Moja Swietłana jest w ciąży, a ty przez pięć lat nie potrafisz urodzić! – szydzit mąż, wprowadzając do domu ciężarną kochankę.
Zażądanie o jego bezpłodności przewróciło wszystko do góry nogami.
Siekałam koperek i myślałam o tym, iż kaczka w piekarniku powinna już pokryć się złocistą skórką. Na kuchence cicho pyrkał sos z borówek, ten, który Siergiej tak uwielbiał. Pięć lat małżeństwa. Chciałam, żeby ten wieczór był wyjątkowy. Chciałam stopić lód, który narósł między nami przez ostatni rok – milczący, ciężki, przesiąknięty moim poczuciem winy i jego irytacją. Miałam na sobie wiśniową sukienkę, którą kiedyś nazwał „kolorem namiętności". Zakręciłam włosy, użyłam jego ulubionych perfum z nutą wanilii. Tych, których przestał zauważać mniej więcej wtedy, gdy przestał patrzeć na mnie dłużej niż trzy sekundy.
Zamek w drzwiach wejściowych szczęknął o wpół do ósmej. Uśmiechnęłam się, wycierając ręce w ściereczkę, i wyszłam do przedpokoju. Uśmiech zamarł mi na twarzy jak gipsowa maska.
Siergiej stał w progu. Obok niego, kurczowo trzymając go za ramię, stała dziewczyna. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Rozjaśniane blond włosy związane w wysoki kucyk. Jaskraworóżowy top opinający ogromny brzuch – taki, jaki ma się w ósmym albo dziewiątym miesiącu. Czuć było od niej tanią, kwiatową wodę perfumowaną, która zagłuszała choćby zapach wanilii z kuchni.
– Poznaj, Ania – powiedział Siergiej głośno i wesoło, jakby zapowiadał występ na firmowej imprezie. – To jest Swietłana. Można mówić Swietka. A to, Swietko, ta właśnie Ania, która od pięciu lat – zrobił teatralną pauzę i obrzydliwie zachichotał – od pięciu lat nie może urodzić mi następcy.
Zdjął buty, nie patrząc na mnie, i rzucił klucze na szafkę. Swietka przekroczyła próg naszego mieszkania – mieszkania, które kupiliśmy razem, w którym razem robiliśmy remont, gdzie każdy kąt był przesiąknięty moimi marzeniami o rodzinie. Przekroczyła próg i spojrzała na mnie z ciekawością. Tak patrzy się na eksponat w muzeum. Zabawny eksponat, ale kompletnie bezużyteczny.
– Moja Swietka jest w ciąży, a ty, pusty kwiecie, przez pięć lat nie potrafisz mi syna urodzić! – Siergiej rozłożył ręce, jakby pokazywał magiczną sztuczkę. – Będziemy tu mieszkać. Chyba nie masz nic przeciwko temu, żeby się trochę ścisnąć dla dobra naszego syna? To znaczy, mojego syna. Mojego i Swietki.
Stałam i milczałam. W skroniach pulsowało. Gdzieś na kuchence wciąż pyrkał sos borówkowy. Swietka, nie czekając na moją odpowiedź, już taksowała spojrzeniem przedpokój.
– Całkiem niezły układ mieszkania, Sierozja – powiedziała kapryśnym tonem. – Tylko te tapety są okropne, trzeba będzie zerwać.
– Zerwie się, kotku, wszystko się zerwie – obiecał, całując ją w czubek głowy.
I wtedy w drzwiach pojawiła się Tamara Pietrowna. Moja teściowa. Trzymała w rękach bukiet białych chryzantem i uśmiechała się tak szeroko, jakby nie była świadkiem zdrady własnego syna, tylko przyszła na parapetówę.
– Nareszcie! – zanuciła. – Anieczka, dziecko, co tak stoisz jak nie w swojej sprawie? Pomóż rozpakować torby, Swietoczce nie wolno dźwigać. Na dole pozostało torba z rzeczami dla dziecka, Sierozja kupił. Niebieskie śpioszki, wyobrażasz sobie? Będziemy mieć chłopca!
Tamara Pietrowna wręczyła mi bukiet, jakbym była kelnerką, która ma obowiązek przyjąć kwiaty i wstawić je do wazonu. Machinalnie wzięłam chryzantemy. Zimne krople wody z mokrych łodyg spadły na moją wiśniową sukienkę.
