Kiedy wspominam tamte czasy, widzę przed oczami mojego syna, jak przez długie lata bez pośpiechu szuka tej jednej, z którą mógłby iść przez życie. Nigdy nie podważałam jego wyborów ani nie naciskałam, pozwalając mu samodzielnie podejmować najważniejsze decyzje. Pamiętam jednak, jak bardzo się cieszył, gdy w końcu, tuż po trzydziestych urodzinach, przyprowadził do domu Irenę. W jego oczach widziałam iskry szczęścia, a każde jego słowo było pełne podziwu dla niej. Opowiadał mi i wszystkim znajomym, jaka to pogodna, zaradna i urodziwa kobieta. Pomyślałam wtedy, iż wreszcie odnalazł swój spokój.
Ja sama również od razu polubiłam Irenę. Czułam, iż syn jest przy niej naprawdę szczęśliwy. Oboje zapragnęli, by ich ślub odbył się jak najszybciej. Pomagałam przy organizacji wesela, choć wiadomo, ile to trudu wymaga szczególnie, gdy rodzinie zależy na tradycyjnym, polskim przyjęciu. Przyjaciele bardzo się zaangażowali, a z rodzicami Ireny gwałtownie znalazłam wspólny język, śmiejąc się przy stole i dzieląc się opowieściami z dawnych lat. Tamten czas był dla wszystkich chwilą radości, ale jak to bywa los niedługo zaczął wystawiać młodą parę na próby.
Rok po ślubie stał się dla nich czasem niezgody. Coraz częściej słyszałam, iż między nimi jest napięcie, iż drobne sprzeczki przeradzają się w poważniejsze kłótnie. Martwiłam się o nich, ale mocno wierzyłam, iż każde małżeństwo przechodzi trudne chwile, szczególnie na początku. Jednak niepokój rósł we mnie z każdym kolejnym dniem, kiedy widziałam, jak z oczu mojego syna znika dawny blask.
Pamiętam pewien deszczowy wieczór. Syn zapukał do moich drzwi z walizką, mówiąc, iż Irena wyrzuciła go z mieszkania. Został u mnie na kilka dni. Byłam przekonana, iż zaraz wszystko minie, iż pojawi się u mnie synowa, by razem z nim rozwiązać spór. Ale ona nie przyszła ani razu. Takie sytuacje powtarzały się jeszcze kilkakrotnie ich kłótnie zataczały coraz szersze kręgi.
Gdy Irena zakomunikowała, iż spodziewa się dziecka, uznałam, iż nadszedł czas, by próbować im pomóc. Zgromadziłam ich przy stole i zaczęłam dzielić się moim doświadczeniem, udzielając rad, jak mogą wspólnie przezwyciężyć trudności. Ku memu żalowi odniosło to jednak odwrotny skutek. Ich nieporozumienia się nasiliły, a mój syn coraz częściej spędzał u mnie noce. Był zamyślony, przygnębiony, nie przypominał już tego szczęśliwego młodzieńca, którym był jeszcze niedawno.
Nie mogłam dłużej patrzeć, jak cierpi, dlatego doradziłam mu, by przemyślał, czy dalsze trwanie w tym małżeństwie ma sens. Mówiłam mu, iż może być dobrym ojcem, choćby jeżeli zdecyduje się zamieszkać osobno. niedługo potem podjął decyzję udał się do sądu i złożył wniosek o rozwód. Pamiętam, jak wtedy wszystko zamarło, a ja nie byłam pewna, czy dobrze zrobiłam, podpowiadając takie rozwiązanie.
Po jakimś czasie do mojego mieszkania przyszła Irena. Siedziała przy stole i z łzami w oczach prosiła mnie, bym spróbowała wpłynąć na syna, by wycofał pozew. Mówiła, iż nie chce rozbijać rodziny, błagała, bym jej pomogła, żebym przekonała go do dania jeszcze jednej szansy ich miłości. Widziałam jej rozpacz, ale czułam też ciężar odpowiedzialności, jaki na mnie spoczywał.
Myślę czasem, czy powinnam była namawiać syna do takiej decyzji. Jego żona unika ze mną kontaktu, a on sam oddala się ode mnie coraz bardziej. Pozostaje mi tylko zastanawiać się, czy między nimi wciąż tli się uczucie. Bo przecież ani życie osobno, ani razem nie daje im pełni szczęścia. Często rozmyślam, czy los nie przyniesie im jeszcze pojednania, czy dawna miłość choć trochę przetrwa w ich sercach. I coraz trudniej mi znaleźć odpowiedź, czy dobrze zrobiłam jako matka.










