Zawsze miałam wrażenie, iż rodzice niesprawiedliwie mnie traktowali. Zacznijmy od mojego dzieciństwa wychowałam się praktycznie u babci, bo rodzice harowali jak woły, żeby związać koniec z końcem. Doskonale pamiętam, jak zostawiali mnie z babcią, kiedy wyruszali do pracy czy ogarniać inne swoje sprawy. Szczerze mówiąc, to babci zawdzięczam większość wychowania i jestem jej za to niezmiernie wdzięczna.
Teraz sama mam już dzieci, dwie córki: Jagodę i Halinę. Ja i mój mąż zasuwamy na dwa etaty, żeby uskładać na własne mieszkanie, co w Warszawie jest zadaniem równie karkołomnym, co wejście na Rysy w japonkach. Początki były trudne, chwilami miałam wrażenie, iż nie dożyjemy końca miesiąca, ale rodzice zaoferowali pomoc. Odprowadzali dziewczynki do przedszkola, odbierali je, taszczyli na różne zajęcia, a na koniec jeszcze spędzali z nimi masę czasu.
W skrócie: przygarniali dzieciaki pod swoje skrzydła, a ja z mężem mogliśmy tyrać bez wyrzutów sumienia. Rozumieli naszą sytuację i zawsze byli gotowi dorzucić swoją cegiełkę. Aż któregoś razu mama oświadczyła mi, iż planują wynająć mieszkanie i przeprowadzić się na wieś, do jakiejś wsi pod Opolem, hen daleko od naszego bloku. I mnie to rozwścieczyło. Mamo, czy nie możesz poczekać jeszcze kilka miesięcy z tą przeprowadzką? jęknęłam. Uzbieraliśmy już prawie całą sumę na mieszkanie, jeszcze chwila i będzie nasze. jeżeli teraz się wyniesiesz, będę musiała rzucić pracę i nici z własnego kąta w tym roku!
Reakcja mamy rozłożyła mnie na łopatki. Nie zostajemy tu dla ciebie, kochanie. Chcemy wyjechać i to zrobimy. Ale musisz w końcu sama dbać o swoje dzieci. Całe życie liczysz na innych, a przecież to nie nasz obowiązek usłyszałam. Było mi przykro, czułam się trochę urażona, ale zachowałam zimną krew. Uznałam, iż kilka miesięcy nie zbawi rodziców, a skoro nie chcą już być naszymi aniołami stróżami, to nie mam prawa ich zmuszać. Z mężem jesteśmy przyzwyczajeni stawiać czoła trudnościom sami, więc po prostu zwijamy rękawy i robimy swoje po polsku, bez zbędnych lamentów.