– Mamo, wyobrażasz sobie, ona jeszcze jest niezadowolona! – głośno oburzył się Siergiej. – Pięć lat znosiłem jej pusty brzuch, a teraz, kiedy w domu będzie normalna kobieta z następcą, ona krzywi gębę!
Swietka zachichotała. Tamara Pietrowna zacisnęła usta i spojrzała na mnie z potępieniem.
– Anieczka, nastawiłabyś chociaż czajnik – powiedziała. – Swietoczka ma toksykozę, musi pić napar z rumianku co godzinę.
Odwróciłam się i w milczeniu poszłam do kuchni. W piekarniku kaczka zaczynała się już przypalać. Wyłączyłam gaz i usiadłam na stołku, patrząc na pięć nakryć, które rozłożyłam na stole. Świece jeszcze nie zapalone. Sos borówkowy zgęstniał i stał się podobny do ciemnej krwi.
Z korytarza dobiegał śmiech Siergieja, gruchanie Tamary Pietrowny i kapryśny głos Swietki, która podejmowała decyzje, który pokój zajmą.
– Tylko nie ten przechodni, Sierozja! Potrzebuję sypialni, gdzie jest cicho i ciemno. Dziecko potrzebuje spokoju.
– Oczywiście, kotku. Ania opróżni naszą sypialnię. Ania przeprowadzi się do gościnnego. Dobrze jej zrobi, jak pobędzie sama i przemyśli swoje zachowanie.
Patrzyłam na ścianę przed sobą i widziałam pęknięcie, które ciągnęło się od gniazdka do sufitu. Od dawna mieliśmy zamiar je naprawić. Sierozja obiecał. Teraz już nie naprawi.
W nocy leżałam w gościnnym pokoju, na zapadniętej kanapie, którą kupiliśmy kiedyś za grosze na olx. Zza ściany dobiegało skrzypienie łóżka i przeciągłe westchnienia Swietki. Najwyraźniej toksykoza i dziewiąty miesiąc nie przeszkadzały jej demonstrować Sieroży swojej wdzięczności za meldunek. Patrzyłam w sufit. Po suficie biegły światła reflektorów przejeżdżających samochodów. Biały pas, znowu ciemność. Biały pas, znowu ciemność. Rytmicznie, jak oddech śpiącego człowieka.
Myślałam o tym, jak rok temu, po trzecim poronieniu, leżałam w szpitalu. Sierozja nie przyjechał ani razu przez pięć dni. Kiedy wróciłam do domu, siedział w kuchni z kolegami, pił piwo i narzekał, iż jestem „wadliwa". Jego kolega, Walerij, przytakiwał: „Bywa, stary. Nie poszczęściło ci się z babą. Moja trójkę urodziła bez problemu". Przełknęłam wtedy tę zniewagę w milczeniu. Przełknęłam i wtedy, gdy odmówił pójścia do lekarza i zrobienia badań. „Jestem zdrów jak ryba! – krzyczał, uderzając pięścią w stół tak, iż podskoczyły talerze. – Problem jest w tobie, jesteś niepełną kobietą. W twoim wnętrzu wszystko jest źle poukładane. Moja matka urodziła troje, babka – pięcioro. Mężczyźni z rodu Siergiejewych zawsze byli płodni!".
Pamiętam, jak tej samej nocy weszłam do łazienki po nim. W porannym pośpiechu zapomniał wylać pojemnik, którego użył do pobrania biomateriału – chciał sam sprawdzić, ale wstydził się iść do kliniki, a ja namówiłam go, żeby spróbował domowego testu na płodność, którego ostatecznie nie zrobiliśmy. Pojemnik stał na półce, przykryty wieczkiem. Patrzyłam na niego minutę, dwie, trzy. A potem zawinęłam go w torbę, wezwałam taksówkę i odwiozłam do prywatnego laboratorium na drugim końcu miasta.
Wynik przyszedł tydzień później na e-mail. Otworzyłam wiadomość podczas przerwy obiadowej, siedząc w firmowej stołówce. Czytałam i czytałam od nowa. Azoospermia. Całkowita. Nieuleczalna. Szanse na poczęcie naturalną drogą – zero przecinek zero dziesiątych procenta. „Pani mąż jest bezpłodny, Anno Wiktorowna. Bardzo mi przykro". Zapisałam zrzut ekranu. Wydrukowałam zaświadczenie. Zamówiłam duplikat z mokrą pieczęcią. Schowałam wszystko do pięknej, drewnianej szkatułki, którą kupiłam w sklepie plastycznym, i schowałam na dnie szuflady z bielizną.
