Mój syn zadał to 1 pytanie i już wiedziałam: musi natychmiast iść na lekcje z nowego przedmiotu

mamotoja.pl 8 godzin temu
Zdjęcie: Napisała do nas mama, która w pełni popiera edukację zdrowotną w szkołach, fot. AdobeStock/JackF


Pytanie, które otworzyło mi oczy

To był zwyczajny wieczór. Kolacja, krótka rozmowa o szkole, planowanie następnego dnia. I nagle, jak grom z jasnego nieba, padło pytanie: „Mamo, czy dziewczyny mają piersi, bo im w ciele rośnie więcej żeber?”. Zamarłam. Uśmiechnęłam się, bo brzmiało to jak niewinna dziecięca ciekawość, ale wewnątrz poczułam, iż to moment przełomowy.

Uświadomiłam sobie wtedy, iż moje dziecko wchodzi w etap, w którym naturalnie zaczyna interesować się ciałem, różnicami między płciami i dojrzewaniem. I iż to ja powinnam mu na te pytania odpowiadać. Tyle że… nie zawsze czuję się w tym pewnie.

Mogę wyjaśnić podstawowe rzeczy, ale są tematy, które budzą we mnie wahanie. Jak rozmawiać o intymności, o tym, skąd się biorą dzieci? I co, jeżeli moje odpowiedzi nie będą wystarczająco dobre, a on znajdzie „wiedzę” w internecie, pełną uproszczeń i błędów?

Dlaczego edukacja zdrowotna to realne wsparcie dla rodziców?

Wtedy zrozumiałam, iż edukacja zdrowotna w szkołach to nie luksus, tylko konieczność. Wielu rodziców, tak jak ja, potrafi porozmawiać o tym, iż dziewczyny mają miesiączkę, a chłopcy mutację głosu, ale kiedy w grę wchodzą bardziej delikatne kwestie, zaczynamy się gubić.

Część mam i ojców po prostu nie ma czasu – codzienne obowiązki, praca, dom. Inni nie mają wiedzy, a jeszcze inni odwagi, by stanąć twarzą w twarz z pytaniami dzieci bez rumieńców na twarzy.

Specjaliści, którzy prowadzą takie zajęcia, mają narzędzia i doświadczenie, by mówić o tych tematach wprost, ale bez skrępowania. Mogą wytłumaczyć, jak działa ciało, jakie zmiany zachodzą w okresie dojrzewania, jak dbać o higienę i zdrowie psychiczne. To nie jest odebranie rodzicom roli – to wsparcie, które daje nam szansę, by nasze dzieci nie były zdane wyłącznie na rówieśników czy wyszukiwarkę w telefonie.

Pomyślałam wtedy, iż moje dziecko zasługuje na rzetelną wiedzę i iż szkoła może być miejscem, w którym ją otrzyma. Miejscem, które oszczędzi mu wstydu i niepewności, a mnie – poczucia winy, iż nie powiedziałam wszystkiego, co powinnam.

Trudne rozmowy, które lepiej odbyć wcześniej niż później

Wiem, iż temat edukacji zdrowotnej w szkołach budzi kontrowersje. Sama jeszcze kilka lat temu uważałam, iż wystarczy, gdy rodzic porozmawia z dzieckiem w domu. Dziś myślę inaczej

Zbyt dobrze pamiętam swoje własne dorastanie, gdy nikt nie umiał mi wytłumaczyć, co się dzieje z moim ciałem. Zbyt dobrze wiem, jak wyglądało zdobywanie „wiedzy” od koleżanek i kolegów – pełne mitów, strachu i półprawd.

Dzieci potrzebują jasnych odpowiedzi. Chcą wiedzieć, dlaczego ciało się zmienia, dlaczego pojawia się owłosienie, skąd biorą się emocje, które czasem trudno opanować. Potrzebują zrozumieć, iż miesiączka to naturalny proces, iż dbanie o higienę i zdrowie psychiczne jest równie ważne jak odrabianie lekcji.

Nie ma sensu udawać, iż te tematy nie istnieją. Nie ma sensu zakładać, iż dzieci same „jakoś się dowiedzą”. Owszem, dowiedzą się – ale pytanie, od kogo i w jakiej formie. Dlatego wierzę, iż edukacja zdrowotna to inwestycja w przyszłość. W mądrzejsze, bardziej świadome pokolenie, które potrafi rozmawiać o ciele i emocjach bez tabu.

Patrząc na mojego syna, wiem jedno: jeżeli dzisiaj śmiejemy się z jego pytania o żebra i piersi, to jutro może zapytać o coś, co dotknie jego poczucia wartości, granic czy bezpieczeństwa.

I wtedy naprawdę chcę mieć pewność, iż dostanie odpowiedź, która go nie zrani, tylko wesprze. Dlatego uważam, iż szkoła i dom powinny iść tu ramię w ramię. Bo dojrzewanie i zdrowie to nie temat na później – to temat na teraz.

Karina


Chcesz skomentować albo opisać własną historię? Napisz do nas na adres: redakcja@mamotoja.pl. Czekamy na Twoją opinię.

Zobacz też: Zabrałam dwójkę dzieci na grzyby. Po godzinie wyłam do telefonu i wzywałam policję

Idź do oryginalnego materiału