Myślał, iż będzie mieszkał u mnie za darmo! Zalotnik przekonany, iż moja ciężko wypracowana kawalerka stanie się jego wygodną przystanią na mój koszt

newskey24.com 5 godzin temu

Chciałbyś! Zalotnik był przekonany, iż rozgości się w moim mieszkaniu za moje pieniądze

W moim dziwnym śnie pamiętam, jak zawsze byłam uparta i nieugięta. Świat wokół mnie zmieniał kształty, a bloki mieszkalne na Pradze rosły jak gigantyczne pieczarki, kiedy zbierałam każdy grosz, żeby przed trzydziestką kupić swoje własne cztery kąty. Wszystko to wśród szumu tramwajów i szeptów kamienic, które plotły opowieści o dawnych lokatorach.

Nie było przy mnie nikogo rodzice zamieniali się w gołębie odlatujące nad Wisłę, ciotki czy wujkowie istnieli tylko jako zdjęcia w albumach. Wszystko odnosiłam sama, krok po kroku, przez rynek staroci na Kole. A kiedy poznałam chłopaka Szymona Krupskiego zakochałam się zbyt szybko, jakby ta miłość była cukrową watą na odpustowym rynku w Krakowie. Byłam na tyle naiwna, iż wyśpiewałam mu, iż mam własne mieszkanie na Bemowie.

Uprzedziłam Szymona, iż nie zamierzam zamieszkać w jego przyciasnym pokoiku na Mokotowie. Zaproponowałam, by każdy z nas wynajął swoje mieszkanie i zaoszczędził złotówki na wspólne auto, które w moich snach przypominało milicyjnego poloneza z niebieskimi światłami.

Szymon przytaknął i obiecał, iż niedługo wszystko się ułoży. Tak czas płynął podziemnym nurtem, aż pewnego dnia pół roku później, zobaczyłam go pod moimi drzwiami. Niósł walizkę pełną poczciwych, szaroburych skarpetek i dziwnych rzeczy szalik z herbem Legii, zegarek bez wskazówek. W jego oczach odbijały się tramwaje i zmartwienia. Powiedział, iż stracił pracę i nie ma grosza przy duszy, jego wynagrodzenie rozpłynęło się jak topiący się lód w Wiśle.

Błagał, żebym na kilka tygodni przygarnęła go do siebie, bo przecież możemy oglądać razem stare polskie filmy i karmić kota imieniem Kozak. Jednak jego rodzice mieszkali przecież kilka przystanków dalej, na Ursynowie, gdzie domy pachniały zupą pomidorową i niedzielnym rosołem.

Patrzyłam na niego i zobaczyłam przezroczystą siatkę, którą próbował zarzucić na moje życie. Zrozumiałam, iż pod tymi zapewnieniami kryje się tylko jedno próba wprowadzenia się na moją kanapę. Nie zgodziłam się. Odpowiedziałam mu „nie”, goniąc przez labirynt klatek schodowych. Na końcu tej dziwnej drogi czułam ulgę zerwałam z nim, a mój sen zamienił się w wiosenny spacer po Krakowskim Przedmieściu, gdy wszystko rozkwita na nowo i żadna walizka nie ciąży w rękach.

Idź do oryginalnego materiału