I milczałam. Z miłości. Z litości. Ze strachu przed zrujnowaniem jego samooceny. Bo wiedziałam – bez mitu o własnej wszechmocy Sierozja rozsypie się jak domek z kart. A teraz ten domek z kart wprowadził do naszego domu ciężarną kochankę. Przewróciłam się na bok i zamknęłam oczy. Na lewo ode mnie, na wyciągnięcie ręki, leżała ta właśnie szkatułka. Wyciągnęłam ją z szuflady zaraz po tym, jak skończyli dzielić pokoje. Otworzyłam. Zaświadczenie było na miejscu. Równo złożone, z wyraźnymi czarnymi literami na białym papierze. „Za wcześnie", powiedziałam sobie wtedy. Ale teraz, słuchając przez ścianę radosnego chrapania Siergieja, rozumiałam, iż „za wcześnie" niedługo zamieni się w „czas".
Następne dwa tygodnie zamieniły się w niekończący się, absurdalny spektakl. Pracowałam z domu – przeszłam na zdalną już rok temu po szpitalu – i teraz obserwowałam życie nowej „rodziny" z odległości kilku metrów. Tamara Pietrowna przyjeżdżała codziennie. Gotowała Swietce buliony z kury, kupowała twaróg i banany, ścierała kurze i beształa mnie za to, iż „nie wykazuję inicjatywy".
– Anieczka, powinnaś się cieszyć – mówiła, mieszając cukier w filiżance z rumiankowym naparem. – Tobie się nie udało, a teraz przynajmniej dziecko w domu będzie. Nie jesteś przecież całkiem bez serca. Pomożesz wychowywać. Będziesz tak jakby nianią. Pożyteczne zajęcie.
W milczeniu zmywałam naczynia po kolejnym ich obiedzie. Po obiedzie, który ja ugotowałam. Siergiej całkowicie przestał mnie zauważać. Rozmawiał ze mną tylko po to, żeby wydać polecenie. „Ania, upierz rzeczy Swietki". „Ania, zamów pizzę, oglądamy film". „Ania, odnieś to do pralni". Wykonywałam. W milczeniu. Z tą właśnie miną, która wściekała go najbardziej – miną spokojnej, zdystansowanej uprzejmości.
Pewnego razu Swietka weszła do kuchni, kiedy piłam samotnie kawę. Opadła na krzesło naprzeciwko, położyła ręce na brzuchu i uśmiechnęła się.
– Słuchaj, a ty naprawdę myślałaś, iż on cię kocha? – zapytała bez żadnego wstępu. – On cię znosił z litości. Mówił mi, iż jesteś jak stara walizka – i wyrzucić szkoda, i nosić wstyd.
Zaśmiała się, zadowolona ze swojego żartu. Wzięłam łyk kawy.
– Nie jesteś mu potrzebna – kontynuowała, zniżając głos. – On choćby palcem cię nie tknął od dwóch lat. Sam mówił. A mnie nazywa prawdziwą kobietą. Ja mu syna urodzę, rozumiesz? Syna. Dziedzica. A ty zostaniesz tylko bezpłodną gałęzią.
Odstawiłam filiżankę na stół.
– Swietłana – powiedziałam cicho – nie chcesz się dowiedzieć, dlaczego on jest taki pewien, iż to dziecko jest właśnie jego?
Zamarła na sekundę. W jej oczach błysnęło coś przypominającego strach. Ale gwałtownie się opanowała.
– A czyje miałoby być? – prychnęła. – On jest moim jedynym mężczyzną.
– Oczywiście – skinęłam głową. – Oczywiście.
Jeszcze tego samego wieczoru zadzwoniłam do Iriny. Ira była moją starą przyjaciółką, z którą przyjaźniłyśmy się jeszcze ze studiów. Pracowała w cyberbezpieczeństwie i umiała znaleźć informacje, które ludzie chcieliby ukryć.
– Ira, potrzebuję twojej pomocy – powiedziałam. – Trzeba sprawdzić jedną dziewczynę w mediach społecznościowych. Wszystkie wiadomości, wszystkie kontakty, wszystkie powiązania z ostatniego roku.
– Co się stało? – zapytała Ira. Wiedziała o mojej sytuacji ogólnie, ale nie domyślała się istnienia Swietki.
