Jestem Jan Morawski, młody multimilioner, który pewnej zaśnieżonej zimy natknął się na małą dziewczynkę nieprzytomną, trzymającą w ramionach dwa niemowlęce bliźniaki, w samym sercu Łazienkowskiego parku w Warszawie. Gdy obudziłem się w swoim dworcu, tajemnica, którą odkryłem, odmieniła moje życie.
Patrzyłem, jak śnieg opada przez wielkie okna mojego apartamentu w Wieży Morawskich. Zegar cyfrowy na biurku wskazywał 11:47, a ja nie zamierzałem wracać do domu. W wieku trzydziestu dwóch lat byłem przyzwyczajony do nocnych, samotnych maratonów pracy – rutyny, która w pięć lat pozwoliła mi potroić majątek, odziedziczony po rodzicach.
Moje niebieskie oczy odbijały blask miasta, gdy masowałem skronie, walcząc z zmęczeniem. Ostatni raport finansowy wciąż był otwarty na laptopie, ale słowa zaczynały się rozmywać. Potrzebowałem świeżego powietrza. Włożyłem płaszcz z włoskie kaszmiru i ruszyłem do garażu, gdzie czekał mój samochód – Audi A8. Noc była wyjątkowo mroźna, choćby jak na grudniowy Warszawę. Termometr w samochodzie pokazywał –5 °C, a prognoza zapowiadała dalszy spadek temperatur w środku nocy.
Jedziec bez celu przez kilka minut, uspokajany cichym mruczeniem silnika, rozmyślałem o liczbach, wykresach i o rosnącej samotności. Zofia, moja wieloletnia pokojówka, zawsze nalegała, żebym otworzył się na miłość, tak jak ona mawiała. Po rozczarowaniu ostatniego związku z Wiktorią, kobietą z wyższych sfer, która interesowała się wyłą, postanowiłem poświęcić się wyłącznie interesom. Nieświadomie znalazłem się w pobliżu Łazienkowskiego parku.
Park był zupełnie pusty, jedynie kilku pracowników utrzymania pracowało pod żółtawym blaskiem latarni. Śnieg spadał grubymi płatkami, tworząc niemal nierealny pejzaż. „Może spacer pomoże” – mruknąłem do siebie. Gdy zaparkowałem, zimny podmuch wiatru uderzył w twarz jak małe igły. Moje włoskie buty zapadały w miękkim śniegu, zostawiając ślady, które gwałtownie wypełniała kolejna warstwa białego puchu.
Cisza była prawie absolutna, przerywana jedynie odgłosami własnych kroków. Nagle usłyszałem dźwięk. Na początku pomyślałem, iż to wiatr, ale był to słaby, ledwo słyszalny płacz, który rozbudził wszystkie moje instynkty. Zatrzymałem się, starąjąc się, skąd dochodzi. Dźwięk stał się wyraźniejszy przy placu zabaw. Serce mi przyspieszyło, a ja podszedłem ostrożnie. Huśtawki i zjeżdżalnie wyglądały jak upiorne konstrukcje w słabym świetle latarni. Krzyk był coraz głośniejszy, dochodząc z zarośli pokrytych śniegiem.
Obwąchałem krzak i nagle serce podskoczyło. Tam, częściowo przykryta białym puchem, leżała dziewczynka. Nie mogła mieć więcej niż sześć lat, a jedynie cienki płaszcz zdawał się nie chronić przed mrozem. Co najbardziej mnie zdziwiło, to fakt, iż przytulała dwa małe guziki przy piersi.
„Bliźniaki, Boże drogi!” – upadłem na kolana w śniegu. Dziewczynka była nieprzytomna, a jej wargi przybrały przerażająco niebieski odcień. Drżącymi palca sprawdziłem puls – był słaby, ale żywy. Maluchy zaczęły płakać głośniej przy każdym ruchu. Nie tracąc czasu, zdjąłem płaszcz i owinąłem trójkę w niego. Sięgnąłem po telefon. Dłonie drżały tak, iż prawie go upuściłem. „Dr Kowalski, wiem, iż jest późno, ale to nagły wypadek.” Głos był napięty, ale kontrolowany.
