Dziś myśli aż wirują mi w głowie, gdy wspominam to, co wydarzyło się we wsi, gdy babcia Janina niespodziewanie ciężko zachorowała. Żadna z jej córek nie odwiedziła wtedy matki. Tylko ja, Natalia, wnuczka, siedziałam dzień i noc przy jej łóżku. Siostry mojej mamy przypomniały sobie o babci dopiero tuż przed Wielkanocą. Przyleciały, jak zwykle, po swojskie smakołyki na święta, które co roku szykowała mama.
Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy babcia Janina wyszła na podwórko, żeby powitać przyjezdne córki.
Po co przyjechałyście? zapytała chłodno.
Najstarsza, Alicja, stanęła jak wryta.
Mamo, co ty? wykrztusiła zaskoczona.
Nic takiego. Już wszystko, moje drogie. Wszystko gospodarstwo sprzedałam…
Jak to? A my? nie mogły pojąć, co się dzieje.
Życie w naszej Przysiółce było nudne, monotonne; każda, choćby najdrobniejsza zmiana niosła poruszenie. Jednak kiedy po latach wróciłam tu na wakacje, zrobiło się naprawdę głośno. Byłam już po studiach, sama za kierownicą błyszczącego suva z Warszawy, na tablicach z Mazowsza. Starsze kobiety wycierały łzy wzruszenia chusteczkami. Wszyscy mówili: “Jak z bajki o Kopciuszku… Teraz niech inni patrzą z zazdrością!”
Przypatrywali się temu choćby najstarsi mieszkańcy. choćby Pan Stanisław, miejscowy akordeonista i dobry duch społeczności, tylko siedział na ławeczce przed remizą i kiwał głową z uznaniem. Pamiętałam go od dziecka.
Dobra dziewczyna. Zawsze wiedziała, czego chce w życiu mruknął do sąsiadki.
Po chwili mnie zauważył. Pomachałam mu przez opuszczone okno auta.
Panie Staszku, cieszę się, iż pana widzę! Jak zdrowie?
Jakoś leci, Natalio. Wpadnij do klubu na próbę, tęsknimy tu za twoim śpiewem!
Wpadnę, obiecuję!
Gdy samochód zniknął za zakrętem, widziałam, jak ludzie powoli rozchodzą się do domów. Pan Stanisław uśmiechnął się pod nosem:
Robi swoje, dziewczyna. Awansowała. Teraz nasi lekarze powinni się postarać!
Stara pani Franciszka spojrzała na niego zaczepnie:
A niby czemu lekarze?
Bo dziś wielu ludzi dopadnie “żaba”, taka, co dusi ludzi zazdrością! żartobliwie odpowiedział pan Stanisław.
Franciszka pokręciła głową, zrobiła znak krzyża i już jej nie było.
Pan Stanisław nie przejmował się takimi rzeczami. W końcu babcia Franciszka mówiła bez złości, taki już urok wsi.
Ale siedząc na tej ławeczce, zrozumiałam, jak wiele zawdzięczam, zarówno jemu, jak i babci.
Właściwie to od pana Staszka wszystko się zaczęło. Byłam jeszcze dzieckiem, kiedy zmarła moja mama. Tata odszedł przed jej śmiercią, nie interesował się mną. Żaden z licznych krewnych nie miał wtedy ochoty się mną zająć. Niemal dwa lata spędziłam w domu dziecka. Dopiero potem babcia Janina, która długo się wahała, wreszcie po mnie przyszła.
W Przysiółce przyjęto jej decyzję z uznaniem, choć… nie wszyscy byli jej przychylni. Starsza sąsiadka ze sklepu, Stefania, potrafiła z przekąsem stwierdzić:
Teraz to państwo płaci zasiłki, dlatego babcia taka “dobra”. Przecież każdy wie, iż ta Janina charakterek ma nieprzeciętny!
Babcia zresztą przez lata kierowała sklepem i nie miała najlepszej opinii. Zostawiała sobie “na zupę”, potrafiła się pokłócić z każdym sąsiadem, choć dla córek i syna była wspaniała.
Syn, doktor Marek, pracował w powiatowym szpitalu, córki mieszkały w Warszawie. Ale przyjeżdżali do niej tylko po wędliny, jajka, świeże mleko i inne wiejskie dobra, bo babcia miała wszystko: stado kaczek i kur, świnkę w chlewiku, krowę i kozy. Kilka hektarów ziemi wokół domu.
Ale z wiekiem trudniej jej było sobie poradzić, pieniędzy na pomoc nie było, więc przypomniała sobie o mnie. Wyznała swój plan swojej szkolej koleżance, Zofii, która dalej pracowała w sklepie.
Wezmę małą do siebie, Zosiu, niech mi rękę poda.
I racja babciu Janiu, dzieciak już spory, pomoże ci w gospodarstwie.