– Mąż wprowadził do naszego mieszkania ciężarną kochankę – powiedziałam spokojnie. – Chcę wiedzieć, z kim to dziecko.
W słuchawce zapadła cisza. A potem Ira wypuściła powietrze z czymś niecenzuralnym.
– Wszystko załatwię – powiedziała. – Daj mi dwa dni.
Dwa dni później siedziałyśmy w kawiarni w sąsiedniej dzielnicy. Ira przyniosła laptopa i otworzyła kilka zakładek.
– A więc tak – powiedziała, popijając cappuccino. – Swietłana Kowalowa, dwadzieścia cztery lata. Pochodzi z Tambowa. W Moskwie mieszka od trzech lat, stałej pracy nie ma, dorabia w branży kosmetycznej. Przed twoim Siergiejem spotykała się z niejakim Wadimem Sorokinym. Proszę, spójrz.
Obróciła ekran w moją stronę. Na zdjęciu był młody chłopak z otwartą twarzą i bezczelnym uśmiechem. Trzymał Swietkę w talii. Zdjęcie zostało zrobione na pewno mniej niż rok temu – brzucha jeszcze u niej nie było.
– A teraz najciekawsze – kontynuowała Ira, zniżając głos. – Znalazłam korespondencję. Swietka nie przejmuje się zbytnio poufnością – jej skrzynka pocztowa pękła w szwach od razu. Spójrz, tu są wiadomości do Wadima z dwudziestego października. „Jestem w ciąży. To twoje dziecko. Sierozja nic nie wie, myśli, iż to jego. Nie waż się przyjeżdżać, nie waż się pisać. Wybrałam Sierożę, ma mieszkanie i pensję dwieście tysięcy. A ty choćby z pracy się zwolniłeś. Żegnaj".
Przeczytałam ten akapit kilka razy. Dwudziesty października. Na tydzień przed tym, jak Siergiej wprowadził ją do naszego domu.
– Ona sama do niego napisała – wyszeptałam. – Wiedziała, iż dziecko nie jest od Siergieja.
– Właśnie – skinęła Ira. – I jeszcze jedno. Wadim jej odpisywał. Najpierw groził, potem błagał. Ona go wszędzie zablokowała. On, sądząc po wszystkim, jest wściekły.
– Znajdź mi jego kontakty – powiedziałam. – Telefon, adres, cokolwiek.
Ira spojrzała na mnie długim wzrokiem.
– Ańka, co ty knujesz?
– Składam puzzle – odpowiedziałam. – Chcę, żeby obrazek ułożył się na oczach wszystkich.
Wieczorem tego samego dnia siedziałam w parku na ławce naprzeciwko wejścia do marketu budowlanego, gdzie według słów Iry Wadim pracował jako magazynier. Czekałam około godziny. Kiedy wyszedł – wysoki, szczupły, w zakurzonej roboczej kurtce – wstałam i ruszyłam mu na spotkanie.
– Wadim? – zapytałam.
Zatrzymał się, zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów, zmarszczył brwi.
– Przypuśćmy. A pani kim jest?
– Jestem Anna. Żona Siergieja, który zabrał twoją dziewczynę i twoje dziecko.
Znieruchomiał. Na jego twarzy przemknęła cała gama uczuć: zdziwienie, wściekłość, ból.
– Po co pani tu przyszła? – zapytał głucho.
– Chcę zaproponować układ – powiedziałam. – Ty pomożesz mi zniszczyć ich idealny obrazek, a ja pomogę ci odzyskać prawo do ojcostwa. Prawdziwy test DNA, sąd, wszystko zgodnie z prawem. Twoje dziecko będzie nosić twoje nazwisko.
Długo na mnie patrzył. Potem skinął głową.
– Niech pani mówi.
Kolejne dni poświęciłam ostatecznym przygotowaniom. Spotkałam się z lekarzem urologiem, Olegiem Markowiczem, starym przyjacielem naszej rodziny, który kiedyś przyjmował od Siergieja analizy i potwierdził diagnozę. Zgodził się złożyć zeznania i wystawić duplikat zaświadczenia z mokrą pieczęcią, datowany na bieżącą datę.
– Ania, zdajesz sobie sprawę, iż to bomba? – zapytał, wręczając mi kopertę. – On nie tylko się obrazi. On wybuchnie.
– Rozumiem, Olegu Markowiczu. Ale oni pierwsi zaczęli.
