Jacek, zaciągając się. Kaszlę tylko kilka razy i już cała kamienica straszy! Niech wyjdą, bo dziecko zaraz zachoruje! ale Helena musiała iść w swoją stronę. Dziś nocą odjechała.
A jak długo zamierzacie tak żyć? dodała sąsiadka z nutą szyderstwa. Nie męczy już?
Co to za pytanie? zmarszczył brwi Jacek.
Nie lubił, gdy ktoś wtrącał się w jego rodzinne sprawy, ale tym razem nie powstrzymał się.
Pracą zmianową! wykrzyknął.
No tak, Zosiu, wymamrotał Jacek, a co tu zmiana pracy? Nie jedziemy do biura. To dla nas wielka radość.
Radość? odpowiedziała Zofia. Ostatnio chodzicie jakbyście wpadli w wodę! Cieszcie się tak, a nie drwiacie z siebie. Nikt i tak nie doceni.
***
Jadwiga, córka Jacka i Heleny, po ukończeniu studiów przez prawie rok szukała pracy w swoim fachu, ale co chwilę napotykała przeszkody: albo odległość, albo niska pensja, albo po prostu nie podobało się jej. Rodzice uspokajali ją, iż w końcu znajdzie to, czego szuka. ale marzenie o wymarzonej posadzie pozostawało jedynie marzeniem.
W końcu Jadwiga postanowiła wyjechać do Warszawy. Koleżanka ze studiów właśnie znalazła tam pracę i zaproponowała wspólny wyjazd. Mamy jeszcze wolne etaty, dwoje przygód, a nie tak strasznie, bo to inny kraj», namówiła ją. Rodzice nie byli zachwyceni. Liczyli, iż w domu można się ułożyć wystarczy poczekać. Jadwiga nigdy nie mieszkała sama, a wynajęcie mieszkania w stolicy kosztowało fortunę w złotych. Nie wiedzieli, na czyj barki spadnie ciężar tej odpowiedzialności i na jak długo.
Mimo wszelkich argumentów Jacka i Heleny, Jadwiga obiecała codzienne telefony i częste wizyty, po czym ruszyła do Warszawy.
Znalazła pracę w przyzwoitej firmie. Mieszkanie nie musiała wynajmować przydzielono jej pokój w akademiku, o czym nie śniła. Na początku przyjeżdżała codziennie, tęskniła, a potem wizyty stawały się rzadsze, a kontakt ograniczał się do krótkich rozmów.
W Warszawie Jadwiga zakochała się w Krzysztofie, młodym warszawiaku. Ich romans rozwinął się szybko, a niedługo mówili już o ślubie. Jadwiga, w tajemnicy, zdradziła rodzicom, iż spodziewa się dziecka.
Po ślubie młodzi wynajęli własne mieszkanie. Krzysztof stanowczo odmówił mieszkania z rodzicami. Ci poczuli się urażeni, ale nie kłócili się. jeżeli chcesz żyć samodzielnie, żyj. Tylko nie liczyć na naszą pomoc, rzekli.
Krzysztof odpowiedział z uśmiechem:
Nie liczę!
Po co tak? zapytała łagodnie Jadwiga. To twoi rodzice. Co może się stać?
Nie bój się! objął ją Krzysztof. Wszystko będzie dobrze.
I rzeczywiście, wszystko układało się jak w bajce. Para dobrze zarabiała, ciąża przebiegała pomyślnie. Jadwiga przeszła na urlop macierzyński i urodziła piękną, zdrową dziewczynkę, Wiktorię. Dziadkowie z euforią rozpieszczali wnuczkę, a ich przyjaciele z Warszawy odwiedzali ją co tydzień. Rodzice Jadwigi przyjeżdżali, gdy tylko mogli; ojciec pracował dopiero do emerytury, a matka miała jeszcze pięć lat do wyjścia na rentę.
Wszystko trwało spokojnie, dopóki Krzysztof nie stracił pracy nie stracił, ale sam zrezygnował, przekonany, iż znajdzie lepsze stanowisko. Nie udało się. Ostatnią chwilą ofertę przejął ktoś inny. Krzysztof wpadł w depresję, popadł w alkohol i stał się drażliwy, niezadowolony, obwiniając cały świat. W końcu trafił do szpitala psychiatrycznego.