„Muszę przyjechać natychmiast do rezydencji. Nie, to nie dla mnie. Znalazłem trójkę dzieci w parku. Jedno nieprzytomne.” „Tak, już jedziemy.” Potem zadzwoniłem do Zofii. Mimo lat wciąż zadziwiał mnie jej zdolność do natychmiastowej reakcji na pierwszy dzwonek, niezależnie od pory. „Zofia, przygotuj trzy ciepłe pokoje i odłóż czyste ubrania. Nie są to goście. Przynoszę dziewczynkę około sześciu lat i dwa niemowlęta.”
„łam, iż tak. Wyjaśnię, gdy przyjadę. Zofia wezwała też pielęgniarkę, panią Henderson, która opiekowała się mną po złamaniu ręki. Ostrożnie podniosłem małą grupkę. Dziewczynka była niezwykle lekka, a niemowlęta, które wyglądały na bliźniaki, nie mogły mieć więcej niż sześć miesięcy. Z wdzięcznością powróciłem do samochodu, ciesząc się, iż wybrałem model z przestronnym tylnym siedzeniem. Włączyłem ogrzewanie na pełną moc i ruszyłem jak najszybciej w tych warunkach w stronę rezydencji na przedmieściach Warszawy.
Co kilka sekund zerkałem w lusterko, by sprawdzić, jak mają się dzieci. Maluchy uspokoiły się nieco, ale dziewczynka wciąż leżała bez ruchu. W głowie szły mi pytania. Jak trafiły tam te trzy? Gdzie są ich rodzice? Dlaczego tak mała dziewczynka była sama z dwoma niemowlętami w taką noc? Coś było nie tak.
Rezydencja Morawskich była imponującym, trzykondygnacyjnym dworkiem w stylu klasycystycznym, o powierzchni ponad 1800 m². Gdy przekroczyłem wrota ze żelaznym kutym wjazdem, zobaczyłem, iż wiele świateł już płonie. Zofia stała przy głównych drzwiach, włosy splecione w zwykły kok, w szlafroku przewieszonym przez koszulę nocną. „O Boże” – wykrzyknęła, widząc mnie z dziećmi. „Co się stało?” – zapytała. „Znalazłem je w Łazienkach” – odparłem wchodząc. „Czy pokoje gotowe?” „Tak, przygotowałam różową suknię i dwa sąsiednie pokoje na drugim piętrze. Pani Henderson jest w drodze.” Wspiąłem się po marmurowych schodach, Zofia za mną.
Różowa suita, nazwana tak od delikatnych różowo‑kremowych wstawek, była jedną z najwygodniejszych w domu. Położyłem dziewczynkę na dużym łóżku z baldachimem, a Zofia zajęła się niemowlętami. „Daję im ciepłą kąpiel” – powiedziała, a jej doświadczenie z dziećmi było widoczne w spokojnych ruchach. „Czy lekarz już przyjechał?” „Tak, powinien być wkrótce.” Dzwonek rozległ się. To był dr Kowalski.
Dr Kowalski, sześćdziesięcioletni lekarz rodziny Morawskich od dzieciństwa, przybył w eleganckim szarym garniturze, mimo późnej godziny i nagłej wizyty. „Gdzie pacjenci?” – zapytał, otwierając torbę. Prowadziłem go do różowej suity, gdzie dziewczynka przez cały czas nieprzytomna. Lekarz dokładnie zbadał ją, kontrolując tętno i temperaturę. Zdiagnozował lekką hipotermię. „Miała szczęście, iż nie spędziła więcej czasu w mrośnym zimnie.”
Wkrótce pojawiła się pani Henderson, przyjazna, nieco krągła pielęgniarka w średnim wieku. Razem z Zofią zajęła się bliźniakami, które, ku naszemu zdumieniu, były w lepszej kondycji niż starsza dziewczynka. „To niezwykłe” – skomentował dr Kowalski po zbadaniu maluchów. „Mają jedynie lekki zimny szok. Dziewczynka użyła własnego ciała, by je chronić – to odważny czyn.”