A szkoła? dopytywała Zosia. Teraz nauka trudna, dzieci siedzą po nocach!
Obędzie się. Kółka, sekcje zostawi innym, ważniejsze, żeby się dobrze żywiła!
Byłam szczęśliwa. Robiłam, co mogłam, żeby być pomocna, a wieś mówiła na mnie “Kopciuszek”. Babci nieraz ludzie wypominali, iż przesadza z wymaganiami.
Janino, miej litość! Ta twoja wnuczka chuda jak trzcina!
Ale ona zaraz ucinała rozmowę: “Nie wasza sprawa! Moja wnuczka chce pomagać, a po szkole pójdzie na weterynarię!” Babcia już miała zaplanowane całe moje życie
Ale wtedy do klubu przyszła nowa kierowniczka, młoda pani Marlena, świeżo po studiach artystycznych z Lublina. Od razu organizowała próby, szukała talentów. Pan Staszek chętnie jej pomagał.
Gdybym miał lepszy instrument, pani Marleno, moglibyśmy cuda zrobić!
To próbujcie z tym, co jest, panie Stanisławie!
Prowizorka nie odstraszała pana Staszka, a zespół gwałtownie zebrał. Brakowało tylko solistki. Przyszła pani Marlena do szkoły zrobić casting. Nauczycielka, pani Agata, kazała mi wystąpić:
No, nie wygłupiaj się, Natalio, świetnie śpiewasz!
Ale ja muszę wracać do babci, będzie się złościła!
Porozmawiam z nią, nie martw się!
Przemogłam się, zaśpiewałam cały repertuar, taki wiejski, od kujawiaka po hity z radia. Pani Marlena zachwycona: “Mamy diament!”
Tak zaczęła się moja przygoda z muzyką. Po rozmowie z nauczycielami babcia musiała odpuścić roboty gospodarskie i dać mi czas na śpiew. Bardzo ją to martwiło. Skarżyła się Zofii:
No i co teraz? Będę ją karmić za darmo? Będzie biegać po konkursach, a ja na mojej emeryturce wyżyw budżetu domowego!
Przesadzasz, Janka, pomyśl, jak będzie sławna! W telewizji pokażą!
A co mi po tym? Lepiej by z gospodarstwa pomogła
Po tej rozmowie przyjaźń między nimi pękła. Sukcesy przyszły szybko. Z zespołem objechałam cały powiat, a potem konkurs w Lublinie. Wygrana! Sława lokalna ale ja nie zmieniłam się wcale. Ciągle przy babci, zwłaszcza gdy zachorowała.
Jej córki? Nic. Przyjechały tylko przed świętami, jak zawsze po jajka i ser.
Babcia wyszła do bramy:
Po co przyjechałyście? spytała chłodno.
Alicja aż się zająknęła:
Mamo, coś ci się stało?
Nic. Sprzedałam wszystko. Nie mam już siły, sama musicie radzić sobie na święta!
Zatkało je.
A Natalia? zadrżała głos młodszej.
Tego babcia już nie zniosła.
Natalia nie jest waszą służącą! Kiedy zachorowałam, nie pokazałyście się. Nie będzie już, jak było. Też mam prawo spokojnie się zestarzeć. A Natalka nich się uczy, może naprawdę zostanie artystką!
Siostry odeszły z pustymi rękami.
Babcia przyszła potem do Zofii:
Zosiu, dzięki! Ty mi oczy otworzyłaś. Omal nie zmarnowałam dziewczynie życia. Teraz pomóż mi tylko sprzedać mięso. Zostawiłam sobie jedynie kozę!
Porządnie zrobiłaś! A córki?
Już nie liczę na nie…
Długo nie bywałam w Przysiółce. Praca, koncerty, lekcje śpiewu. Tylko telefon i przekazy dziś 500 zł, jutro 300 zł dla babci. Gdy po latach wreszcie przyjechałam z synkiem, choćby nie wiedział, czy to daleko do babci.
Już, kochanie, jesteśmy odpowiedziałam, hamując przed furtką. Babcia czekała na progu, uśmiechnięta, zerwała się, żeby przytulić prawnuka.
Mój aniołku! Już nie wierzyłam, iż tego doczekam!
A mnie uściskała ostrożnie, żeby nie zburzyć fryzury.
Widziałam koncert w telewizji! Byłaś najpiękniejsza!
Babciu, trochę przesadzasz. Nic takiego, tylko śpiewam.
Nie, nie, jesteś artystka z prawdziwego zdarzenia!
Gdyby nie ty i pan Staszek, nie byłoby mnie tu…
Babcia jeszcze mocniej mnie uścisnęła. Łzy spływały jej po policzkach. Szeptała przeprosiny. Ale ja już dawno wybaczyłam. Najważniejsze, iż mam ją moją rodzinę, o którą chcę dbać do końca.