Jadwiga rozdarła się między mężem a dzieckiem. Krzysztof wymagał coraz więcej uwagi, niekiedy więcej niż dwuletnia Wiktoria. Na domiar złego, teściowa nieustannie krytykowała Jadwigę:
Zapomniałaś o synu! Nie dbasz o niego, a sama mu na karku się wpatrujesz!
Na który kark? zdziwiła się Jadwiga. Przecież jestem na urlopie macierzyńskim.
Więc przestań siedzieć w domu! Dziecko ma dwa lata! Idź pracować! Czy zamierzasz całe życie żyć na nasz koszt?!
Jadwiga nie wiedziała, czy teściowa naprawdę tak myśli, czy udaje. Krzysztof od pół roku nie pracował; ich jedyne środki pochodziły z zasiłków i oszczędności, które rodzice Jadwigi wpłacali jako jedną pensję. A teściowa oskarżała ją o drobne kradzieże!
Zarazem Jadwiga podzieliła się problemem z rodzicami. Jacek i Helena wysłuchali jej i doradzili, by poszukała przedszkola.
Po pierwsze, to zajmie trochę czasu zauważyła Helena. Po drugie, jeżeli teściowa podnosi ten temat, nie odpuści.
A nasza wnuczka ma dopiero dwa lata! jęknęła Jadwiga. Jakie przedszkole?
Ja i twój tata oddaliśmy cię do żłobka, kiedy miałaś półtora roku uśmiechnęła się Helena. Zobacz, jakąś dorosłą już masz!
Mamo! łzy wypełniły oczy Jadwigi. Nie było inaczej! A teraz mówisz, iż mam ranić dziecko przez głupie życzenia babci!
Zobacz sama, córko wtrącił się Jacek. jeżeli coś będzie potrzebne, pomożemy.
Helena wzruszyła ramionami i pomyślała: Co możemy zrobić? 700kilometrów to spory dystans!.
***
Coś się stanie szybciej niż się spodziewano. Miejsce w przedszkolu znalazło się niemal od razu. Jadwiga poinformowała dyrekcję, iż wróci do pracy za miesiąc. W tym samym czasie Krzysztof znalazł nową posadę.
Zostało tylko przyzwyczaić Wiktorię do przedszkola.
Nauczycielki poprosiły, by najpierw zostawała na godzinę, potem na dwie, a w końcu do południa. Teoretycznie proste, w praktyce koszmar.
Gdy tylko zobaczyła budynek, mała krzyczała tak, iż echo odbijało się po korytarzach. Przez cały tydzień nie przestawała wyłuwać. Chwilowo uspokajała się w szatni, ale gdy tylko poczuła, iż mama odchodzi, krzyk wracał.
Krzysztof próbował zabrać ją sam. Nie pomogło. Rodzice razem, potem każdy z osobna, obiecali, iż nie będzie, a jednak nic nie działało. Wydawało się, iż dziecko wie, iż rodzice są tuż obok i słyszy jej krzyki.
W końcu wychowawczynie, zmęczone, powiedziały:
Nie martwcie się, to normalne. Przyprowadźcie ją za kilka miesięcy, niech dorosła.
Łatwo wam mówić za kilka miesięcy wykrzyknęła Jadwiga, wracając do domu. A ja mam iść do pracy? Przecież sama się o to poprosiłam!
Nie wiem odparł Krzysztof ale nie możemy tak męczyć dziecka.
Wtedy Jadwiga przypomniała sobie, iż teściowie są już na emeryturze i mieszkają niedaleko. Niech przyprowadzają ją na przedszkole!, pomyślała.
Porozmawiam z nimi odrzekł Krzysztof, niepewnie. Nie wiem, czy się zgodzą.
Z dziadkami przychodził czas, gdy po kolei prowadzili Wiktorię do przedszkola. I nagle dziewczynka szła spokojnie, machała ręką na pożegnanie i nie płakała.