W sobotę Tamara Pietrowna ogłosiła, iż urządza rodzinny wieczór.
– Będziemy przedstawiać Swietoczką bliskiemu kręgowi! – świergotała przez telefon do kogoś z rodziny. – Przychodźcie, tylko bez prezentów. Chociaż nie, z prezentami! Dla przyszłego wnuka!
Słuchałam tych rozmów i spokojnie prasowałam swoją wiśniową sukienkę. Tę samą, w której witałam ich dwa tygodnie temu. Jutro założę ją znowu. Ale już w innym celu.
Wieczorem napisałam do Wadima: „Jutro o siódmej. Adres znasz. Bądź gotów". Odpowiedział krótko: „Będę". A potem napisałam do Iry: „Przyjdź jutro na siódmą. Zabierz szampana". Ira odpowiedziała emotikonką i pytaniem: „Jesteś pewna?". Odpisałam: „Tak". I pierwszy raz od dwóch tygodni uśmiechnęłam się naprawdę.
W sobotę o siódmej wieczorem nasze mieszkanie wypełniło się gośćmi. Przyjeżdżeli krewni Siergieja – wujek Kola z żoną, ciocia Raja, kuzyn z rodziną. Przyszli koledzy z pracy Siergieja – menedżerowie z jego działu sprzedaży, para sąsiadów, których Tamara Pietrowna uważała za „przyzwoitych ludzi". Siergiej promieniał. Chodził po salonie ze szklanką piwa, klepał przyjaciół po ramionach i głośno opowiadał o tym, iż „życie wreszcie się ułożyło". Swietka siedziała na środku sofy, trzymając ręce na brzuchu, i przyjmowała gratulacje. Tamara Pietrowna krzątała się wokół niej, dokładając na talerz sałatkę i kanapki z kawiorem.
Stałam w drzwiach salonu w swojej szkarłatnej sukience. Nikt nie zwracał na mnie uwagi. Byłam pustym miejscem, które podaje do stołu i sprząta brudne talerze.
– No co, wznieśmy toast! – głośno oznajmił Siergiej, gdy goście usiedli. – Mamo, nalej wszystkim szampana. Oprócz Swietki, oczywiście. Jej sok.
Wstał, podniósł kieliszek i powiódł po gościach szczęśliwym wzrokiem.
– Chcę podziękować losowi – zaczął. – Za to, iż uwolnił mnie od bezpłodnej gałęzi i zesłał prawdziwą kobietę. Za mojego syna! Za mojego dziedzica! Za to, iż nazwisko Siergiejewych się nie urwie!
– Za syna! – podchwycili goście, unosząc kieliszki.
Zrobiłam krok do przodu. Stałam w swojej szkarłatnej sukience, z idealną fryzurą i wyprostowanymi plecami. I kiedy gwar toastów ucichł, przemówiłam. Mój głos zabrzmiał cicho, ale wyraźnie, jak dźwięk spadającego w ciszy noża.
– Sieroża, jesteś pewien, iż to twój syn?
Zapadła cisza. Ktoś zakrztusił się szampanem. Tamara Pietrowna zamarła z kanapką w ręce. Siergiej odwrócił się do mnie. Jego twarz wykrzywiła się złością.
– A czyj?! – wrzasnął ze śmiechem, rozglądając się po gościach w poszukiwaniu wsparcia. – Nie twój chyba, pusty kwiecie! Przez pięć lat choćby zarodka nie potrafiłaś donosić, a teraz zazdrość cię zżera!
– A pamiętasz – powiedziałam tym samym cichym, spokojnym głosem – jak rok temu krzyczałeś, iż jesteś alfa samcem i iż twoi przodkowie zawsze byli płodni? Pamiętasz, jak odmówiłeś pójścia do lekarza, bo „problem jest we mnie"?
– I co z tego? – postawił kieliszek na stole. – To prawda. Jesteś niepełną kobietą.
– Zrobiłam twoje badania, kochanie – powiedziałam. – Bez twojej wiedzy, owszem. Zawiozłam twój biomateriał do laboratorium. I wiesz, co pokazało badanie? Azoospermię. Całkowitą. Nieuleczalną. Szanse na poczęcie naturalną drogą – zero przecinek zero dziesiątych procenta. Jesteś bezpłodny, Sieroża. Nie możesz spłodzić dziecka. Ani mnie. Ani Swietce. Nikomu.