Godziny mijały powoli. Pani Henderson została w sąsiednim pokoju, gdzie Zofia przygotowała dwie małe kołyski. Nie mogłem się odwrócić od dziewczynki, obserwując jej blade oblicze, kiedy spała. Coś w niej budziło w mnie pierwotny instynkt ochrony, jakiego nigdy wcześniej nie czułem. Około trzeciej nad ranem zaczęła się poruszać, najpierw lekko, potem otworzyła oczy, które teraz lśniły intensywną zielenią.
„Jesteś bezpieczna” – szepnąłem, gdy próbowała usiąść. „Gdzie są rodzice?” – zapytała drżąc. „W pokoju obok. Zofia i pani Henderson się nimi zajmują.” Dziewczynka uspokoiła się nieco, ale wciąż patrzyła przerażonym wzrokiem na otoczenie. „Gdzie? Gdzie jestem?” – szeptała. „W moim domu” – odparłem łagodnie. „Nazywam się Jan Morawski. Znalazłem ciebie i niemowlęta w parku.” Po chwili namysłu dodałem: „Jak masz na imię?”
„Bogna” – wyszeptała, a jej głos był ledwie słyszalny. „Jakie masz lata?” – zapytałam. „Sześć” – odpowiedziała, wciąż niepewna. „A co z maluszkami?” – dopytałem. „Kacper i Michał” – wymówiła, a wspomnienie w jej oczach przywróciło lęk. „Muszę je zobaczyć” – wykrzyknęła, próbując wstać. Delikatnie przytrzymałem ją za ramiona. „Spokojnie, są w porządku.”
Zofia, wchodząc z tacą gorącej czekolady, wymieniła spojrzenia z mną, pełne troski. „Nie pozwolimy nikomu ich skrzywdzić, Bogno” – obiecałem, trzymając ją mocno. Łzy spłynęły po jej bladej twarzy, a Zofia podniosła szklankę z ciepłym napojem. „Masz ochotę na coś do jedzenia?” – zapytała, podając talerz z lekką zupą warzywną i świeżym chlebem. Bogna po chwili zjadła, choć wciąż była wyczerpana. Zauważyłem pod jej koszulką niebieskie siniaki i wyblakłe policzki, które świadczyły o długim cierpieniu.
Kiedy skończyła zupę, Bogna poprosiła o jeszcze jedno spojrzenie na Kacpra i Michała. Weszliśmy razem do sąsiedniego pokoju, gdzie pani Henderson siedziała w krześle, a maluchy spokojnie spędzały czas w przygotowanych kołyskach. Bogna przeszła palcami po ich małych ciałach, a jej oczy rozbłysły radością, iż są bezpieczne. Po chwili wróciła do łóżka, a ja położyłem ją pod ciepłe kołdry i szepnąłem: „Śpij, już jesteś w domu”.
Następnego ranka zadzwonił Tomasz Baran, prywatny detektyw, którego wynająłem, aby dowiedzieć się, skąd pochodzą te dzieci. „Potrzebuję informacji o tej rodzinie” – powiedział, a ja przyznałem się do braku wiedzy. „Robert Mateusz, zamożny przedsiębiorca farmaceutyczny, ma dwa dzieci. Jego żona, Klara Mateusz, była nauczycielką muzyki. Wypadek samochodowy, wczoraj, to jedyne, co o nich słyszałem.” Tomasz przyjrzał się dokumentom, po czym dodał: „W ciągu pięciu lat Robert miał siedemnaście zgłoszeń policyjnych o kłopotach domowych, nigdy nie postawiono mu zarzutów, ale zawsze były otoczone tajemnicą.”
Zrozumiałem, iż Bogna, Kacper i Michał są dziećmi roszczeniowych, a Robert Mateusz szuka ich, by wykorzystać ich majątek. Krótkie spotkanie z Zofią w kuchni, kiedy przygotowywała śniadanie, potwierdziło, iż dzieci potrzebują stałej opieki. „Zróbmy wszystko, co w naszej mocy, by ich chronić” – powiedziała, a ja poczułem, iż moja jedyna misja stała się