Mówią, iż dzieci to szczęście. Tak samo z wnukami niby radość, ale tylko wtedy, kiedy nie masz ich na pęczki i stać cię, żeby ich utrzymać. Mój mąż, Andrzej, i ja mamy córkę. Jak to bywa, gdy miała 19 lat, zaskoczyła nas informacją, iż jest w ciąży i zamierza zostać mamą. Urodziła dwójkę naraz. Wyszła za mąż.
No to, wiadomo, świat nam się przewrócił do góry nogami. Młoda mama z bliźniakami, jej mąż też młody, zarabiał grosze my ich utrzymywaliśmy. Musieliśmy z Andrzejem podjąć dodatkowe prace, żeby jakoś dać radę finansowo.
Przez jakiś czas mieszkali z nami. Budziłam się rano na dwie zmiany, a w nocy biegałam za bliźniakami, żeby córka mogła odpocząć. Nic dziwnego, iż zdrowie zaczęło mi szwankować.
I tak przez trzy lata już jakoś stanęli na nogi, dzieci rosły, aż tu dzwoni córka i oznajmia, iż znowu jest w ciąży. Ja jej od razu powiedziałam, iż może lepiej byłoby rozważyć inną opcję, bo dwójka nie jest łatwa w wychowaniu. Ale ona uparcie stwierdziła, iż chce urodzić. Urodziła i wszystko znów wróciło do poprzedniego chaosu. Kolejne dziecko, kolejny wydatek, kolejna noc bez snu. Znowu z Andrzejem wskoczyliśmy w pracę po uszy. Mąż córki co prawda zarabiał trochę więcej, ale przy pięciu osobach to brzmi śmiesznie.
Andrzej dostał udaru, ja zaczęłam mieć bóle serca w końcu organizm nie jest z żelaza. Powiedziałam córce, iż teraz muszą sami sobie radzić. I wtedy ona mnie dobiła znowu w ciąży, tym razem z czwartym.
Szczerze? Zaniemówiłam. Co oni sobie myśleli? Wygląda na to, iż liczyli, iż będziemy ich wspierać do końca świata. Ale my już naprawdę nie dajemy rady. Nie wiem, co mam robić. Nie chcę, żeby ludzie nas oceniali, iż nie pomagamy jedynej córce, ale już daliśmy z siebie wszystko, co było możliwe.
Kropka.