Otworzyłam kopertówkę i wyjęłam kopertę. Z koperty – zaświadczenie. Rozłożyłam je i podałam mu.
– Proszę. Data, pieczęć, podpis. Wyniki twoich badań.
Siergiej wyrwał papier. Przebiegł oczami. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz.
– To podróbka – powiedział zdławionym głosem. – Ona to podrobiła! Przecież ją znacie! Zawsze mi zazdrościła!
– Zadzwoń do kliniki – spokojnie zaproponowałam. – Numer jest na dole zaświadczenia. Zapytaj doktora Markowa. Pamięta ciebie i pamięta twój przypadek.
W salonie zapadła śmiertelna cisza. Ktoś z gości zakaszlał. Wujek Kola odstawił kieliszek i patrzył na siostrzeńca z niedowierzaniem. I wtedy odezwała się Swietka.
– To kłamstwo! – zawyła, zrywając się z sofy. – Sieroża, nie słuchaj jej! Ona wszystko kłamie! Sam potwierdziłeś, mówiłeś, iż jesteś zdrowy!
– Myślałem, iż jestem zdrowy – wymamrotał oszołomiony. – Przecież się nie badałem.
– A skąd w ogóle wziąłeś pewność, iż dziecko jest twoje? – zapytałam, patrząc prosto na Swietkę. – Może opowiesz gościom o Wadimie?
Imię upadło w ciszę jak kamień do wody. Swietka zbladła. Jej twarz z różowej stała się szara.
– O jakim Wadimie? – ostro zapytała Tamara Pietrowna.
– Wadim Sorokin – odpowiedziałam. – Były partner Swietłany. Z którym spotykała się na dwa tygodnie przed poznaniem Siergieja. I do którego napisała: „Jestem w ciąży. To twoje dziecko. Sieroża nic nie wie, myśli, iż to jego. Nie waż się przyjeżdżać. Wybrałam Sierożę, ma mieszkanie i pensję". Poznajesz, Swieta?
Swietka otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Stała, trzymając się za brzuch, i wyglądała tak, jakby właśnie dostała w twarz.
– Sypiałaś ze mną i z nim jednocześnie? – powoli wycedził Siergiej. – Wmówiłaś mi cudze dziecko?
– Sieroża, to nie tak! – próbowała chwycić go za rękę, ale się cofnął. – Ona kłamie! Nie ma żadnych dowodów!
– Dowody są – powiedziałam.
I w tym momencie, jak na sygnał, rozległ się dzwonek do drzwi. Poszłam otworzyć. Na korytarzu stał Wadim – w czystej koszuli, uczesany, z teczką w rękach. Usunęłam się, przepuszczając go do mieszkania.
– Dobry wieczór wszystkim – powiedział, wchodząc do salonu. – Nazywam się Wadim. Jestem prawdziwym ojcem dziecka, które nosi Swietłana. Jestem gotów zrobić test DNA choćby teraz. Próbki mam przy sobie.
Swietka na jego widok wrzasnęła i cofnęła się pod ścianę.
– Ty! – wydusiła. – Co ty tu robisz?!
– Przyszedłem po swoje dziecko – odpowiedział spokojnie. – Nie chcę, żeby mojego syna zapisywano na tego klauna.
Siergiej rzucił się na Wadima, ale wujek Kola i koledzy z pracy złapali go, zawisnęli mu na ramionach.
– Ty! Ty! – darł się Siergiej, próbując się wyrwać. – Sypiałeś z moją kobietą!
– Z twoją kobietą? – Wadim uśmiechnął się krzywo. – Ona wybrała ciebie tylko ze względu na mieszkanie. Myślałeś w ogóle swoją głową? Komu jesteś potrzebny, maminsynku, oprócz jako portfel?
– To prawda? – Siergiej odwrócił się do Swietki. Milczała. Jej twarz była biała jak prześcieradło. – To prawda?! – wrzasnął.
– A co mi pozostawało?! – nagle wybuchnęła. – Co?! Wadim bez pracy, bez mieszkania, a tu ty – z mieszkaniem, z pieniędzmi, zakochany po uszy! Mnie tylko meldunek był potrzebny! Myślisz, iż zaczęłabym z tobą sypiać, gdyby nie twoja moskiewska meldunek?! Jesteś starym głupcem, Sieroża!
– Starym głupcem – powtórzył, osuwając się na sofę. – Starym głupcem.
