Mój brat opowiedział mi, iż nasza mama spoliczkowała jego żonę, a ja od razu poczułam, iż w tej sytuacji coś nie gra.

polregion.pl 5 godzin temu

Gdy byłam na urlopie w Kołobrzegu, zadzwoniła do mnie mama. Była totalnie rozbita tylko łzy i szloch, jakby się świat zawalił. Rozłączyłam się i od razu dzwonię do brata, bo może coś wie. On jednak zachował się jak rasowy polski Janusz zamiast pomóc, burknął Zapytaj samej matki, dobrze wie czemu płacze! W końcu przyszła kryska na Matyska!. Idealnie na nerwy.
Byłam wściekła jak osa, więc z mężem zdecydowaliśmy, iż koniec z plażą i smażoną flądrą czas wracać do domu, choćby jeżeli bilety za powrót boliły w portfel (wiecie, te ceny na PKP, czyste szaleństwo, prawie jak wygrana w Lotto, tylko odwrotna).
Gdy dotarliśmy do mamy na warszawskie Bemowo, ona wyglądała, jakby połknęła zestaw do alarmu cała roztrzęsiona, poleciały kropelki walerianowe. Kiedy trochę odżyła, opowiedziała, co się działo. Okazało się, iż wróciła z pracy (biuro rachunkowe, klasyka polskiej codzienności), weszła do domu i zastała synową Annę całą w siniakach. Wiedząc, iż Anna spodziewa się dziecka, mama spanikowała. Przytuliła ją odruchowo i pyta, co się stało. No i w tym momencie wchodzi na scenę mój brat Tomek, a jego żona zaczyna dziki show, krzycząc, iż mama ją katuje!
Mama zdezorientowana bardziej niż na lekcji matematyki w podstawówce, nie mogła uwierzyć, co się tu odstawia. Tomek, święcie przekonany o winie matki (polskie zaufanie rodzinne na plus), nie puszcza pary wyrzuca mamę z mieszkania. Potem z żoną do szpitala, bo niestety Anna poroniła. Kontaktów z nami nie chciał choćby telefonów nie odbierał, a nasza mama została z rozbitym sercem i na dokładkę bez dachu nad głową.
No ale ja, wiadomo, słuch mam nie od parady i żołądek wyczuwający rodzinne kłamstwa na kilometr, przeczuwałam, iż coś tu nie gra. Ufałam bardziej mamie niż serialom na TVP1. I na szczęście prawda szybciej wyszła niż bociany na wiosnę.
Szczęśliwie przyjaciółka Anny, Danusia (taka prawdziwa złota dziewczyna z Pragi), przepuściła mi całą historię. Powiedziała mi bez owijania w bawełnę: Anna od samego początku robiła teatr, żeby wyrzucić teściową z mieszkania. Sama celowo pozbyła się ciąży, a cała historia to była jej intryga rodem z M jak Miłość, tylko bez happy endu.
Gdy Tomasz wreszcie się zorientował, zrobił burzę z piorunami i żonę wystawił za drzwi. A do matki? Przyszedł z bukietem róż i przeprosinami tak wielkimi, jakby chciał zmazać wszystkie grzechy świata.
A mama? Matka-Polka pełną gębą, honorowa i wybaczająca, rozłożyła ręce, przytuliła syna i jeszcze zaserwowała mu domowy rosół. No, cóż w polskim domu jak w polskiej bajce: czasem kupa błota, ale serce zawsze na swoim miejscu.

Idź do oryginalnego materiału