Moje dziecko nie poprawia ocen. Ma się nauczyć, a nie dobić średnią

mamadu.pl 1 godzina temu
Moje dzieci nie będą poprawiały ocen, bo szkoła nie jest dla mnie miejscem na wyścig szczurów. Od pierwszej klasy starszego syna wiem, iż ważniejsze od cyferek w dzienniku są wiedza, umiejętności i psychiczny komfort dziecka. To mój sprzeciw wobec presji ocen, czerwonego paska i wychowywania dzieci pod rankingi.


Oceny nie są wyznacznikiem wartości moich dzieci


Moje dziecko nie będzie musiało poprawiać ocen. Nie dlatego, iż mu będę zabraniała. Dlatego, iż nie będzie musiał. Od pierwszego roku edukacji mojego syna w szkole podstawowej wiedziałam jedno: nie będę stresować go ocenami. Nie będę robić z cyferek na papierze miary jego wartości, inteligencji ani – co gorsza – mojego (albo mojego męża) rodzicielstwa. Wiem, pewnie ktoś powie, iż co ja tam wiem, skoro mój syn jest w 1 klasie. No może wiem jeszcze mało, ale to moje założenie, którego zamierzam się trzymać przez całą edukację swoich dzieci.

Szkoła jest po to, żeby się nauczyć. Zdobyć wiedzę, umiejętności, nauczyć się myśleć, łączyć fakty, zadawać pytania. Nie po to, żeby dobijać się co semestr średnią, kalkulować, jak podciągnąć oceny czy zapracować na czerwony pasek, który przez lata urósł do rangi świętego Graala polskiej edukacji.

Nie interesuje mnie jak najwyższa średnia. Interesuje mnie to, co moje dziecko ma w głowie. I to, z czym wychodzi ze szkoły – czy jest interesujący świata, czy potrafi poradzić sobie z porażką, czy nie boi się popełniać błędów. Czy szkoła jest dla niego miejscem nauki, a nie nieustannego napięcia.

Podjęłam tę decyzję także dlatego, iż widzę, co dzieje się wokół. Widzę znajome, które potrafią godzinami analizować średnie swoich dzieci, porównywać je z innymi, negocjować poprawy czwórek i trójek na piątki, "bo przecież stać go/ją na więcej". Widzę, jak oceny bywają stawiane wyżej niż komfort psychiczny dziecka. Jak ważniejsze staje się to, co w dzienniku, niż to, co naprawdę zostało zrozumiane przez ucznia.

Presja ocen i średniej istnieje od dawna


Na szczęście sama nie doświadczyłam takiej presji w domu rodzinnym. Ale dorastałam w pokoleniu, w którym wciąż powtarzano, iż oceny są ważne. Że świadectwo z czerwonym paskiem to powód do dumy. Nauczycielom zdarzało się mowić, iż "z takimi ocenami to będziemy rowy kopać". Mówili, iż piątka to sukces, a trójka – niemal porażka. Kult paska był czymś oczywistym, choć mało kto zastanawiał się, co on tak naprawdę mówi o dziecku.

Dziś wiem jedno: trójka to dobra ocena. Czwórka to dobra ocena. Każda ocena jest jakimś sygnałem – informacją o tym, na ile dziecko opanowało dany materiał w danym momencie. Te oceny nie są jakimś wyrokiem czy etykietą.

Jeśli moje dziecko będzie chciało poprawić jakąś ocenę – porozmawiamy o tym. jeżeli nie zechce – uszanuję tę decyzję. Bo to ono ponosi emocjonalne koszty stresu, dodatkowej nauki, presji. Ja mogę wspierać, pomagać, tłumaczyć. Ale nie mam prawa dokładać mu napięcia tylko po to, żeby cyferki wyglądały lepiej.

Nie wychowuję dziecka pod rankingi, rekrutacje i tabelki. Wychowuję człowieka: takiego, który ma wiedzieć, iż jego wartość nie zależy od średniej i tego czy z czytanki dostanie piątkę czy czwórkę. Że warto się uczyć dla siebie, a nie dla ocen. Powtarzam też, iż szkoła to etap w jego życiu, a nie pole nieustannej rywalizacji.

Wiem, iż ktoś zapyta: "To co, ambicji też nie można mieć?". Można i trzeba. Ale ambicja to nie jest przymus poprawiania każdej oceny. Ambicja to chęć rozwoju, ciekawość, odpowiedzialność za własną naukę. A tego nie da się uzyskać, jeżeli dziecko się boi, iż z czegoś dostanie trójkę. Moje dzieci nie poprawiają ocen: mają się nauczyć. I naprawdę wierzę, iż w dłuższej perspektywie to właśnie ta decyzja zaprocentuje najbardziej.

Idź do oryginalnego materiału