Tamara Pietrowna złapała się za serce i zaczęła osuwać się na krzesło.
– Wody! – krzyknął ktoś z gości.
– Nie trzeba wody – powiedziałam spokojnie. – Tamaro Pietrowna, pani ciśnienie jest w normie, sprawdzałam pani apteczkę wczoraj. Czuje się pani doskonale. Proszę nie udawać.
Teściowa zamarła w pół drogi na krzesło, wyprostowała się i spojrzała na mnie z taką nienawiścią, iż gdyby miała supermoc, wyparowałabym na miejscu.
– Ty… Ty specjalnie to wszystko ukartowałaś – syknęła. – Zniszczyłaś rodzinę.
– Rodzinę zniszczyłam nie ja – odpowiedziałam. – Rodzinę zniszczył pani syn, kiedy wprowadził do domu ciężarną kochankę. A ja tylko przywróciłam sprawiedliwość.
Goście zaczęli się rozchodzić. Szybko, niezręcznie, chowając oczy. Wujek Kola na pożegnanie uścisnął mi dłoń i powiedział cicho: „Wybacz nam, Ańka". Ciocia Raja w milczeniu przytuliła mnie na korytarzu. Koledzy Siergieja zniknęli niemal natychmiast, jakby zdmuchnął ich przeciąg.
Po godzinie w mieszkaniu zostaliśmy tylko my: ja, Siergiej, Swietka, Tamara Pietrowna i Wadim. Swietka siedziała na sofie i szlochała. Wadim stał przy drzwiach z założonymi rękami. Tamara Pietrowna biegała między synem a „synową", nie wiedząc, kogo pocieszać. Siergiej siedział na podłodze, oparty plecami o ścianę. Wyglądał jak zbity pies. Nigdy nie widziałam go takim. Zawsze pewny siebie, głośny, władczy – teraz wydawał się mały i żałosny.
– Ania – zawołał cicho. – Ania, wybacz mi.
Spojrzałam na niego z góry.
– Wybacz mi – powtórzył. – Popełniłem błąd. Jestem głupcem. Nie wiedziałem. Zacznijmy od nowa. Wyrzucę ją. Będziemy żyć jak dawniej. Ty i ja.
– Proponujesz mi zacząć od nowa? – upewniłam się. – Po tym, jak wprowadziłeś do domu kochankę, upokarzałeś mnie przy wszystkich, nazywałeś pustym kwiatem i pustym miejscem?
– Myliłem się! – zerwał się na równe nogi. – Ale teraz wszystko się zmieniło! Zrozumiałem, iż jesteś jedyną osobą, która kochała mnie naprawdę! A ta… ta żmija…
– Nic nie zrozumiałeś, Sieroża – przerwałam. – Po prostu się przestraszyłeś. Przestraszyłeś się, iż zostaniesz sam, bez służącej, bez wygody, bez osoby, która będzie prać twoje gacie i gotować barszcz. Ale ja nie jestem służącą. Nie jestem funkcją. Jestem żywym człowiekiem.
– Zmienię się! – krzyknął.
– Nie zmienisz się – powiedziałam. – Tacy jak ty się nie zmieniają. Krzyczałeś o tradycyjnych wartościach, a zdradziłeś tę najważniejszą – wierność. Żądałeś ode mnie syna, a sam nie mogłeś dać choćby plemnika. Mówiłeś o rodzinie, a zniszczyłeś wszystko własnymi rękami. Karm teraz cudze bękarty sam.
– To moje dziecko! – głośno powiedział nagle Wadim. – Żadne bękarty. Mój syn będzie ze mną.
Swietka podniosła na niego zapłakane oczy.
– Wadim… – wyszeptała.
– Milcz – uciął. – Z tobą rozprawię się później.
Odwróciłam się i poszłam do sypialni. Za moimi plecami Tamara Pietrowna zawyła coś o „niewdzięcznej suce", a Siergiej znowu osunął się na podłogę. Swietka przez cały czas szlochała. Wadim w milczeniu stał przy drzwiach, czekając, aż zbierze swoje rzeczy. W sypialni zamknęłam drzwi na zamek, usiadłam na łóżku i wypuściłam powietrze. Zrobiłam to pierwszy raz od długiego czasu – pełną piersią, do samego dna płuc. Byłam wolna.