Jednak po kilku miesiącach przedszkole stało się ciężarem dla rodziców. Krzysztof i Jadwiga zaczęli tłumaczyć, iż zdrowie wymaga ich obecności, więc zrezygnowali z opieki nad wnuczką.
Potrzebuję całego oka na ten maluch, a u mnie ciśnienie! narzekała teściowa. A u ojca ból pleców Wiesz, jak on cierpi!
Rozumiem westchnął Krzysztof ale co teraz? Dziecko ma odjeżdżać o dwunastej, a my w pracy.
Teściowa wściekła się, iż nie podziękowali im wystarczająco za opiekę. Jadwiga wyjaśniła, iż to ich pomysł, by oddać dziewczynkę do przedszkola, i iż dzięki temu nie siedziałaby w domu.
Czy myślicie, iż to nasza wina? krzyknęła matka Krzysztofa, chwytając męża za rękę. Idźmy stąd!
W pewnym momencie Krzysztof zamknął drzwi za sobą i zapytał:
Co teraz zrobimy?
Nie wiem wzruszyła się Jadwiga. Może będę musiała zrezygnować z pracy.
To nie rozwiązanie.
Co proponujesz?
Zostawić Wiktorię w przedszkolu do wieczora.
A rano? Nie będziesz jej samodzielnie tam zanieść! Nie chcę w tym brać udziału!
Ale wszystkie dzieci chodzą do przedszkola bez problemu!
Nasza córka nie jest każdym!
Wtedy zadzwoniła matka Jadwigi. Dziewczynka opowiedziała wszystko.
Przyjadę jutro obiecała Helena. Mam urlop i właśnie jedzie do was. Mamy więc miesiąc do zagospodarowania.
Po rozłączeniu Jadwiga podskoczyła radośnie:
Jutro przyjedzie mama! Jesteśmy uratowani!
Wspaniale! odparł Krzysztof, z nutą ironii. Czas lepiej poznać teściową. Mam nadzieję, iż się dogadamy.
Oczywiście, uśmiechnęła się Jadwiga. Mama jest prawdziwą mamą i na pewno coś wymyśli.
Helena rzeczywiście podjęła działania. Zadeklarowała, iż będzie przyjeżdżać na zmianę, aby obserwować Wiktorię, bo nie mieli własnych możliwości.
Nie gniewaj się, kochana, mówiła, spoglądając na zięcia, wiek to tylko liczba. Kiedyś miałam siły, a potem nagle ich zabrakło.
Nie gniewam, odpowiedziała Jadwiga. Tylko nie rozumiem, jak wy będziecie przyjeżdżać, kiedy ja pracuję?
Załatwię to, zapewnił Jacek. Za dwa tygodnie przejdę na emeryturę, więc będę mógł w pełni pomóc. Wtedy Wiktoria będzie już czterolatką i sama pójdzie do przedszkola, a my będziemy ją odbierać.
Tak postanowiono.
Rankiem Helena pojechała z Wiktorią do przedszkola; dziewczynka usiadła spokojnie, a po południu Helena otrzymała telefon: trzeba ją odebrać.
Od tego czasu Jacek i Helena co dwa tygodnie wędrują do Warszawy, by zająć się wnuczką, choć Jacek już na emeryturze, a więc ma więcej czasu. Wieczorami wracają do domu, spacerują po Warszawie nie z miłości, ale dlatego, iż nie potrafią patrzeć, jak młodzi budują własne życie.
Nic nie chcą robić, jedzą zamówioną kebab, nie sprzątają, opowiada Jacek sąsiadom. Nie rozumiem, jak to możliwe. Wiktoria ogląda te okropne bajki i kaprysi. Wszyscy mają własne zdanie i uważają je za jedyne słuszne. A ty jak to znosisz?
Dla mnie łatwiej, westchnęła Helena. Zawsze znajdę coś do robotI tak, choć lata minęły, wspomnienia o tych burzliwych dniach wciąż drzemają w sercach wszystkich, przypominając, iż miłość i odpowiedzialność nie znają granic.









