Dziennik osobisty wtorek
Wszyscy moi znajomi ostatnio kupują mieszkania, wydają złotówki na remonty, ustalają wspólne plany, a ja Patrzę jak narzeczona, a teraz już żona, przepuszcza wszystkie nasze oszczędności na pomnażanie majątku.
Każdemu koleżance i koledze trafiła się miła żona, a ja? Zgarnąłem największą naiwną.
Ola opowiadała wszystkim, iż po ślubie spokojnie kupimy mieszkanie, bo goście dadzą nam pieniądze, rodzina pomoże, rodzice zawsze coś dorzucą, jak to w polskich domach bywa. Rzeczywistość okazała się mniej różowa jej rodzice, kiedy usłyszeli, iż chce wyjść za marnego pośrednika bez wykształcenia w wieku dwudziestu lat, parsknęli śmiechem i powiedzieli, iż jak już pchała się w taki związek, to niech teraz sama się wykaże w kwestii mieszkania. Naśmiewali się otwarcie, aż musiałem z Olą wrócić do moich rodziców.
A przecież mieszka już tam mój brat z ciężarną dziewczyną. Po prostu brakuje miejsca, duszno od emocji i kartonów. Rodzice delikatnie zasugerowali, iż przydałoby się, żebyśmy się w końcu wynieśli chociaż na wynajem, ale ja chciałem odkładać na wkład własny do kredytu, żeby mieć kiedyś nasz dom. Ola znała moje plany, mówiła, iż to marzenie jej życia, by mieć własne cztery kąty, a potem wydała wszystkie nasze pieniądze na akcje.
Po co? Żeby mnożyć kapitał.
Mama się prawie popłakała, gdy jej to wyznałem. Serce mi się kraje bo wartość tych akcji od tygodni spada, a ich sprzedaż teraz oznaczałaby sporą stratę. Zostaje czekać w niepewności, tkwić na minusie i łudzić się, iż może odrobią kiedyś do poziomu, na którym wchodziliśmy. Tymczasem moi znajomi mają śluby, dzieci, ukochane mieszkania, a my? Mamy kawałki papieru, które formalnie się nazywają akcjami.
Ola płacze, żałuje, zarzeka się, iż została oszukana. Zapłaciła choćby specjalistom, którzy mieli ją nauczyć, gdzie i jak inwestować. A ja w myślach rozważam rozwód. Może to okrutne, ale naprawdę nie wiem, czy moja miłość jest aż tak wielka, skoro nie umiem wybaczyć. Każdy grosz, który zarobiłem na nadgodzinach, te wszystkie lata odkładania, teraz zamieniły się w dym.
Jakby spojrzeć na to chłodno, nasze małżeństwo od początku kulało, a ta sytuacja to tylko gwóźdź do trumny. Chyba naprawdę miałem pecha i to nie od dziś bo po prostu ożeniłem się z głupią dziewczyną.