Minęły dwa miesiące. Wydarzenia tamtego wieczoru uruchomiły reakcję łańcuchową, której nie dało się już zatrzymać. Złożyłam pozew o rozwód. Siergiej próbował przeciągać proces, błagał, groził, obiecywał „dać mi drugą szansę", ale byłam nieugięta. Mieszkanie zostało kupione za pieniądze moich rodziców i było przepisane na mnie. Siergiej kiedyś nie dopisał się do własności – chciał zaoszczędzić na podatkach, i to okazało się moim głównym atutem. On i Tamara Pietrowna wyprowadzili się do wynajętej kawalerki na przedmieściach. Swietkę wyrzucił tego samego wieczoru, ale u mnie też nie zabawiła długo – Wadim zabrał ją, obiecując „poważną rozmowę". Miesiąc później Swietka urodziła chłopca. Wadim nalegał na test DNA. Wynik potwierdził to, co i tak było oczywiste: Siergiej nie był ojcem. Wadim uznał ojcostwo i teraz sądzi się ze Swietką o opiekę. Swietka mieszkała u jakichś koleżanek, miotała się między adwokatami a łzami. Siergiej próbował do niej wrócić – raz widziałam ich w mieście, jak głośno kłócili się na przystanku autobusowym. Wyglądał na postarzałego o dziesięć lat, w pogniecionej koszuli i z sińcami pod oczami. Ona na niego krzyczała, on się tłumaczył. Karma działała szybko.
Zostałam w naszym mieszkaniu. Zrobiłam remont. Zerwałam te tapety w przedpokoju, które nie podobały się Swietce, i wybrałam spokojny, grafitowy odcień. Wyrzuciłam kanapę z gościnnego i kupiłam nową, wygodną. Spakowałam rzeczy Siergieja i odwiozłam je Tamarze Pietrownie. Spotkała mnie na progu z kamienną twarzą, w milczeniu zabrała torby i zatrzasnęła drzwi. Nie obraziłam się.
Wczoraj siedziałam na tarasie z Irą, piłyśmy białe wino i patrzyłyśmy na zachód słońca. Miasto leżało przed nami jak na dłoni, podświetlone łagodnym, wrześniowym słońcem. Gdzieś w oddali szumiała trasa, krzyczały dzieci na podwórku, grała czyjaś muzyka.
– Wiesz, co jest najzabawniejsze? – powiedziałam, biorąc łyk. – Powinnam była domyślić się wcześniej. Nie chodzi o zaświadczenie. O niego. O to, kim naprawdę jest. Ale tak bardzo chciałam rodziny, iż przymykałam oczy.
– Wszyscy przymykamy oczy – odpowiedziała Ira. – Dopóki ktoś nie wbije noża w plecy.
Skinęłam głową.
– Czasami nóż w plecy to najcelniejszy kompas do szczęścia. Gdyby nie wprowadził tej Swietki, tak bym żyła dalej. Znosiła. Miała nadzieję. Wybaczała. A teraz…
Zamilkłam.
– A teraz? – zapytała Ira.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na telefon. Na ekranie paliła się nowa wiadomość od Nikity – młodego kolegi z sąsiedniego działu, który od pół roku zapraszał mnie na kawę, a ja wciąż odmawiałam, bo „jestem mężatką, przepraszam". „No i jak tam kawa w ten weekend? – pisał. – Słyszałem, iż teraz jesteś wolna. Bardzo się cieszę. To znaczy, cieszę się, iż się wyrwałaś. Nie cieszę się, iż cierpiałaś. Zaplątałem się. Krótko mówiąc, kawa?".
Wystukałam odpowiedź. „Weekend jest wolny. Tak". Nacisnęłam „wyślij" i odłożyłam telefon.
Słońce zachodziło za dachy domów, barwiąc niebo na wiśniowy kolor – kolor mojej sukienki, kolor wolności, kolor nowego życia, które dopiero się zaczynało.
– Boże, jakie nudne było życie – powiedziałam na głos. – I jak bardzo się cieszę, iż on wprowadził tę Swietkę.
Ira uniosła kieliszek.
– Za nowe życie?
– Za nowe życie – skinęłam głową.
Wypiłyśmy. Zachód słońca rozbłyskał coraz jaśniej, a ja czułam, jak w środku, w tym właśnie miejscu, gdzie wcześniej mieszkał tylko ból i pustka, rozkwita coś ciepłego i lekkiego. Coś, o czym prawie zapomniałam przez pięć lat małżeństwa. Nadzieja.





